wtorek, 12 lipca 2016

Spartanie Wołynia.



Polska samoobrona z Toustego.
Żołnierze samoobrony na Wołyniu uratowali przed śmiercią w okropnych męczarniach dziesiątki tysięcy naszych rodaków. Kiedy płonęły wsie, a ludzi zarzynano jak zwierzęta, tworzyli umocnione bazy, gdzie mogła się schronić okoliczna ludność. Próbowało je zniszczyć 15 tys. bojówkarzy z UPA. Pomimo miażdżącej przewagi przeciwnika, braku broni, pomocy z zewnątrz i ogromnej presji psychicznej, Polacy walczyli jak Spartanie – do końca. Gdyby nie oni, tragiczny bilans mógłby być znacznie wyższy.
Od paru tygodni ludność polska na Wołyniu stoi w obliczu barbarzyńskich mordów, dokonywanych na całych rodzinach przez rezunów ukraińskich […] Tworząca się samorzutnie wołyńska samoobrona na terenach zagrożonych uniemożliwia lub co najmniej utrudnia dalsze napady rezunów – napisał w rozkazie z kwietnia 1943 r. komendant Okręgu AK Wołyń Kazimierz Bąbiński „Luboń”. W lipcu 1943 r., czyli podczas apogeum mordów UPA na Polakach, istniało 128 takich punktów samoobrony, gdzie pod bronią (w dużej części „białą”) walczyło kilka tysięcy żołnierzy z pospolitego ruszenia. Proces ten [powstawania samoobron], choć opóźniony i pozbawiony należytego wsparcia z centrum kraju, uratował przed zagładą dziesiątki tysięcy Polaków – stwierdził Kazimierz Krajewski, autor monumentalnej książki „Na straconych posterunkach”. Gdyby nie straceńczy opór żołnierzy samoobrony, tragiczny bilans 50-60 tys. ofiar ludobójstwa na Wołyniu zostałby powiększony o kolejne kilkadziesiąt tysięcy ofiar.
Nikt nie pomógł
Bezbronna ludność polska jest w fatalnym położeniu, grożącym jej zupełną zagładą i zmuszona jest ratować się masową ucieczką do miast […] Niewątpliwie wypadki te nie byłyby tak groźne, gdyby istniały w terenie polskie oddziały zbrojne, na co bezskutecznie niemal od pół roku przy każdej sposobności i w każdym sprawozdaniu zwracamy uwagę – informowały cywilne struktury Polskiego Państwa Podziemnego na Wołyniu w połowie 1943 r. Zignorowanie tych sygnałów przez dowództwo AK przyczyniło się do tego, że polska ludność cywilna na Wołynia pozostała niemal bezbronna. W terenie nie działały żadne polskie oddziały partyzanckie. Ułatwiło to UPA swobodne mordowanie polskiej ludności.
bc7ad590c0ba
Żołnierze samoobrony Przebraża.
Dlaczego dowództwo AK zignorowało te sygnały? Dlaczego kraj nie pomógł? Odpowiedzi udziela nam sam Dowódca AK: Udział Sił Zbrojnych w Kraju w organizowaniu samoobrony oraz jej bojowe nastawienie musi być ograniczone, gdyż nie mogę wszczynać powszechnej walki równej powstaniu i stracić z oczu głównego, późniejszego zadania. Nie mam też do dyspozycji dostatecznego uzbrojenia ani amunicji. Tym „późniejszym zadaniem” będzie akcja „Burza”, która ostatecznie zakończyła się kompletną klapą. Paweł Wieczorkiewicz tak skwitował decyzję dowództwa AK: Ludność polska nie została wspomożona, tak jak mogła być, przez Armię Krajową. To jest wielki cień na historii tej organizacji […] W imię wyższych celów politycznych, które okazały się całkiem nierealne (głównie akcja „Burza”) zrezygnowano z możliwości skutecznej obrony polskiej ludności na Kresach Południowo-Wschodnich. Nie tylko AK zawiodło. Żadnego wsparcia nie wysłały ani Bataliony Chłopskie, ani Narodowe Siły Zbrojne. Zastanawiać może bardzo słabe wsparcie udzielane Wołyniowi przez centrum kraju – napisał Kazimierz Krajewski. Garstka kadry oficerskiej i nieco broni – to w 1943 roku było w zasadzie wszystko, na co zdobyła się organizacja w GG [Generalne Gubernatorstwo]. Nie sformowano ani jednej jednostki marszowej AK, która zostałaby wysłana na Wołyń z odsieczą, mimo że terenowe struktury AK w centrum kraju wręcz dusiły się od nadmiaru ludzi, niecierpliwie oczekujących przydziałów do pionu akcji czynnej […] Organizacje wojskowe ruchu ludowego (BCH) i narodowego (NSZ) nie zdobyły się na udzielenie jakiejkolwiek pomocy wyrzynanym przez Ukraińców rodakom z Wołynia. Wobec tego Wołyniacy musieli liczyć tylko na własne siły. Zaczęli sami się organizować, spontanicznie powoływać do życia placówki i bazy samoobrony. Ich powołanie było gestem rozpaczy i „ostatnią” linia obrony.
„Najpierw strzelali, a dopiero potem sprawdzali”
Było nas siedmiu mężczyzn uzbrojonych w karabin, strzelbę, pistolet, siekiery, bagnety umocowane na drążkach i inne prymitywne narzędzia obronne i w ten sposób powstała mała placówka samoobrony. Rano dowiedzieliśmy się, że w całym Przebrażu, w dwudziestu kilku samorzutnie utworzonych placówkach, wartowali wszyscy mieszkańcy – wspominał początki samoobrony Przebraża jej żołnierz Zenobiusz Janicki. Nie był on zawodowym żołnierzem. Możliwe, że wąchał proch podczas służby w wojsku przed wojną. Takich jak on było najwięcej, brakowało zaś zawodowych żołnierzy, gdyż Kresy zostały ogołocone z elementu wojskowego przez Sowietów. Nie było również broni. Ale trzeba było coś robić, bo zbierały się naprawdę ciężkie chmury nad polską ludnością na Wołyniu. W Hucie Stepańskiej było podobnie: Każdy zbroił się, jak mógł. W okolicy były przecież również tradycje myśliwskie i kłusownicze. Zaczęto więc wyciągać różnego rodzaju pistolety, dubeltówki, pojedynki, pistonówki nabijane przez lufę, różne „obrzynki” z karabinów rosyjskich z I wojny światowej, było kilka niemieckich i polskich mauzerów, francuska lebela, znalazł się jakiś amerykański winchester i w końcu „obrzynek” z japońskiego karabinu” – wspominał jeden z jej obrońców. Wkrótce cały Wołyń pokrył się siecią placówek i baz samoobrony. W większości powstawały one spontanicznie, bez rozkazu „z góry”. Pierwsza z nich zaczęła funkcjonować już w styczniu 1943 r. w koloniach Zalesie i Zaułek. W lipcu 1943 r. było 128 takich punktów. Najsilniejsze bazy istniały w miejscowościach: Pańska Dolina, Huta Stara, Zasmyki, Jagodzin-Rymacze, Przebraże, Antonówka Szepelska, Rożyszcze, Bielin-Spaszczyzna zwana „Rzeczpospolitą Bielińską”. Największymi z nich było Przebraże, gdzie schroniło się 10, 5 tys. uchodźców oraz Huta Stepańska z względnie bezpiecznym miejscem dla 3 tys. uchodźców.
dowodztwoprzebraza
Komenda obrony Przebraża. Na dole z prawej Henryk Cybulski.
Wsie zamieniły się małe twierdze, otoczone systemami obronnymi, na które składały się ziemianki, zasieki i okopy. W pogotowiu stały kompanie obrońców, czekające niecierpliwie na alarm. Organizowano patrole w okolicy, które miały ostrzegać o napadzie. Organizowano uzbrojone konwoje po żywność na okoliczne pola. Całe życie mieszkańców wiosek zostało przestawione na specjalne tory – walki o własne życie. W bazach powstawały mini-państwa: tworzyliśmy już jak gdyby małe państewko z własnym wojskiem, administracją i wymiarem sprawiedliwości. Trzeba przyznać, że gospodarze z Przebraża wykazali w tych dniach właściwą postawę obywatelską. Tragiczne wydarzenia wyzwoliły w nich poczucie solidarności, ofiarność, a nawet poświęcenie. Podczas przydzielania kwater, zbierania dobrowolnych lub nakazanych ofiar dla rozbitków nikt nie protestował, nie krzyczał, nie odmawiał. Dzielono się z uciekinierami, czym kto miał: mąką, ziemniakami, mlekiem, odzieżą – pisał komendant wojskowy obrony Przebraża Henryk Cybulski „Harry”. „Ostatnia” linia obrony, kończąca się na zabudowaniach własnej wioski, sprawiała, że żołnierze-ochotnicy walczyli bez pardonu. Przebrażanie najpierw strzelali, a dopiero potem sprawdzali, kto był przed nimi – pisał wspominamy wcześniej Kazimierz Krajewski. Musieli odpierać ataki lepiej uzbrojonego i mającego co najmniej kilkukrotną przewagę przeciwnika.
Do lipca 1943 r. UPA zdążyła wymordować prawie 20 tys. Polaków. Dopiero wtedy lokalne dowództwo AK wydało rozkaz o powołaniu oddziałów partyzanckich w terenie. Decyzja było opóźniona co najmniej o kilka miesięcy, ale i tak okazała się zbawienna dla polskiej ludności na tym terenie. Gdyby nie powołano tych oddziałów, samoobrony prędzej czy później zostałyby unicestwione, a razem z nimi cywilni uchodźcy. Oddziały partyzanckie liczyły łącznie ok. 1, 5 tys. doskonale uzbrojonych żołnierzy. Ich wprowadzenie do walki zmieniło obraz tego, co działo się dotychczas na Wołyniu. Od końca sierpnia 1943 roku siły UPA atakujące ludność polską zaczęły napotykać bardziej zdecydowany opór, a nawet prewencyjne kontrataki ze strony polskiej – stwierdza Kazimierz Krajewski. Wkrótce Polacy zaczęli odnotowywać również sukcesy. Największy z nich, którego autorem był legendarny cichociemny kpt. Władysław Kochański „Bomba”, miał miejsce w listopadzie 1943 r. Udało się wtedy rozbić kureń UPA liczący 1,2 tys. bojówkarzy. Pod koniec 1943 r. sytuacja w opinii Kazimierza Krajewskiego zmieniła się diametralnie: Skończył się czas „czerwonych nocy” z wiosny i lata 1943 roku, gdy banderowskie sotnie bezkarnie paliły i wyrzynały bezbronne polskie wioski.
Polska samoobrona z Toustego.
Polska samoobrona z Toustego.
Zdali egzamin
Możliwości wołyńskiej konspiracji były ograniczone, a słabość ich niezawiniona, wynikająca z sytuacji, w jakiej Wołyń znalazł się podczas wojny – czytamy w podstawowej pracy o ludobójstwie na Wołyniu, autorstwa Ewy i Władysława Siemaszków. Pomimo bohaterstwa żołnierzy, rozmiary samoobrony były skromne. W szczytowym momencie funkcjonowało zaledwie 128 placówek na 3400 miejscowości na Wołyniu, w których mieszkali Polacy. Uzmysławia nam to skalę całego przedsięwzięcia. Brak broni, brak kadry dowódczej i wsparcia z zewnątrz przyniósł tragiczne żniwo. Tam, gdzie nie powstała samoobrona, ludność nie miała szans na ocalenie. Suma summarum większość placówek i baz została rozbitych przez UPA. Spośród 128 do „wyzwolenia” przez Armię Czerwoną przetrwało zaledwie 21. Reszta została wybita do nogi. Najdłużej, bo aż do lipca 1944 r. istniał ośrodek samoobrony Jagodzin-Rymacze. Większość baz samoobrony utrzymała się w terenie dzięki wsparciu oddziałów partyzanckich AK. Dwie z nich przetrwały bez pomocy z zewnątrz, co uznaje się za cud. Przetrwanie do 1944 r. dwóch ośrodków samoobrony w Krzemienieckiem, Rybczy i Derdał, uważane przez ocalonych za cud, zawdzięcza się odwadze, sile ducha i mądrej taktyce przywódców tych samoobron – stwierdzają W. i E. Siemaszkowie.
Żołnierze samoobrony na Wołyniu zdali jednak swój egzamin. Walczyli jak Spartanie – do końca, aż do „wyswobodzenia” przez Armię Czerwoną Wołynia. Nie zdołali powstrzymać ludobójstwa na Kresach, ale uratowali przed zagładą kilkadziesiąt tysięcy naszych rodaków.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Tragedia podtomaszowskich wsi.

Wiosną 1944 r. tomaszowskie wsie spłynęły krwią mordowanych bez względu na płeć i wiek mieszkańców. Siepacze spod znaku UPA skąpali we krwi i strawili w ogniu Tarnoszyn, Posadów, Podlodów, Poturzyn, Radków i wiele innych miejscowości.
Informacje o strasznej rzezi Polaków mieszkających na Wołyniu, rzezi, której w 1943 r. dopuścili się na nich ukraińscy nacjonaliści skupieni w Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Narodowej Samoobronie (UNS), czy w ukraińskich formacjach sojuszniczych dla oprawców faszystowskich, jak chociażby Dywizja SS „Galizein”, a także w innych formacjach, docierały i na tereny tomaszowskiej ziemi.
To, do czego doszło na Wołyniu, wydawało się być niemożliwym do powtórzenia na Lubelszczyźnie. Tutaj bardzo silna była polska partyzantka, a aktywni szczególnie w latach 1939-1941 działacze OUN z Chełmszczyzny wraz z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej przenieśli się na tereny „Wielkiej Ukrainy”.
Widać jednak nie wszyscy, bo z początkiem 1944 r. na Chełmszczyźnie powstały pierwsze dwie bojówki Służby Bezpieki, które skierowano w teren do działań terrorystycznych, takich jak mordowanie właścicieli ziemskich i palenie ich majątków. Prawdopodobnie to jedna z tych bojówek zamordowała w pow. hrubieszowskim, w majątku Radostów, Kazimierza i Odettę Dobieckich. Z kolei druga z nich, 9 lutego 1944 r. w majątku Białowody, zamordowała Grotthussa i Ewę Jankowską z Jabłonowskich.
We wsiach OUN rozbudowywała struktury oddziałów samoobrony UNS. Na tym polu szczególnie aktywni byli pochodzący z Uhnowa bracia Taras i Myrosław Onyszkewycz. W grudniu 1943 r. Taras Onyszkewycz ps. „Hałajda” w okolicach Sokala zaczął organizować sotnię UNS, która 28 lutego 1944 r. osiągnęła pełną gotowość bojową. Nadto dowództwo UPA skierowało w okolice Uhnowa dwie sotnie UNS z Karpat. Jedną dowodził Iwan Kapało ps. „Bradjaha”, drugą Iwan Kozjarśkyj ps. „Korsak”. Sotnie te zostały wzmocnione liczebnie i z nich utworzono kureń „Hałajda”, którym dowodził Taras Onyszkewycz. Spod Sokala kureń „Hałajda” ruszył na szlak znaczony krwią niewinnie mordowanych i pożogą. W połowie lutego rezuni UNS nawiedzili dom rodziny Wolaninów w kolonii Tarnoszyn, w której syn gospodarza, Ludwik Wolanin, ożeniony był z Ukrainką z Dynisk. Nakazali wszystkim domownikom wyprowadzenie się jak najdalej od Tarnoszyna. Śnieg i tęgi mróz zatrzymał Wolaninów w domu. Pod koniec lutego rezuni nawiedzili ich znowu i wtedy doszło do mordów. Z całej rodziny przeżyła tylko Ukrainka, która tego dnia była u swojej rodziny w Dyniskach. Zamordowani bestialsko zostali: Ludwik Wolanin (l. 58), jego żona Rozalia (l. 55), syn Ludwik (l. 25), córka Maria (l. 18) i wnuczek Eugeniusz (l. 4).
To był początek rajdu śmierci kurenia „Hałajda”. Do podobnej „działalności” sposobiły się też inne kurenie UPA, ściągane przez dowództwo tej formacji w rejon powiatów hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Kolejny akt zbrodni rozegrał się na początku marca 1944 r. Patrol z sotni „Bradziaga” pojmał w okolicy Tarnoszyna czterech Polaków. Powiązano ich drutami i wrzucono do drewnianej stodoły, którą podpalono. Polacy spłonęli żywcem. Jak się okazało, to było dopiero preludium ludobójstwa na dużą skalę. W nocy z 17 na 18 marca 1944 r. kureń „Hałajda”, dowodzony przez Tarasa Onyszkewycza, okrążył Tarnoszyn i dokonał mordu ponad 84 osób, paląc większość zabudowań. Funkcjonująca w Tarnoszynie placówka AK, dowodzona przez Józefa Nowaka ps. „Topola”, nie miała najmniejszych szans w starciu z upowcami. Partyzanci, odstrzeliwując się i zabijając jednego z napastników, wycofali się ze wsi. Po tej zbrodni w Tarnoszynie kureń „Hałajda” wyruszył w swój zbrodniczy rajd na południe, zahaczając o Dyniska, gdzie zamordował 17 osób, o Ulhówek (mord 14 osób) i Żabcze (mord 30 osób). 20 marca 1944 r. kureń ten w swoim rajdzie zbrodni dotarł do Poturzyna, gdzie zamordowano 72 Polaków.
Przeciwko temu rajdowi zbrodni wystąpiły oddziały polskiej partyzantki, głównie AK, wzmocnione batalionem BCh Stanisława Basaja ps. „Ryś”. Tym polskim antyupowskim frontem dowodził Zenon Jachymek ps. „Wiktor”. Walka nie była łatwa, bo siły UPA znaczące, zdeterminowane i dobrze uzbrojone. Do starcia z kureniem „Hałajada” doszło pod Posadowem i nie było to starcie zwycięskie. Linie polskiej obrony przełamała sotnia „Bradziaga” dowodzona przez Iwana Kapało i na „pamiątkę tego zwycięstwa” zmieniła nazwę na sotnia „Prołom”. Walecznością wykazała się też sotnia Iwana Kozjarśkyjego i od tego czasu nazywano ją sotnią „Tyhry” („Tygrysy”). Rajd trwał dalej, a w perzynę obracano kolejne miejscowości: Wasylów, Szczepiatyn i Hubinek, mordując kolejno 102, 16 i 6 Polaków. 28 marca 1944 r. podczas ataku odpartego przez polską obronę na Ostrów, został śmiertelnie ranny dowódca całego kurenia „Hałajda”, Taras Onyszkewycz. Zmarł 1 kwietnia i wtedy dowództwo nad zbrodniczym kureniem przejął jego brat Myrosław Onyszkewycz ps. „Orest”. Ten zapisał na swoim koncie jeszcze większe zbrodnie niż brat i znacznie wyżej zawędrował w hierarchii UPA. Został jej dowódcą na cały obszar Polski.
Zbrodniczy rajd upowców coraz skuteczniej był stopowany przez polskie jednostki armii Polskiego Państwa Podziemnego. Gdyby nie wsparcie jednostek niemieckich i agresja UPA, z pewnością wcześniej by sobie poradzono. A tak zbierała ona nadal krwawe żniwo. 1 kwietnia 1944 r. po raz wtóry doświadczył tej zbrodni Poturzyn. Tego dnia do tej miejscowości weszły popołudniem oddziały 14. Dywizji Grenadierów SS wspierane przez sotnie UPA Iwana Sycza – Sajenko ps. „Jahoda”. Grozę tego dnia najlepiej oddaje opowieść naocznego świadka i mieszkanki Poturzyna, Marii Radwańskiej, opowieść spisana.
„1 kwietnia w sobotę w naszej wsi stacjonował oddział AK Jana Sierleczki ps. „Szarfa”, ale
około południa wymaszerował on na koncentrację do Telatyna. Pozostaliśmy sami. To wystarczyło. Ktoś z ukraińskich mieszkańców Poturzyna powiadomił o tym fakcie sotnię UPA. Popołudniem sotnia ta otoczyła wieś i rozpoczęła się selekcja. Upowcy sprawdzali dokumenty i kazali mówić ukraiński pacierz. Gdy trafili na polską rodzinę, wszystkich zabijali na miejscu. Nie oszczędzali ani starców, ani dzieci, ani chorych. Tylko niewielu naszym, wśród nich właśnie mnie, 16-letniej dziewczynie, udało się uciec i ukryć. Ludzie na kolanach prosili o litość. Na darmo. Strzelano do nich, kłuto widłami, zabijano siekierami. W tym dniu oprawcy z UPA zabili też moją matkę i dwie kuzynki. Gdy dokonali już mordu, podpalili polskie domy, dwór i aptekę. Na odgłos strzałów oddział „Szarfy” zawrócił i gdy wieczorem zbliżył się do wsi, „bohaterscy” bojownicy za „samostijną” uciekli”. W czasie ich pobytu zamordowano 162 osoby cywilne, co było jednym z większych mordów dokonanych przez UPA na tomaszowskiej ziemi. Mordu, który nie wiedzieć czemu wymazywany jest z pamięci Polaków, i w rocznicę tej pożogi nikt z władz nawet świeczki nie zapala w miejscach mordów, a takich miejsc w Poturzynie jest dużo. Jak wspominała Maria Radwańska, wiejska studnia w środku wsi pełna była pomordowanych Polaków.
Ukraińska fala śmierci wiosną 1944 r. zbliżała się pod Tomaszów Lubelski. Tamten okres dobrze pamiętała Regina Boguszewska, która przed Ukraińcami uciekła do podtomaszowskiej Chorążanki. Opisała te koszmarne wydarzenia następująco: „W sobotę przed Niedzielą Palmową we wsi rozległ się ogromny krzyk. Słychać było strzały, w kilku miejscach pokazały się języki ognia. Wybiegliśmy na pobliskie wzgórze. Zdawało się, że palą się Chodywańce. Silni i młodzi ludzie ratowali się ucieczką. Najbezpieczniej było uciekać w stronę Jarczowa. Ci, którzy skierowali się do lasu, w stronę kolonii Chodywańce, wpadli w ręce Ukraińców. Między schwytanymi był ksiądz z naszej parafii Jakub Jachuła. Padło wówczas 36 osób schwytanych przez Ukraińców. Ustawiono ich nad wcześniej wykopanym przez miejscowych Ukraińców dołem i zastrzelono. Straszną śmierć zgotowali Ukraińcy naszemu księdzu. Najpierw wlekli go do lasu, po drodze znęcając się nad nim. Później wesoło się bawiąc, przystąpili do wymierzania męczeńskiej śmierci księdzu. Po kawałku obcinali mu uszy i ręce. Na koniec, zemdlonego przerżnęli piłą, obserwując, jak wychodzą z księdza jelita. W tych ciężkich cierpieniach konał. Później jego zwłoki odkopała rodzina i zabrała. Gdzie był zagrzebany, wskazała pewna ruska kobieta, którą Ukraińcy zabrali do swego obozu jako kucharkę. Z jej też opowiadania dowiedziałam się, jak Ukraińcy żałowali, że nie mogli sobie zrobić podobnego widowiska z nauczycielki. Ta im umknęła. Po wojnie ja i kilka osób z Chodywaniec byliśmy wzywani do parafii w Tomaszowie Lubelskim. Tam opowiadaliśmy o męczeńskiej śmierci księdza. Długo czekaliśmy, że może ksiądz będzie kanonizowany. Do końca został wśród swoich owieczek i
to on spośród nich poniósł najbardziej okrutną i męczeńską śmierć”.

sobota, 6 czerwca 2015

Nie żyje Pierre Brice , legendarny odtwórca roli Winnetou  . Zostały filmy i pamięć zawsze wiernych fanów !!!

czwartek, 7 maja 2015

Dlaczego Kukiz?

Ktoś pewnie zapytałby mnie ,dlaczego Paweł Kukiz jest moim kandydatem na prezydenta? Dobre pytanie. A otóż dlatego że Paweł prezentuje cechy w naszych czasach rzadkie u polityków, uczciwość , prawdomówność , a wreszcie nie jest ,co najważniejsze, obarczony rzadną przeszłością polityczną . Nie jest kościółkowym Dudą , mainstreamowym Komorowskim, skompromitowanym Palikotem, nijakim Jarubasem, że o reszcie  nie wspomnę . Mam nadzieję że w przypadku wygranej Pawła, rozpocznie się w Polsce żmudny ,długotrwały ale jakże potrzebny proces odnowy życia społecznego, politycznego i duchowego. Że wreszcie słowo będzie znaczyć to co znaczy . Zacznie się poprawiać polska ekonomia, zaprzestanie się wyprzedawanie majątku narodowego gromadzonego latami przez naszych ojców i dziadów. Polska wymaga naprawy we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Jeśli my w najbliższych wyborach tego nie zrobimy to zakonserwowany obecny układ polityczny oparty o złodziejskie kliki towarzysko-biznesowe doprowadzi ten kraj do kompletnej ruiny !! Czy damy radę ? Pytanie , a jaki mamy wybór? 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Zanim nastąpił Wołyń ...

O okrucieństwach hajdamackich”. O ukraińskich zbrodniach na ludności polskiej z 1919, które ujawniła sejmowa komisja śledcza.
W maju 1919 r. wojska polskie opanowały Galicję Wschodnią. Wtedy to wyszły na jaw okrucieństwa i zbrodnie dokonane na Polakach przez Ukraińców podczas ich półrocznego panowania w tym regionie. W celu zbadania okrucieństw ukraińskich powołana została specjalna sejmowa komisja śledcza na czele z posłem Janem Zamorskim ze Związku Ludowo-Narodowego. Należy przy tym zaznaczyć, że wspomniana komisja sejmowa mogła działać jedynie na terenach już wyzwolonych przez Polaków. Oto fragment mowy sejmowej posła J. Zamorskiego na ten temat wygłoszonej na 66 sesji Sejmu Rzeczypospolitej w dniu 9 lutego 1919 r.
„Wysoki Sejmie! Komisja wydelegowana przez Sejm do Galicji Wschodniej dla zbadania okrucieństw popełnionych na ludności polskiej przez Ukraińców zebrała się we Lwowie… i odbyła kilka posiedzeń celem oznaczenie zakresu i sposobu przeprowadzenia swych prac. Zgadzano się na to, że okrucieństw takich, które wołają o pomstę do nieba jest bardzo wielka liczba, że poza tymi okrucieństwami jest nieskończona liczba rabunków, podpaleń, morderstw wynikających niby to z działań wojennych, których zapomnieć nie można… Tragedia ludu polskiego zaczęła się z chwilą upadku państwa austriackiego tzn. dn. 1 listopada 1918 r. Wiadomo, że rząd austriacki zostawił w Galicji Wschodniej wiele pułków czysto ruskich, ale wzmocnionych również żołnierzami z pułków niemieckich i węgierskich, którzy w tej chwili oddali się pod władzę tzw. Narodowej Rady Ukraińskiej i którzy w tej chwili byli tą siłą zbrojną przy pomocy której Rada Ukraińska obejmowała rządy w całej Galicji Wschodniej. Co prawda Rusini przy obejmowaniu rządów ogłosili dla wszystkich równouprawnienie, a więc i dla Polaków, ale natychmiast po miastach kazano zdejmować napisy polskie i zastępować je ruskimi, zamykać szkoły polskie i w niedługim czasie wystąpiono do urzędników polskich z żądaniem, aby dokonali przysięgi na wierność Rzeczypospolitej Zachodnio-Ukraińskiej, w przeciwnym razie zostaną pozbawieni urzędów. W ten sposób we wszystkich prawie miastach Galicji Wschodniej urzędnicy polscy zostali pozbawieni swoich urzędów, swoich dochodów. Miasta oddano pod zarząd komisarzom ukraińskim, powiaty również komisarzom ukraińskim. Ludności polskiej odmawiano prawa do korzystania z aprowizacji miejskiej. Wskutek tego ta aprowizacja Polaków spadła całą siłą ciężaru na samą ludność.
Pomoc ludu polskiego:
Ludność wsi polskich starała się donosić żywność Polakom w miastach. W Tarnopolu tego rodzaju zasilanie Polaków miejskich przez wiejskich zabroniono i w skutek tego ludność takich wsi jak: Bajkowice, Czernielów była narażona na prześladowania co nie przeszkadzało, że chłopi w tajemnicy, nocą nosili żywność do miast narażając się na aresztowanie i bicie. Sam osobiście widziałem gospodarza Markowicza z Bajkowic, któremu żołnierze ukraińscy zabrali całą żywność, jaką niósł dla Polaków w Tarnopolu, przy czym wybili mu kolbą zęby. Ukraińcy wietrzyli spiski. Służyło to do tego, aby żołnierzom pozwalano na rewizje z którymi były połączone rabunki. Przy szukaniu broni już ci żołnierze nie tylko grabią ale i mordują. Tych morderstw zliczyć dzisiaj nie można. My w tym czasie stwierdziliśmy, na podstawie zeznań świadków, przeszło 90 morderstw dokonanych na ludności niewinnej, zupełnie bezbronnej.
Zhańbienie kościołów:
Przede wszystkim rabowano w pierwszym rzędzie dwory i kościoły, przy tym wiele kościołów zostało zhańbionych. Mamy dotąd zanotowane kościoły: w Zbarażu, we Fradze, Samborze, Wieruszowie i inne. We Fradze np. nie dość, że w kościele pootwierano i zabierano wszystkie naczynia liturgiczne, nie dość, że w kościele zrobiono wychodek, ale poza tym muzykalny jakiś podoficer siadł na chórze i zagrał na organach tańce, a pijana dzicz zaczęła tańczyć w kościele. Tego rodzaju obrazy, jak ciągnienie przez bawiących się, figury Matki Bożej lub Pana Jezusa do studni, ażeby się napił wody i oświadczenie, że pić nie chce, żeby sobie wąsów nie zamoczył itd. te dowcipy przy pohańbieniu kościołów były częste.
Kradzież pieniędzy:
Prócz tego ściągano pieniądze. Gdy już zabrakło pieniędzy u Polaków, wtedy ściągano pieniądze ze wszystkich i robiło się to pod pozorem zamieniania monety austriackiej na ukraińską….
Obozy jeńców cywilnych:
Wietrząc spiski od razu zaczęto wywozić Polaków. Główne obozy internowanych, któreśmy dotąd zwiedzili były z Żółkwi, we Lwowie, w Złoczowie, w Tarnopolu, w Mikulińcach, w Strusowie, w Jazłowcu, w Kołomyi na Kosaczu i inne. Spędzano tych internowanych w zimie do nie opalanych baraków. Nie dawano im z początku przez kilka dni nic jeść, a potem dawano rano jakąś kawę, czasem raz na tydzień, albo na dwa tygodnie kawałek razowego chleba, czasem kawałek koniny, czasem zamiast obiadu gotowane harbuzy. Mam tutaj fotografię tego rodzaju internowanych, którzy poodmrażali w obozach nogi. Główną chorobą, która tam się szerzyła był tyfus. W samych Mikulińcach stwierdzono przeszło 600 wypadków śmierci na tyfus. Tego rodzaju wypadki śmierci powtarzały się tak samo w Jazłowcu, Strusowie, Kołomyi, Tarnopolu. Zawsze chorzy mieszczą się razem ze zdrowymi. Na przykład lekarz w Mikulicach p. dr Szpor przychodzi i z dala stwierdza, że wszystko jest w porządku, mimo, iż mu donoszą, że tutaj jest tyfus. W tych warunkach tysiące ludzi wyginęło. Urządzenie tych obozów internowanych było tego rodzaju, że stanowczo nasuwa się myśl, wniosek, iż umyślnie chciano wygubić jak największą liczbę ludności polskiej. Chorych zawsze trzymano ze zdrowymi, gdzie sztucznie mnożyły się choroby. Takie wypadki są w Tarnopolu notowane w dwóch więzieniach: na Półkowińkówce w trzech szkołach w więzieniu w Strusowie, Mikulincu, Kołomyi… Internowanych wypędzano do robót. Na przykład w Tarnopolu przy mrozie wypędzano boso przeszło 200 ludzi (albo z nogami owiniętymi w słomę), do roboty niby przy kolei i codziennie po kilku ludzi umierało na mrozie a inni chorowali.
Podpalanie polskich wsi i mordowanie ludzi:
I znowu świadectw na to jest moc. Gdy Ukraińcy zaczęli się cofać spod Lwowa, wówczas przyszła ostatnia godzina na polską ludność wiejską. Przede wszystkim podpalano wieś. Tak zrobiono w Sokolnikach, w Biłce Szlacheckiej w Dawidowie, tak zrobiono zawsze w każdej wsi, która miała opinię wsi polskiej. Podpalano zazwyczaj zachaty i strzelano do ludzi. W ten sposób spalono ponad 500 gospodarstw, czyli około 2000 budynków: w Sokolnikach 96 gospodarstw, w Biłce, cośmy naocznie stwierdzili. Ktokolwiek wyszedł z chaty, padał zabity albo ranny. W ten sposób zginęło w Sokolnikach ponad 50 osób i 28 w Biłce. Palono żywcem w domach i stodołach. Wiele jest takich wypadków. W ten sposób obchodzono się z polskimi wsiami. Przy pędzeniu do robót zwracano szczególną uwagę na dziewczęta, które po robotach oddawano żołnierzom do użytku. Klee ataman ukraiński – Niemiec, założył w Żółkwi dom publiczny dla żołnierzy z dziewcząt polskich. Podobnie postępowano z zakonnicami w trzech klasztorach polskich. Zazwyczaj nasyciwszy swoje chuci żołnierze przeważnie mordowali swoje ofiary. We wsi Chodaczkowie Wielkim k/Tarnopola np. cztery dziewczęta zostały zamordowane w ogrodzie, lecz przedtem oderżnięto im piersi a żołnierze ukraińscy podrzucali nimi jak piłką. Znęcanie się nad ludnością w ogóle odbywało się w wielu miejscowościach. Wiadomo, że niewiastom obrzynano piersi, zapuszczano im papryki, stawiano granat we wstydliwe miejsce i rozrywano. Takie wypadki powtarzają się dość często. Najokrutniej postępowali żołnierze półinteligenci, oficerowie, synowie popów.
Rozstrzeliwano jeńców polskich:
Np. w Szkle i w lesie Grabnik k/Szkła, gdzie rozstrzelano 17 żołnierzy, rannych Polaków. Jednemu udało się uciec. Zwłoki były odarte z odzieży i nosiły ślady licznych ran postrzałowych, co stwierdzono w protokole z dn. 27 kwietnia 1919 r. z ekshumacji zwłok. Podobnie stało się z 26 jeńcami polskimi w Janowie. Księdza Rysia z Wiśniewa zakopano żywcem do góry nogami. Drugiego księdza zamordowano i wrzucono do jamy poprzednio przez niego wykopanej. Grzebanie żywcem powtarzało się bardzo często, co stwierdzają protokoły sądowe. Wszystkie gminy podmiejskie lwowskie: Brzuchowice, Biłki, Winniki, Dawidów, Sokolniki, Dublany i Basiówka mogą wykazać podane wyżej przykłady bestialstwa ukraińskiego. W Basiówce mordowali też niemowlęta.
Sądy doraźne:
W Złoczowie było bardzo dużo ludzi aresztowanych w dawnym zamku Sobieskiego. Ludziom tym a zwłaszcza kolejarzom, którzy zostali pozbawieni pracy za odmówienie złożenia przysięgi na wierność państwu ukraińskiemu, przysłano z Tarnopola zapomogę w wysokości 5000 koron. Pieniądze te przywiózł dr Nieć. Mimo, że pieniądze te były oficjalnie wzięte z kasy Komitetu, za wiedzą władz ukraińskich w Tarnopolu, mimo to pieniądze te uznano jako przysłane z organizacji polskiej dla zrobienia spisku. W nocy z 26/27 marca 1919 r. aresztowano od razu kilkunastu Polaków i wzięto ich do więzienia. Przesłuchiwanie odbywało się w ten sposób, że bito ich do nieprzytomności wmawiano w nich istnienie spisku przeciw Ukraińcom. Rozprawa przeciw oskarżonym rozpoczęła się o godz. 7 rano, zaś wyrok zapadł o 9-tej a o 16-tej już czekały dwa wozy, aby zabrać trupy zabitych, czyli, że wyrok był z góry przesądzony. Od nocy były już wykopane dwie jamy na cmentarzu i czekały gotowe na zabitych. Zaraz po wykonaniu wyroku, przedmioty będące własnością zabitych jak: tabakierki, papierośnice, łańcuszki znalazły się u oficerów sądu.
Odkopywanie grobów:
Komisja sądowa i lekarska przy udziale polskiej administracji odkryła zwłoki w jednym grobie, gdzie było 5 osób pomordowanych Polaków, bez trumien w nieładzie, półnagich, część Wrzucona żywcem. Istniały ślady okrutnego znęcania się nad nieboszczykami. Pomordowani to: Hercog, Jerzy Podgórski i inni. Ofiary były najpierw katowane, potem obijane kolbami, znęcano się, wyrywano języki, wyrywano palce. Tego rodzaju wypadków stwierdzonych sądownie mamy z Jaworowa – 17, ze Złoczowa – 28. W innych miejscowościach po 1 lub po kilka. Jest to wytwór tej szkoły, która zaprawiała młodzież na hąjdamaków w pojęciu Tarasa Szewczenki. Hajdamak bierze święty nóż, poświęcony we krwi lackiej i morduje wszystko lackie, nawet żony i dzieci I łaszki urodzone. (Zob. T. Szewczenko, Hajdamaki). Niektóre wsie Ukraińskie przechowywały Polaków a nawet obszarników, dając im ubranie Chłopskie i biorąc za członków rodziny. Ale są wsie ukraińskie w których mieszkał jakiś nauczyciel, z których prawie wszyscy byli katami Polaków. Są niektórzy i spośród nauczycieli i księży unickich, co jest bardzo rzadkie, którzy nie tylko do zbrodni ręki nie przyłożyli, ale ratowali ludność polską i odradzali oficerom ukraińskim mordować Polaków. Ukraińskość nie jest narodowością […].
                                                                                                         

czwartek, 26 marca 2015

Jak w 1951 r. polski rząd „podarował” Sowietom ziemie bogate w węgiel.

Rok 1945 był rokiem narodowej tragedii dla Polaków. Rzeczpospolita Polska utraciła Kresy Wschodnie – blisko połowę swojego dotychczasowego terytorium. Wydawało się, że definitywnie odpadły od Macierzy Wilno i Lwów. Miliony ludzi, którzy przeżyli wojenną gehennę, musiało porzucić swoje rodzinne stronyi udać się na obce im ziemie. To nie był jednak jeszcze koniec koszmaru. Kilka lat później Sowieci sięgnęli po kolejne rdzennie polskie obszary.
W latach 30. ubiegłego wieku polscy geologowie prowadzili badania na Roztoczu, na wschód od Lublina. Wyniki ich prac były bardzo obiecujące. W szerokim pasie ciągnącym się od Lublina do Lwowa odkryto potężne złoża węgla kamiennego. Ilość kopaliny zalegającej pod powierzchnią ziemi szacowano na dziesiątki milionów ton. W dodatku stwierdzono również występowanie znacznych ilości gazu ziemnego. Surowiec ten, choć nie był wówczas powszechnie wykorzystywany, miał przed sobą przyszłość. Pokłady węgla były istotnie potężne. Jednak ówczesna technika nie pozwalała jeszcze na ich natychmiastową eksploatację. Nad większością złóż zalegają bowiem kurzawki. Próby wierceń powodowałyby po prostu zalewanie szybów. Kurzawek nie było tylko nad stosunkowo płytkimi złożami położonymi w tak zwanym kolanie Bugu – w okolicach Sokala. Jednak wybuch wojny spowodował, że dość zaawansowane już prace przygotowawcze zostały przerwane. W wyniku agresji sowieckiej i przy milczącej aprobacie zachodnich aliantów Polska utraciła wschodnie Roztocze. Jednak granica na Bugu pozostawiała po stronie polskiej część dawnego województwa lwowskiego wraz z historycznymi miastami Bełz, Sokal czy Krystynopol. Polacy mogli nadal cieszyć się sławnym obrazem Matki Boskiej Sokalskiej wystawionym w miejscowym kościele pod wezwaniem św.św. Piotra i Pawła czy zachowanym XVII-wiecznym, wspaniałym pałacem Potockich w Krystynopolu. Jak się okazało, nie na długo jednak…
Począwszy od 1943 roku na terenach tych trwały zacięte walki polsko-ukraińskie i raczej tu niż na obszarach podgórskich miało miejsce największe nasilenie walk z oddziałami UPA w latach 1945-1947. Wreszcie pod koniec lat 40. na tereny te zaczęli powracać dawni mieszkańcy. Jednak właśnie wtedy tuż za granicą, za Sołokiją i Bugiem, pojawiły się sowieccy geologowie. Pod osłoną nocy, po kryjomu prowadzili prace wiertnicze także na terytorium RP! Było to tak jawne i oczywiste pogwałcenie polskiej suwerenności, że dziś nie mieści się to nam w głowie. Jednak wówczas miejscowe władze „nie zauważały” wielokrotnego naruszania polskich granic. Z pewnością odpowiednia instrukcja wpłynęła do władz powiatowych Warszawy.
Nagle w połowie 1950 roku na mieszkańców wschodniej części powiatu hrubieszowskiego jak grom z jasnego nieba spadła informacja, że rząd RP wystąpił do prezydium Rady Najwyższej ZSRS z propozycją odstąpienia tych terenów Związkowi Sowieckiemu. Była to typowa dla Sowietów perfidia dyplomatyczna, było bowiem oczywiste, że polski rząd, nawet komunistyczny, nigdy z własnej inicjatywy nie odstąpiłby żadnych terenów.
To Sowieci przekonali polskich komunistów, że taka transakcja będzie dla Polski „korzystna”.
Dobromil za złoto
Co było motorem działań Moskali? Oczywiście węgiel kamienny. Sowieccy geologowie stwierdzili, że zasoby surowca zalegające w kolanie Bugu wynoszą około 15 milionów ton! Warto się było schylić po takie ilości czarnego złota. Zapewne nie do końca ufano polskim sojusznikom, skoro Wielki Brat zdecydował się bezpośrednio położyć na złożach swoją łapę.
Oczywiście rodzi się pytanie: dlaczego Sowiety nie zaanektowały tych terenów od razu, w 1945 roku? Uczestnicy rozmów prowadzonych latem tegoż roku w Moskwie nie wspominają, by Rosjanie już wówczas podnosili ten problem. Czyżby w ferworze negocjacji zapomniano o tym? A może nie zapoznano się jeszcze wówczas z wynikami przedwojennych prac polskich geologów? Może Stalin obawiał się reakcji aliantów i konsekwentnie trzymał się tzw. linii Curzona, bo i tak wiedział, że do sprawy będzie mógł wrócić później, kiedy się wszystko uspokoi… Ponieważ to nie był już ten czas, kiedy Stalin mógł po prostu pchnąć swoje dywizje, bo Polska była przecież formalnym sojusznikiem ZSRS, Sowieci musieli wymyślić jakieś bardziej dyplomatyczne rozwiązanie. Zaproponowali ostatecznie Polsce zamianę terytoriów. Za „kolano Bugu” Polska miała otrzymać rekompensatę w postaci obszaru położonego wokół Ustrzyk Dolnych w Bieszczadach. Pierwotnie planowano odstąpić Polsce również obszary dawnego powiatu drohobyckiego wraz nie należącą do RP częścią linii kolejowej Ustrzyki Dolne – Przemyśl, a z nią między innymi miasta Dobromil i Chyrów (ze słynnym pojezuickim gimnazjum dla chłopców). Jednak te ostatnie tereny miały wrócić do Polski pod warunkiem zapłacenia rekompensaty w złocie. Złota domagali się bezczelnie sowieccy dyplomaci w zamian za odstąpienie polskiej stronie szybów wiertniczych ropy naftowej w Czarnej w Bieszczadach. Żądanie było o tyle bezsensowne, że szyby, zbudowane w końcu za pieniądze polskich przedsiębiorców, po wojnie nie były już eksploatowane.
Polacy jednak – ku zdumieniu Sowietów i Stalina – odrzucili to żądanie i kolej drohobycka do Polski nigdy nie wróciła. Dzisiaj, jadąc pociągiem z Ustrzyk Dolnych do Przemyśla, trzeba przejechać przez terytorium Ukrainy, a kiedyś jechało się przed ZSRS i była to jedyna okazja, by przyjrzeć się Bolszewii bez paszportu.
Czerwonohrad zamiast Krystynopola
Podpisana bardzo szybko – 15 lutego 1951 roku – umowa przewidywała, że „Każda z Umawiających się Stron przekazuje bez odszkodowania w stanie nienaruszonym nieruchomy majątek państwowy, spółdzielczo-kołchozowy, spółdzielczy, jak również inny majątek społeczny, włącznie z urządzeniami przedsiębiorstw, kolei żelaznych, środków łączności, Rządowi państwa, na rzecz którego przechodzi dane terytorium”. Polscy mieszkańcy ziemi bełskiej pozostawili swój dobytek i poszli na wygnanie. Osiedlono ich na terenach odzyskanych, na lichych ziemiach podgórskich. Sowieci przez kilka lat zdążyli obszary te skolektywizować. Tak więc oprócz rozgrabionych kołchozów nic tam nie zastano. Tymczasowi gospodarze prowadzili typową gospodarkę rabunkową, barbarzyńsko wycinając bieszczadzkie lasy. Jedyną większą miejscowość na tych terenach, czyli przedwojenne Ustrzyki Dolne, przemianowano na Szewczenkowo – na cześć ukraińskiego poety. Tymczasem na nowo zajętych terenach utworzono potężny kombinat przemysłowo-wydobywczy. Krystynopol przemianowano na Czerwonograd. W mieście mieszka dziś 150 tysięcy ludzi.
Sowieci udławili się jednak sokalską kością. Dziś złoża węgla są na wyczerpaniu. Działa zaledwie kilka kopalni, resztę zamknięto. Cały obszar ma dziś status zagrożonego ekologicznie. Zanieczyszczenie środowiska jest tak duże, że dzieciom wyrastają zęby bez szkliwa, zaś zachorowalność na pylicę płuc wielokrotnie przekracza nawet miejscowe, dość liberalne normy. Dziś można domniemywać, że Polacy z zagospodarowaniem ziemi bełskiej poradziliby sobie jednak lepiej.

Ongiś... O Pani Władzi słów kilka. / tekst własny/

Była w Kryłowie ongiś biblioteka . Znajdowała się w budynku byłego urzędu Gromadzkiej Rady Narodowej , bo tak kiedyś nazywała się gmina. W l...