środa, 3 czerwca 2026

Opowieść o miłości w czasach nienawiści. Fragm. opow. St. Srokowskiego ,,Ołena''.

Chodziła tego dnia jak z jajkiem wokół Franka, na palcach, nagle tuliła jego głowę do piersi, gładziła twarz, całowała szyję, obsypywała pieszczotami i szeptała czułe słówka, aż się w końcu zdenerwował: - Co cię naszło, Ołena? Żyjemy ze sobą już pięć lat, a nigdy nie zaznałem tyle miłości od ciebie, co teraz. - Patrzył na nią zdezorientowany i szeroko otwierał oczy. Ołena, dziewoja piękna, długonoga i czamobrewa, z twarzą jak z bajki, wyszła za Franka Karbeusza w atmosferze skandalu. Ani jego rodzice, ani jej nie zgadzali się na to małżeństwo. A oni, Ołena i Franek, wbrew wszystkim i wszystkiemu pobrali się i nie było na to rady. Gdy rodzice Ołeny zagrozili, że wyklną ją i na zawsze wygonią z domu, podcięła sobie żyły. A gdy rodzice Franka powiedzieli, że za wcześnie na ślub - miał wtedy siedemnaście lat - wziął sznur, przywiązał do belki na strychu i się powiesił. Ledwie go odratowali. W końcu obie rodziny ustąpiły i Ołena, zapatrzona we Franciszka jak w święty obrazek, dopięła swego i zaprowadziła go do ołtarza. Pop parę pobłogosławił. A cała wieś, zarówno polska, jak i ukraińska, nadziwić się nie mogła, że tak dorodna i niezwykła krasawica wzięła sobie za męża takie chuchro i niedojdę. Bo uczciwie trzeba powiedzieć, że Franek nie był chłopem na schwał, zwalistym, silnym czy dorodnym. Przeciwnie - było to chuchro blade, chude i mizerne, na twarzy pergamino117 we. Ot, zwykły chudopachołek, biedak, któremu co wiosnę głód zagląda w oczy. Za to Ołena to prawdziwy skarb, cud natury. Jej oczy jak dwie zorze, jak mówiły stare Ukrainki, jej piersi jak dzikie sarny, rwące się ku miłości, a jej figura tak zgrabna i pyszna, jakby w hebanie specjalnie wyrzeźbiona, by się na nią wszyscy mogli pogapić. I oto ona, siedemnastoletni podlotek, a już wielka piękność, zagięła parol na Franka Karbeusza, jakby innych chłopców w okolicy nie było. Może to z powodu jego łagodnego charakteru i dobrego serca, a może z powodu niebieskich oczu, jakich nikt inny we wsi nie miał. A najpewniej z powodu grania na mandolinie, które jej serce rozszarpywało - tak było niezwykłe, przejmujące i pełne bólu. Gdy Franek grał, Ołena ciężko wzdychała, przewracała oczami, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Mówiła, że z tego Frankowego grania jej dusza wznosi się gdzieś wysoko i trwożliwie zawodzi, jednocząc się z niezmierzoną duszą wszechświata, a w niej samej wzbiera wielka tęsknota za czymś odległym i nieskończonym, za czymś, co w jej marzeniach znajduje się daleko i na nią czeka. I tak była przejęta muzyką płynącą z mandoliny i cichutkim nuceniem Franciszka, że oczu oderwać od niego nie mogła. W każdym razie zasupłała silnie węzeł małżeński i poza Frankiem już świata bożego nie widziała. Całymi godzinami wpatrywała się w te bławatkowe, czyste i dobre oczy i szeptała: - Kochan’ja moje, szczas’tia moje! Obsypywała Franka pocałunkami, przytulała się do niego i obdarzała go najgorętszą miłością, jaka istnieć mogła na świecie. Nie zrobiła bez niego kroku. Gdziekolwiek Franio się ruszył, tam już i Ołena była. Franio do stodoły - Ołena za nim. Franio do lasu - Ołena do lasu. Franio do kościoła - Ołena do kościoła. Wszystkie noce upływały im w wielkiej, burzliwej miłości i nawet, 118 0 dziwo, Franio, zamiast po takich nocach kurczyć się 1 maleć, jak to bywa z chuchrami, nagle prostował się, wypinał pierś, a jego policzki różowiły się, ciało krzepło i nabierało mocy. Jakby mu miłość siły dodawała i fantazję powiększała. Ku zdumieniu wsi Franio z chudego, kruchego chłopca po dwu latach życia z Ołeną przybrał na wadze, stał się silnym, sprawnym i dorodnym mężczyzną, a jego sylwetka zaczęła skupiać uwagę co atrakcyjniejszych panien na wsi, choć, jak wiadomo, był już zajęty i nie do odstąpienia. Ołena pilnowała go jak skarbu i na krok samego nigdzie nie puszczała. I oto teraz, gdy się już obrobili, gospodarstwo uporządkowali, a malutki gliniany dom, który rok temu Franio postawił, lśnił jak szkło, mogli sobie pod wieczór odpocząć. Ich drobna jak kruszynka córeczka, Ołeksia, leżała w łóżku, brała do buzi nóżki i gryzła palce. I właśnie wtedy Ołena poczęła odprawiać te dziwne rytuały, te miłosne i, rzec można, magiczne ceremonie, krążąc wokół Franka, przyglądając mu się ze wszystkich stron, nagle obłapując i obsypując czułymi pocałunkami. Podkręciła knot w lampie, światło buchnęło wysokim płomieniem, a ona, obchodząc Frania to z jednej strony, to z drugiej, zdawała się czarodziejką albo kapłanką, która odprawia misterną uroczystość, pragnąc czemuś się przeciwstawić albo o coś się modląc. Franek siedział na nowym drewnianym krześle, które sam zrobił, a Ołena krążyła wokół niego, zaglądała mu w oczy i pieściła bez końca. I wtedy właśnie Franek oderwał się od niej i spytał, co to za okazja, że tak namiętnie obdarza go darami swego serca. W żaden sposób nie wiązał tego zachowania z wizytą jej brata, Iwana, który odwiedził ich rano. Gdy Franciszek czyścił oborę, Iwan z Ołeną rozmawiali w izbie. Nawet się zdziwił, dlaczego tak wcześnie przyszedł, bo zwykle pod wieczór się zjawiał - pogadał, pośmiał się; lubił pożartować, a teraz jakby go co kopnęło, był na119 pięty, zły, jakby się nie wyspał, nawet się nie przywitał z Frankiem, tylko niespokojnym wzrokiem omiótł gospodarstwo, kiwnął Frankowi od niechcenia ręką i zniknął w domu, gdzie przy piecu stała Ołena. Widział Franek, jak Iwan stoi przy oknie i do Ołeny coś mówi, ale nie dociekał co. Wszakże to brat i zawsze miał coś ważnego siostrze do powiedzenia. A to, że w mieście tarkę do przecierania buraków kupił, a to, że całą gromadą na jagody jadą albo że na jarmark się wybiera i Ołenę chce zabrać. Ale tym razem nie w głowie Iwanowi były wyjazdy, grzyby czy leśne jagody. Był za poważny. Zniknął gdzieś humor, dowcip i wesołość. Od pewnego już czasu zachowywał się dziwnie. Jego matka Maryna mówiła, że zamyka się w sobie; w nocy nawiedzały go jakieś koszmarne sny, zrywał się spocony i dygotał jak w febrze, potem znikał z domu. A gdy go Ołena pytała, gdzie się podziewa, odburkiwał, że to nie jej sprawa; widać było gołym okiem, że coś przed nią ukrywa. Nieraz i przez trzy noce nie zjawiał się w chacie. Najpierw myślała, że znalazł sobie w innej wsi dziewczynę i jej przy sianokosach pomaga. Ale gdy zaczęły docierać do wsi wiadomości, że na Wołyniu wioski płoną i bandy leśne Polaków mordują, a stare kobiety jęty przebąkiwać, że diabeł do kominów zagląda i ognisty jęzor pokazuje, strach padł na Podole i Ołenę. Chwycił ją za gardło. I wbił ostre szpony w samo serce. Nie od razu, rzecz jasna, i nie za gwałtownie. Ołena nie tak szybko jak inni uwierzyła w te opowieści, ale nieraz, gdy słuchała tych, jak się jej wydawało, bredni, skóra jej cierpła. Gdy Franio patrzył na nią zaniepokojony, mówiła, że mieszkają niedaleko Halicza, niemal pod samym Stanisławowem, a to wielkie miasto i nic złego nie może im się przytrafić, nie powinni się martwić i głów sobie zaprzątać jakimiś plotkami. A po za tym, Franiu, mówiła, to nie żaden diabeł nad chatami lata, tylko strach ludz120 ki, bo wielkie oczy ma. I mimo że sąsiadki jej przez płot opowiadały, że raz ten diabeł nazywa się Lucyfer, kiedy indziej Belzebub, gid’ko, syn ciemności czy moc piekielna, że nawet zagląda już przez szpary w oknach, Ołena śmiała się z nich i wykpiwała, wyrzucając im, że rojenia mają i fantasmagorie je ogarniają, i że w ogóle w głowach im się pomieszało. Bo i niby czemu by to Ukraińcy mieli rezać Polaków, domy ich palić i z siekierami napadać. Nie wierzyła temu, co sobie ściszonymi głosami przekazywały kobiety z ust do ust, z domu do domu. Do tej pory żyli Polacy z Ukraińcami w pełnej zgodzie, pomagali sobie wzajemnie, wspólnie do kościoła i cerkwi chodzili, a na święta zawsze się odwiedzali, dary sobie nosili. Dlaczegóż by teraz mieli z widłami i siekierami na siebie napadać. Mówiła to szczerze i z głębi serca, ponieważ była uczciwą, porządną i prawdomówną dziewczyną, ale zauważyła, że sąsiedzi zaczynają się na siebie boczyć, Ukraińcy nie zaglądają już do polskiej kolonii, a Polacy z lękiem zerkają w stronę lasu. To właśnie wtedy przyszedł brat Iwan i o czymś nerwowo z nią rozmawiał, a kiedy wyszedł, nawet nie żegnając się z Franciszkiem, Ołena stanęła w oknie i nieruchomo, z udręczoną twarzą wpatrywała się w pracującego Franka, ale on tego nie widział, zajęty sprzątaniem obory. Długo na niego patrzyła, nie mrużąc oczu. A potem, gdy zaniosła mu kompot do picia, i on spytał, dlaczego Iwan tak się spieszył, zaniemówiła, i zapadła między nimi kłopotliwa cisza, której nigdy dotychczas nie zaznali. Ołena poczuła się niezręcznie, jakby zawiniła; szybko wyrzuciła z siebie, że Iwan przyniósł od matki świeże masło, ser i śmietanę, a pognał do domu, bo ma dużo roboty. Ale gdy to nazbyt pospiesznie i jakoś niespokojnie mówiła, Franek zauważył, że ucieka przed jego wzrokiem. Potem nagle objęła go i pocałowała. Zastanowiło go to, ale już nie wracał do wizyty Iwana. Po chwili zresztą pogrążył się w rozmyślaniach o nadcho121 dzących żniwach; martwił się, że nie zdąży postawić stodoły, a urodzaj zapowiada się bogaty. I martwił się tym jeszcze, że znowu będzie musiał prosić rodziców, by pomogli mu zboże zwieźć pod ich dach. Ołena wciąż nie odchodziła, przyglądając się, jak czyści oborę, patrzyła na jego coraz silniejsze ręce i pochylony grzbiet, a on, zajęty sprzątaniem, nawet nie dostrzegł, że ona wciąż stoi i gapi się na niego. A gdy uniósł głowę, zobaczył ją i spytał, czy czegoś potrzebuje, ona zatrzepotała rzęsami, że nie, niczego nie potrzebuje, ot, tak sobie stoi i podziwia jego zręczność i spryt, więc on się uśmiechnął, bo istotnie nie marnował czasu; umiał się wziąć za bary nawet z najtrudniejszymi zadaniami, a cóż dopiero mówić o zwykłym porządkowaniu obory. Uśmiechnął się do niej i dostrzegł, że spojrzenie jej oczu jest jakieś dziwne, pełne współczucia i smutku. - Dobrze się czujesz, Ołena? - spytał, a ona stała jak przybita do ściany. Nigdy jej w takim stanie nie widział. Po chwili nagle się ocknęła, a jej wzrok poszybował ku chmurom i zaśpiewała: - Zapowiada się cudowny dzień, Franek, i wiele dzisiaj zrobimy. Odpowiedziała na jego uśmiech swoim szerokim uśmiechem, ręce położyła na biodrach, jakby mówiąc, zaraz zobaczysz, jak zatańczę dla ciebie, aż niebo w podziwie zastygnie. Ale nie zatańczyła, chwyciła w rękę spódnicę i pobiegła do domu, pokrzykując do Frania już w biegu, że dziecko musi nakarmić, a potem siano razem pójdą grabić. Franek stał na szeroko rozstawionych nogach i z uśmiechem patrzył na jej kołyszącą się zgrabną figurę. Wkrótce zapomniał ojej smutnych oczach i zagadkowym spojrzeniu. Cały dzień przewracali siano, a potem grabili i składali w kopy. Wokół nich bociany polowały na żaby. Co jakiś czas wyskakiwał spod grabi szary zając i gnał 122 w pole. Franek pochylał się nad znalezionym ptasim gniazdem, pełnym jajeczek z rudymi kropkami albo szczebioczących piskląt, brał je do ręki, a one szeroko otwierało żółte dziobki. Pokazywał je córeczce, pozwalając dotknąć i pogłaskać po malutkich główkach. Gdy nadeszła pora obiadu, spożyli zawczasu przygotowany posiłek, chwilę odpoczęli i znowu wzięli się do roboty. Gdy się ściemniło, Franek ułożył widły i grabie w jednym miejscu, by jutro, gdy przyjedzie wozem, móc je łatwo znaleźć i zabrać razem z sianem do domu. Do chaty wracali dopiero pod wieczór, po drodze podziwiając ogromne łany zbóż, szczerozłotą pszenicę i dorodne i gęste kłosy żyta. Ani razu nie wspomnieli o Iwanie, a prawdę mówiąc, Franek zupełnie zapomniał, że szwagier ich tego dnia odwiedził. Ale po kolacji, kiedy Ołena położyła córkę do łóżka, ni stąd, ni zowąd spytał: -Co ten twój braciszek taki strasznie zaganiany? Nawet ręki szwagrowi nie podał. - Patrzył na Ołenę z przyganą, jakby to ona była temu winna. Ale Ołena odpowiedziała tylko, że dzisiaj wszyscy są jacyś nerwowi i dziwni. I jej brat niczym od innych się nie różni. Jednak musiała się źle poczuć z taką odpowiedzią, bo zaraz podbiegła do Frania i znów zaczęła taniec godowy odprawiać, ów przedziwny rytuał okrążania, obejmowania i obsypywania pocałunkami, jakby pragnęła nadrobić stracony czas - z naddatkiem go już pieściła, miłosne słówka szeptała, tuliła głowę do piersi i całowała. A gdy ją wziął na kolana i spytał, czy jej coś nie dolega, gwałtownie zaprzeczyła, ale zaraz umilkła, jakby zawstydzona, i szybko błagała, by nie pytał, jak się czuje, ponieważ wie, że bezgranicznie go kocha i nigdy kochać nie przestanie. Franek wciąż nie rozumiał, skąd ten gwałtowny przypływ uczuć, ale nie ukrywał, że zaloty Ołeny i jej słodkie pieszczoty sprawiają mu radość. Wciąż nie szli 123 spać, radując się swoimi ciałami, aż Franek w pewnym momencie dotknął jej czoła, poczuł rozgorączkowanie i zobaczył chorobliwe błyszczenie oczu. - Szczo z toboju? - spytał. - Masz gorączkę? Ołena się zaśmiała i hałaśliwie, nadmiernie głośno wykrzyczała: - Och, ty moje kochan’ja, wełyke kochan’ja. Jestem zdrowa jak rydz! - Spojrzała na niego śmiało, a jej duże, czarne oczy rozbłysły. Trzymał ją w ramionach i czuł jak drży. Jeszcze silniej ją przygarnął; cała się trzęsła, a po jego karku ściekała gorąca łza. - Ołena?! Próbować odsunąć ją trochę, żeby spojrzeć w twarz. Przyssała się jednak silnie, nie mógł uwolnić się od zaciśniętych wokół szyi ramion. - Czomu płakajesz? - spytał. - Z kochania, myłyj, z kochania! Jej głos wydawał się pełen bólu i goryczy. Nie mógł pojąć, co się z nią dzieje. Zawsze była radosna, pełna energii, życia i nie znała smutku. Nigdy nie widział na jej twarzy rozpaczy ani bólu, a tu niespodziewanie płacze, jej ciało się trzęsie. - Ołena! - Całował jej włosy i policzki, i poczuł słony smak spływających po jej twarzy łez. Ogarnęło go poczucie wspólnoty, zjednoczenia w chwili próby, w ciężkiej chwili życia. - Co ci jest, Ołena, powiedz - prosił łagodnie, zagarniając ją ramionami, ale ona milczała, pochlipując przy jego uchu. Potem gwałtownie oderwała głowę i przeniknęła jego niebieskie oczy czarnym spojrzeniem, jakby mówiąc: Nie zabraniaj mi patrzeć na siebie, bo nie wiadomo, jak długo będą trwały te chwile. - Życie jest takie krótkie - powiedziała, jakby miała sześćdziesiąt lat. - Takie krótkie... - Jęknęła. - A wokół tyle piękna. Słońce, Franciszku, czyż to nie cud?! Ciepło, światło, trawy, zboża, noc! - Patrzyła na niego pod124 niecona. - Spójrz tylko na gwiazdy, ile w nich boskiej tajemnicy i jaka potężna siła w nich drzemie. Godzinami mogłabym patrzeć w niebo. Albo zwykłe rzeczy: stół, krzesło, ława. Popatrz na nie, stoją, jakby czekały na człowieka. Franciszek słuchał Ołeny, zapatrzony w jej usta, w jej nabrzmiałe, wilgotne i pełne wyrazu wargi. Potem przenosił wzrok na oczy i widział, jak migają w nim jasne światła i toną mroczne obrazy świata. - Patrzysz na mnie, Franek - mówiła - patrzysz na moje oczy, a czyż to nie cud, że odnaleźliśmy siebie, że obroniliśmy naszą miłość, która żyje w nas już tyle lat i nigdy się nie skończy. - Wbiła w jego ramię ostre paznokcie, jakby chciała powiedzieć: Tak cię właśnie kocham, do krwi. I nie mogłabym bez ciebie żyć - wyznawała, patrząc mu w oczy. Wiedział już, że musiało coś bardzo ważnego zajść tego dnia w jej życiu, skoro zdobyła się na takie wyznania. I wtedy przypomniała mu się poranna wizyta Iwana. - Dowiedziałaś się czegoś złego od braciszka? - spytał kąśliwie i natychmiast zrozumiał, że uderzył w fałszywe tony i poczuł się źle, niewygodnie, jakby zabrudzony, niepotrzebnie szukając zadrażnienia, gdy ona wiernie patrzyła mu w oczy. Ołena znieruchomiała. Patrzyła na niego przestraszona i milczała. A on zrozumiał, że nie chce kłamać i dlatego się nie odzywa. Czekał, jakby się spodziewał, że po chwili milczenia musi jednak nadejść pora wyjaśnień. Nie obwiniał jej o nic, ale teraz miał już głębokie przeczucie, że istota rzeczy kryje się w spotkaniu z Iwanem. I wtedy przemówiła. Przylgnęła do niego i szybko, poganiana strachem, pchana rozpaczą i targana bólem, szeptała mu pospiesznie do ucha: - Iwan mnie ostrzegł, że nadchodzą złe czasy dla nas. Ogień spadnie i miecz na nasze domy - mówiła proro125 czo, jakby nieswoim głosem. - Ogień i miecz spadną na nasze głowy i nadejdą straszne dni, Franciszku, przed którymi trudno się będzie ukryć. - A więc to prawda? - spytał i naraz na jego głowę zwaliły się te diabelskie opowieści o dalekich mordach, które do tej pory wyglądały jak straszne baśnie o złym wilku, który pożera ludzi. - A nie wierzyłaś! - powiedział, jakby miał do niej pretensję. - Nie wierzyłam - przyznała. - Bo trudno w piekło uwierzyć. - Patrzyła już na niego otwarcie, ukojona prawdą, którą wyznała. A więc dlatego tak płakała, pomyślał. Nie wiedziała, jak mi o tym powiedzieć. Gdy wyznała, co przekazał jej Iwan, poczuła się lżej i pewniej. Nie musiała już unikać iego oczu. Dowiedział się, że w lasach zbierają się uzbrojeni w siekiery i widły Ukraińcy i w każdej chwili mogą napaść na wieś. Dlatego trzeba natychmiast kopać kryjówkę i przygotować się na najgorsze. - Jestem twoim mężem - powiedział. - Mnie nic nie zrobią - przekonywał ją. - Tylko na polskie domy napadają - mówił. - A ty jesteś Ukrainką i nas nie ruszą. Ale ona uparła się, że już tej nocy musi się zabrać do kopania ziemianki, w której się ukryją, bo niczego nie można być pewnym. - Pójdę do rodziców i ich uprzedzę - rzekł, a ona się przeraziła i znowu zaczęła się trząść. - Iwan powiedział, że słowa nikomu pisnąć nie wolno - wymamrotała. - Jak ich ostrzeżesz, zabiją cię! - Objęła go mocno. Po chwili się nieco uspokoiła. Franek kazał jej spać, a gdy się położyła, udał, że idzie sprawdzić, czy krowa się nie cieli, bowiem spodziewali się przybytku. Ołena jeszcze raz mu przypomniała, by nie śmiał nogą ruszyć poza płot. Skinął głową i chwycił za klamkę. Wtedy usłyszał, że jutro o świcie ona sama jego rodzinę zawiadomi. Mimo to wyszedł na dwór i spojrzał 126 w niebo. Ogarnęło go mgliste przeczucie nieskończoności świata. Aż się wzdrygnął, jakby kosmos otworzył przed nim bezmiar swego istnienia. Stał pełen niejasnego niepokoju. By się otrząsnąć z wrażenia, ruszył do obory. Zobaczył, że krowa spokojnie leży i nic nie zapowiada szybkiego ocielenia. Ciepły oddech zwierzęcia i panujący w oborze spokój ukoiły jego nerwy. Powrócił do izby i zastał Ołenę w pościeli. Leżała przy malutkiej Ołeksie i tuliła ją w ramionach. Przez chwilę kręcił się po domu, potem stanął nad Ołeną i powiedział, że nic im nie grozi, niebo jest czyste, wszędzie panuje spokój i nie trzeba poddawać się lękom. Poczekają do jutra i zobaczą, co się dzieje, a jeśli słowa Iwana się potwierdzą, to przygotuje odpowiedni schron. Tej nocy nie mogli zasnąć. Słyszeli swoje oddechy, słyszeli westchnienia i półsenne pojękiwania. Nagle Ołe-ł na podrywała się, siadała i nasłuchiwała, a Franek ją obejmował i uspokajał, że muszą dotrwać do świtu, a kiedy wzejdzie słońce i świat zatonie w świetle, ludzkie dusze staną się lżejsze. Ale te słowa nie koiły lęków. Franek brał do ręki mandolinę i cichutko trącał struny, ale muzyka, która wypływała spod jego palców, zamiast łagodzić ból i cierpienie, wzmagała niepokoje i targała serca. Patrzyli na siebie zagubieni i smutni. To, co tak kochali, pogrążało ich w jeszcze większej rozpaczy. W pewnym momencie, gdy oboje patrzyli w ciemne okno, zobaczyli, jak niebo przecina na ukos jakiś szybki błysk. - Spadająca gwiazda - wyszeptała Ołena i przeżegnała się trzy razy. Długo wsłuchiwali się w pulsującą ciszę. - Ktoś umarł - powiedziała. - Albo się urodził - dodał po chwili Franek. A kiedy już mieli odwrócić oczy od okna, zobaczyli inne światło, żółte, przechodzące w jaskrawobiałe, które wznosiło się i długo wędrowało ku szczytom nocy, aż 127 się zgubiło w głębi atramentowego nieba. Zaparło im dech w piersiach. - Co to? - szepnęła Ołena i przywarła do Franciszka. - Rakieta - odparł. - Rakieta, Ołena - wychrypiał i poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Wiedział, że to rakieta. Pamiętał rosyjskie rakiety, potem niemieckie. A ta czyja? - Jakiś znak dla kogoś - powiedział cicho. - Boże! - jęknęła i zaniemówiła. Dygotała. Po chwili spytała: - Gdzie się teraz skryjemy? - I rzuciła się do dziecka, które spokojnie spało z rozłożonymi rączkami. Otuliła córkę kocem, nasłuchując, jak cicho oddycha. Franek poderwał się z łóżka, podszedł do okna i długo wpatrywał się w niebo. Stał nieruchomy, napięty, próbując przeniknąć czerń nocy. Dalekie gwiazdy wyglądały jak białe gwoździe wbite w ciemną papę. - Może to ćwiczenia - odezwał się niepewnie. - To nic dobrego- szepnęła. Zobaczył daleko na horyzoncie jakby skaczące po niebie płomyki. Potem płomyki się połączyły w czerwony krąg zorzy. Za wcześnie na świt, pomyślał i poczuł, że drętwieją mu wargi. Poczuł suchość w ustach. - Ołena! - zawołał cicho. - Szczo? - Panowice się palą. Ołena podniosła się na kolanach i zastygła; chciała coś powiedzieć, ale z ust wyszedł tylko niezrozumiały bełkot. - To znaczy, że na Panowice napadli - powiedział sucho. Oboje patrzyli, jak ogień zżera noc, jak łuna podnosi się i rozrasta. - Wujek Rudolko się pali. Z daleka dochodziły suche, nieregularne trzaski. - Strzelają - powiedział i ruszył do drzwi. - Nie wychodź! - krzyknęła. 128 Niebo nad lasem zaogniło się, po chmurach skakały płomienie, podpalając coraz to nowe obłoki. Franek spojrzał na Ołenę i mruknął: - Tylko na próg. Wciągnął haust rześkiego powietrza i poczuł, jak przenika go chłód nocy. Widział palące się domy, ogień przerzucający się z chaty na chatę, z dachu na dach, słyszał coraz głośniejsze trzaski, a potem turkot karabinu maszynowego. Pomyślał, że powinien przeskoczyć płot i powiadomić rodziców, ale gdy się odwrócił, zobaczył w oknie Ołenę. Kiwała do niego ręką, by natychmiast wracał. Wiedział, że skoro napadli na Panowice, dziś już nie zdążą napaść na ich wieś. Wrócił do chaty i położył się, ale do rana nie zasnął, wpatrzony w okno. O świcie gruchnęła wieść, że wielu Polaków spalono żywcem, wielu zginęło od kul, a ich mienie poszło z dymem. Wieś napadła znana z okrucieństwa sotnia „Siry wołki” i czota z sotni „Orły” pod dowództwem „Bystroho”, który siał strach i przerażenie bezwzględnością popełnianych mordów i okrucieństwem gwałtów. Wszyscy wiedzieli, że nadchodzi czarna godzina i na wieś Franka. Wystraszeni ludzie biegali jedni do drugich, naradzając się, co robić. Domy ukraińskie nagle odgrodziły się od polskich zamkniętymi furtkami i głuchym milczeniem, jakby jakaś zaraza zapanowała. Franek od świtu kopał ziemiankę. Widział przed sobą złote łany zboża i dom swego ojca, i nagle zatęsknił za dzieciństwem, kiedy beztrosko ganiał za ptakami, a dziadek przynosił mu wystrugane ludziki. Otrząsnął się ze wspomnień i dalej kopał dół, rozsiewając ziemię po polach, by zatrzeć za sobą ślad. Nikt go tam nie widział. Tak był zajęty robotą, że nawet nie zauważył, że pod wieczór ich dom odwiedził Iwan z trzema nieznanymi mężczyznami. Iwan, nachmurzony, zły i burkliwy, od razu spytał Ołenę, gdzie Franek, a kiedy bąknęła, przestraszona, że w oborze nowo narodzonego cielaka pil129 nuje, burknąi: - Dobre, dobre - dając do zrozumienia, że nie byłby pożądanym świadkiem rozmowy. Stanął w oknie i pilnował, by Franek nieoczekiwanie nie wszedł. Ołena patrzyła na przybyłych spod brwi, nieufna i skryta. Czuła, jak wali jej serce. Mężczyźni przyglądali się jej z nieukrywanym niezadowoleniem, jakby odczytywali w jej oczach jakąś zakazaną myśl. Kręcili głowami, burczeli pod nosami, syczeli jadowicie, aż w końcu zwrócili się do Iwana, by przekazał Ołenie rozkaz, i słowo to mocno zaakcentowali, i podkreślili, że ma wykonać natychmiast. Gdyby Franek zobaczył ją w tej chwili przez okno, zauważyłby, jak macha rękami, blednie i czerwienieje, i odskakuje od nieznajomych. A oni otwierali szeroko usta, marszczyli czoła, wykrzywiali szczęki i krzyczeli na nią. Iwan też warczał jak pies. Krążył wokół Ołeny i unosił ramiona, a potem gwałtownie je opuszczał, aż w końcu zsiniał ze złości i burknął, że on już więcej nic dla niej nie może zrobić. Ale Franek tego nie widział. Pot spływał mu po twarzy i lał się strugami po plecach, a on schodził coraz głębiej w czerń ziemi, powiększając kryjówkę i myśląc, jak by ją zamaskować. A gdy późnym wieczorem wykończył ziemiankę, odpowiednio ją zakamuflował, usuwając świeżą ziemię, a miejsce wykopu przysypując chrustem, starymi liśćmi i gnojem, którego tutaj było w bród. Wejście przygotował od strony obory. Sprawdził jeszcze konstrukcję wykopu i uznał, że jest bezpieczny. Zamaskował dodatkowo wejście, zasłaniając deskami i przysypując je słomą. Wracając do chaty, uniósł głowę i stanął olśniony. Kosmos iskrzył miliardami świateł, jakby noc zapragnęła zademonstrować swoją wieczną potęgę i odsłoniła rąbek nieskończonej tajemnicy życia. Franek chłonął ten pulsujący, odległy kosmos, zastygły i oniemiały. Wydawało mu się, że przestrzeń śle mu 130 sygnał, iż istnieją rzeczy i sprawy znacznie piękniejsze i ważniejsze niż ziemskie i że należy częściej spoglądać w stronę nieba, by odczuć jedność ludzkiego życia i całego świata. Stał oszołomiony i pełen zdumienia, a jego serce mocno biło, jakby odkrywając nową rzeczywistość. I ten obraz przeniósł go znowu ku dziecięcym latom, kiedy leżał na łące z twarzą zwróconą ku chmurom i podziwiał grę świateł i cudowne tańce niebieskich figur. Westchnął i pomyślał, że powinien wyprowadzić Ołenę na próg domu i pokazać jej ten niepojęty świat boskiej łaskawości, cudów i darów. Otworzył drzwi i stanął jak wryty. Ołena łkała. Leżała na łóżku, przytulona do poduszki, a jej ciało, targane szlochem, unosiło się i opadało. Światło naftowej lampy znieruchomiało, jakby także nie mogło pojąć, co się z Ołeną dzieje. Ostry, przenikliwy zapach papierosów gryzł w nozdrza. Ołena odwróciła do niego bladą, zapłakaną twarz i runęła na kolana, wołając: - Zabyj mene, Franku, zabyj, bo żyty z toboju ja wże ne mohu. - Ołena! - Pochylił się nad nią i chwycił za ramiona, próbując podnieść z podłogi. - Ołena, szczo z toboju? - Franku, Franku - jęczała, płacząc i trzymając go za nogi. Uniosła na niego załzawione i przerażone oczy i rwąc słowa, wydusiła: - Skazały meni szczob tebe zarizaty! Nogi się pod nim ugięły. Jakby się przesłyszał, spytał: - Szczo ty howorysz, Ołena? Szczo płetesz? A ona wybuchła spazmatycznym szlochem i wyjęczała: - Maju tebe zarizaty... Opadła na podłogę i leżała z twarzą odwróconą ku ziemi. Jej ciało dygotało. - Bo jak ja tebe ne zariżu - mamrotała - to wony mene zariżut. - Ołena! - zawołał i zdawało mu się, że słyszy czyjś obcy, nie swój głos. - Ołena - powtórzył, a ona drgnęła, 131 uniosła głowę i patrzyła na niego z miną człowieka, który spada na dno ciemności i wie, że nikt nigdy nie poda mu ręki. Patrzyli na siebie w zagubieniu. Objął ją mocno i ucałował włosy, szepcząc: - Cicho, Ołeńka, cicho. A ona, wpatrzona w niego, z drżącymi wargami, pochłaniała go wzrokiem, jakby pragnęła całego wciągnąć w głębię swoich ciemnych oczu. - Ołeńka... Ołeńka, kto tutaj był? I wtedy powiedziała, że przyszło trzech mężczyzn z lasu, przyprowadził ich Iwan, i oni kazali go zamordować. - Dzisiaj w nocy muszę cię zabić - powiedziała martwo. Patrzył na nią poważnie, ze smutkiem w oczach. - Nie chcę żyć - szepnęła. Ogarnął ją ramieniem. Pokazał wzrokiem śpiące dziecko. Patrzyła na malutką Ołeksę z otwartymi ustami, a on czuł, jak szybko bije jej serce. Oderwała się od niego i rzuciła na łóżko, padając obok córki. Długo się jej przypatrywał, a potem powiedział, że muszą tę noc spędzić w ziemiance, a jak nadejdzie lepszy czas, wyjadą do miasta, on wszędzie robotę znajdzie, może nawet zamiatać ulice. W milczeniu pozbierali koce, pledy i ręczniki i chyłkiem, ze śpiącym dzieckiem na ręku, wymknęli się z domu i kryjąc się pod ścianami, przemknęli do obory. Franek wyjął zapasową lampę i pierwszy wszedł do schowka, przygotował dziecku posłanie - koc, stary kożuch i gruby ręcznik - a drugi koc uszykował, by córkę przykryć. Kiedy do kryjówki wcisnęła się Ołena, zgasili światło i zapadła cisza. Ołena mocno przytuliła się do Franciszka. Szepnął, że wyjrzy przez szczelinę, by sprawdzić, co się na zewnątrz dzieje. Po chwili wrócił i cicho powiedział, że we wsi panuje spokój. Położyli się na kocu i przylgnęli mocno do siebie. Ołena położyła głowę na jego piersi i słuchała, jak bije mu serce. 132 Tej nocy ani następnej, ani jeszcze następnej nic się nie zdarzyło. Nikt też nie odwiedził domu Franciszka. Ołena chodziła zamyślona, z opuszczoną głową i reagowała na każde stuknięcie nerwowymi ruchami rąk i tikiem powieki. Nie spuszczała z Franciszka wzroku, a gdy widziała na jego twarzy przygnębienie, szła do niego i szeptała, że go kocha i do końca życia będzie go kochać. I że życie bez niego nie ma sensu. On brał ją wtedy za ręce i mówił, że nigdy jej nie opuści, a jeśli będzie już bardzo ciężko i źle, i nie będzie już dla nich ratunku, to tak jak obiecywali sobie, gdy byli bardzo młodzi, odbiorą sobie razem życie. Czwartej nocy znowu się skryli w ziemiance. Było ciemno choć oko wykol. Tuż przed świtem usłyszeli ujadanie psów. Franek przesunął się w stronę pola, a jego oczy rozświetliła unosząca się nad wsią rakieta. Jaskrawa kula światła mogła znaczyć tylko jedno: napad. Ujadanie psów było coraz silniejsze. I wtedy rozległ się straszliwy wrzask i wycie. Z kilku stron posypały się kule. Franek leżał zmrożony, bez ruchu. Poczuł, jak jego nóg dotyka Ołena - była tuż za nim. - Ciii - syknął. Poczuł mocny uścisk jej ręki. Nasłuchiwali. Kanonada to się wzmagała, to słabła, a po kilku minutach buchnął ogień. Paliły się kryte strzechą polskie chaty. Natychmiast wzmogły się krzyki, jęki i ze wszystkich stron idący płacz, huk wystrzałów i trajkotanie karabinów maszynowych. Płonął dom rodziców Franka, a w blasku ognia, w ogłuszającej wichurze płomieni wyłaniały się z ciemności potężne postacie z widłami i siekierami w rękach i okrążały obejścia, skakały po ogrodach. Nagle z dymów wyłoniły się trzy zgarbione sylwetki i rzuciły biegiem w stronę pola. - Matka z siostrami - szepnął Franek. - Uciekają w zboże. 133 Po chwili kobiety zniknęły w wysokim życie. Z innych chat także wymykały się kobiety i dzieci, i jeszcze jakieś kulejące istoty, i co sił biegły ku zbawczym łanom. A gdy już ukryły się w gęstwinie kłosów, rozległ się ohydny rechot. Na brzegu pola zebrali się wielcy mężczyźni i zaczęli ciskać w nie płonące żagwie. Gwałtowne płomienie buchnęły do chmur. Zboże było suche i paliło się jak zapałki. Obłoki dymu rozciągały się nad polami. W gęstwinie zboża płonęli żywcem ludzie - kobiety, starcy i dzieci; nad polami niosły się przejmujące jęki i płacz. Ołena przylgnęła do Franciszka i chwyciła się za głowę, dłońmi zakrywając uszy. Ciemna i wielka skarga wznosiła się do Boga, lecz On milczał. Żywe żagwie biegały po polu, rzucały się na ziemię i tarzały między nowymi płomieniami. A z boków, gdzie stali z widłami i siekierami ponuro patrzący mężczyźni, rozległ się dziki rechot. Franek zaciskał pięści i rwał się do skoku, ale Ołena trzymała go mocno i szeptała: - Dytiatko, dytiatko! Gdy nadszedł ranek, płacz i jęki ustały, tylko z dalszych części wsi dochodziły wciąż wycie i nagłe, gwałtowne łkania, jakby komuś nóż wbijano w serce albo wyrywano język. Ci, którzy w nocy byli żywymi żagwiami, leżeli teraz pokotem na polu, zwęgleni i czarni, a ponurzy mężczyźni szli ku nim z siekierami i dobijali, waląc obuchem w głowę albo przebijając widłami serca, płuca i wydłubując oczy. Franek zaciskał zęby i milczał. Ich dom wciąż był cały. Odwrócił się, dotknął wargami twarzy Ołeny i poczuł smak łez. W tym momencie usłyszeli głośną, warkliwą rozmowę. Od razu zrozumieli, że ich szukają. Ołena błagała Boga, by dziecko nie jęknęło. Mężczyźni już byli w oborze. Zaczęli krzyczeć, żeby wyjść ze schowka. Franek trwał nieporuszony, ze zdławionym gardłem. Przy134 krył usta Ołeny dłonią. Przez chwilę panowała cisza. Tamci też nasłuchiwali. A potem zaczęli walić siekierami w belki, rozwalali żłoby, aż natrafili na przejście do ziemianki. Franek szepnął, by uciekać na pole, ale nim zdążył się ruszyć, zobaczył nad swoją głową wielkie, ciężkie buty i usłyszał: - Wyłaźcie. Zastygł. - Wychodzić! - syczał nad nimi mężczyzna. Byli okrążeni. Zaszli ich od tyłu i od przodu, od obory i od pola. Nie mogli już nic zrobić. - Dytynka! - cicho jęknęła Ołena, a on zrozumiał, że muszą ratować dziecko i wyjść. Powoli wysuwał się z jamy, odsuwając chrust i nakrycie ziemianki. Patrzyli na nich jak na szczury, które wyłażą z nory. Jakiś gruby drab kopnął Franka w brzuch i Franek skulił się, dławiąc jęk. - Pani ne chotiła zarizaty swoho kochan’ja! - ryknął drugi, ciągnąc Ołenę za włosy. Zawtórowali mu inni. - Polaczkoju chotiła buty! Suka! Od razu poznała trzech mężczyzn, którzy ją odwiedzili kilka dni wcześniej i kazali zamordować w nocy Franka. Teraz odciągnęli ją na bok i przywiązali do słupa podpierającego szopę. Franka przywiązali do słupa naprzeciw i ustawili w taki sposób, aby jedno widziało drugie. Franek miał zaciśnięte zęby, a Ołena sprawiała wrażenie, jakby umierała. Jej nieme usta tylko drżały. Zza rogu wyszło dwóch nieogolonych, ciemnych mężczyzn z bujnymi wąsami i nosami jak nieociosane kołki wbite między policzki - ciągnęli za sobą ciężarną kobietę. Cienki, mocny sznur oplatał jej szyję i wrzynał się głęboko, aż ściekała struga krwi; kobieta z nabrzmiałą twarzą i wytrzeszczonymi oczami szła jak pies za nimi, posłuszna i uległa, trzymając się rękami za wielki brzuch. Ołena poznała Genię Walicką z sąsiedniej chaty, starszą koleżankę z lat szkolnych. 136 - No, to się zabawimy, przyjaciółko Lachów - powiedział po polsku do Ołeny najważniejszy z mężczyzn, ten, który rozkazy tutaj wydawał. To on chciał cztery dni wcześniej Ołenę w twarz uderzyć, ale Iwan nie pozwolił. Od tamtego czasu nie widziała Iwana. Tutaj też go nie było. - Danyło - burknął najważniejszy. - Ona - wskazał brzemienną - wże budę rodyty. Drab z długim nożem ryknął: - Chody! Kobieta posłusznie przysunęła się ku niemu. Tamten jeszcze odkrzyknął do dowódcy: - Jak choczesz, Ihor. Ihor skinął głową. Wtedy Danyło pchnął nożem w brzuch brzemiennej i rozpłatał go, aż wylały się kiszki i buchnęła para. A Ihor obojętnie skinął na drugiego, z widłami, i warknął: - Teper ty, Wołodymyr. Zrobymo po naszomu! Mężczyzna nazwany Wołodymyrem odburknął: - Jak treba, prowidnyk, to treba - i dźgnął kobietę w brzuch, zanurzając widły w ciemnym wnętrzu i grzebiąc w środku, aż wyrwał z jej łona dziecko; kobieta z jękiem padła na ziemię. Oprawca uniósł dziecko wbite na widły do góry, rozejrzał się i zobaczywszy płonący krzak, zamachnął się i dziecko poleciało prosto do ognia. Rozległ się syk mokrego, spalanego ciała. - Żwiry! - wykrztusiła Ołena i zasłoniła oczy. Franek stał osłupiały i coś do siebie szeptał, jakby się modlił. - Oś szczo treba robyty z Łachamy! - burknął prowidnyk. I zwrócił się do jednego ze stojących obok niego mężczyzn: - Prawda, Danyło? - Prawda, komandyr! - odparł Danyło i spojrzał na Franciszka. - Teper pohulajemo z toboju! Komandyr machnął ramieniem i do Franciszka podskoczyło dwóch drabów z siekierami i nożami. Zanim podniósł na nich oczy, już ściągali z niego koszulę. 136 Komandyr spojrzał na Ołenę, która trzęsła się i szczękała zębami. - Ja tobi skazał, szczoby ty joho zarizała! - Patrzył na nią lodowatym wzrokiem. - A ty ne posłuchała! - Gniewnie potrząsnął głową. - Łapajty joho! Dwaj mężczyźni stanęli za Frankiem, a dwóch innych sprawdziło powrozy na rękach, nogach i szyi Ołeny. Szarpnęła się, bez skutku. Sznury wrzynały się boleśnie w ciało, w szyję. Cichutko zaskomliła, zamykając oczy. - Patrz! - huknął na nią prowidnyk. Otworzyła ciężkie, nabrzmiałe cierpieniem oczy. Dwaj mężczyźni mocniej skrępowali Franka, wiążąc mu nie tylko ręce i nogi, ale i tułów i szyję do słupa, po czym odwrócili jego ciało plecami do Ołeny. Gdy spuszczała głowę, przykładali jej do gardła widły. Musiała patrzeć. Jeden z tych, co byli przy Franciszku, wyjął ostry, błyszczący w świetle wschodzącego słońca nóż i wbił w kark. Franciszek zawył. Ołeną wstrząsnęły mdłości. Tamten ciął skórę na pasy i oddzierał, ciężko dysząc. Franek wył z bólu, szarpał się, ale oprawca robił swoje, powoli i metodycznie. Ołena dusiła się, nie mogąc zwymiotować. Franciszek już nie płakał i nie krzyczał, tylko skomlił jak pies. Prowidnyk odwrócił głowę i splunął pod nogi. Mężczyzna stojący przy Ołenie przyłożył jej do gardła widły, a drugi szarpnął za włosy. Patrzyła jak przez mgłę. Jej oczy zapadły w głąb oczodołów. Były martwe i puste. Wydawało się, że chce krzyknąć, ale gdy otworzyła usta, wyszedł z nich tylko głuchy jęk, a potem niezrozumiałe słowa. Tamci tymczasem wypruwali Frankowi żyły. Robili to sprawnie, jakby ćwiczyli na modelu, bez pośpiechu, niemal obojętnie, jakby ociosywali pień. Franek jeszcze raz zawył, naprężył się, podskoczył i opadł. Jeden z mężczyzn wyjął z kieszeni długi gwoźdź, przyłożył do czoła i siekierą wbijał w czaszkę. Franek 137 skurczył się, a gdy długi gwóźdź wszedł w mózg, jego głowa bezwładnie opadła na piersi. Do bezwładnego ciała podszedł mężczyzna z piłą, a ten przy Ołenie kazał jej patrzeć, jak tamten tnie go przez brzuch na połowę. - Kochan’ja twoje! Polaczok! - syczał zbir, ale Ołena już tego nie słyszała. Była blada jak śmierć, oczy znikły jej w głębi twarzy, a gdy poczuła na gardle nóż, uśmiechnęła się niemo i promiennie, aż mężczyzna zastygł, nie mogąc pojąć, co znaczy ten uśmiech. Prowidnyk kazał ją rozwiązać i położyć u stóp Franka. A gdy już tam leżała, podszedł do niej i ze skrzywioną twarzą warknął: - Ty suka polskich paniw! Ty ne Ukrainka! Splunął na nią i ponuro spojrzał na stojącego najbliżej mężczyznę, gestem pokazując, że ma ją zastrzelić. Kiedy ten wymierzył rewolwer, Ołena wciąż niemo się uśmiechała. - Zabyj! - ryknął prowidnyk, nie mogąc znieść tego wyrazu jej twarzy, który był kpiną, bólem i szyderstwem w jednej postaci. Padł strzał, ciało Ołeny podskoczyło i opadło, ale uśmiech z twarzy nie zniknął. Leżała na wznak, z odsłoniętą białą piersią - Teper ludy budut pamiataty - warknął komandyr i dał znak, by podano mu horiłki. A kiedy dostał flaszkę i wlał wódkę do gardła, podniósł się z pnia, na którym siedział, i bez słowa ruszył przed siebie. Za nim, kiwając się na boki, opuszczali wieś jego ponurzy podwładni. Na odchodnym jeden z nich huknął: - Chaj żywe samostijna Ukraina! A pozostali ryknęłi: - Chaj żywe! Chaj żywe! Wkrótce widać było tylko kilkadziesiąt chwiejących się ciemnych sylwetek na tle jasnego nieba, które stawały się coraz mniejsze i mniejsze, aż znikły. 138 I wtedy z ziemianki wysunęła się czarna główka dziecka, a potem cała malutka, zaspana Ołeksa z otwartą buzią i szeroko rozwartymi oczami. Cicha i niema, patrzyła przez chwilę przed siebie, a potem zaczęła pełznąć w stronę leżącej matki. Gdy dosięgła Ołeny, wspięła się i zaczęła ssać pierś trupa.

sobota, 16 maja 2026

Czesław Jarząbek .

2.08.1924 r. - W Ostrówku w pow. chełmskim, w rodzinie chłopskiej urodził się Czesław Jarząbek. Od 1959 r. bardzo aktywny prezes PZGS. Od 1962 r. do 1970 powołany na stanowisko Przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Hrubieszowie. Za jego urzędowania m.in. wybudowano ok. 1400 km dróg, powołano Gminne Ośrodki Zdrowia, w tym m.in. Ośrodek Zdrowia w Kryłowie. ukończył budowę szpitala powiatowego w Hrubieszowie, wybudowano nowe pawilony handlowe przy ul. Prostej, bloki mieszkalne przy ul. Płk. Samary i Narutowicza. Osiedla mieszkaniowego przy ul. Polnej. Z jego inicjatywy powstał PBRol, Zakłady Przemysłu Lniarskiego "Hakon", Cukrownia Werbkowice, Związek Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych. Za sumienną pracę był odznaczony m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.Tyle suchy tekst ze strony LubieHrubie. Powyższy wpis postanowiłem zamieścić ,by upamiętnić Człowieka któremu tak powiat hrubieszowski ,jak i sam Hrubieszów zawdzięczają bardzo , bardzo wiele.Czesław Jarząbek przyczynił się , by nie powiedzieć wręcz spowodował powstanie hrubieszowskiego przemysłu , co dziś brzmi zupelnie surrealistycznie. Dzięki Niemu i Jego aktywności powstało m.in. osiedle Polna , zaś do pracy w Hrubieszowie codziennie dojeżdżało przepełnionymi autobusami PKS ,kilka tys. ludzi.Myślę że ktoś taki zasługuje na nazwanie ulicy Jego nazwiskiem i dziwię się że do tej pory nikt nie zgłosił takiej inicjatywy.
Na zdjęciach Czesław Jarząbek podczas obchodów 700 lecia Grabowca. Powyższy tekst dedykuję swojemu Ojcu, który prywatnie miał bardzo dobre kontakty z p. Cz. Jarząbkiem.

wtorek, 21 kwietnia 2026

Uderz w stół ...

Polacy to nekrofile" - chamskie komentarze Ukraińców na temat odnalezienia kolejnych szczątków Polaków zamordowanych przez OUN-UPA - źródło: http://censor.net Komentarze z najwyższą ilością polubień: 1. "Odnaleziono Ukraińców, których zamordowali Polacy?" 2. "Nekrofile dobrze się bawią" 3. "Gdyby Polacy przejmowali się ofiarami pacyfikacji w Galicji, to ten komentarz wyglądałby nieco inaczej, ale autor ma 100% racji, bo kiedy Polacy szukają drzazgi w ukraińskim oku, a na belkę we własnym nie zwracają uwagi, to są nie tylko nekrofilami, ale nekrofilskimi idiotami." Dla przypomnienia. Ofiar pacyfikacji w Małopolsce Wschodniej było około 13 i należały one do terrorystycznej organizacji OUN, której terroryzm doprowadził do rozpoczęcia półtoramiesięcznej polskiej operacji antyterrorystycznej. Dla porównania, podczas ukraińskiej ATO na Donbasie (2014-2022) zginęło około 15 tysięcy osób. Jeszcze ciekawy komentarz: "Pszeki (obraźliwe określenie Polaków w byłych republikach ZSRR), gdyby wykopali szczątki neandertalczyków, to też pierd.liliby, że to ofiary rzezi wołyńskiej".
I jeszcze jeden: "Powiem wam tak... ci Polacy, którzy zaśmiecili sobie mózgi moskiewską ideologią i nie chcą dostrzec, że tragedia wołyńska dotyczyła całej Ukrainy i samych Ukraińców, zwłaszcza że zrobili to zamaskowani NKWD-owcy... ci Polacy to ludzie Moskwy, z jakiegoś powodu każde państwo zarzuca nam, Ukraińcom, co popadnie. I nikt się nie spieszy, żeby przyznać się do tych samych mordów i Hołodomoru, ludobójstwa na Ukraińcach, bo wszyscy potrzebują naszego chleba i naszej Ziemi..." - albo wierzycie w bajkę, że rzeź wołyńska to moskiewska prowokacja, przeprowadzona przez NKWD, albo jesteście agentami Moskwy. Krótka piłka, prawda? Wiele lat zamykaliśmy oczy na banderyzację Ukrainy oraz na propagowanie kłamstw na temat rzezi wołyńskiej. Wiele lat nie chcieliśmy wierzyć w to, że Ukraińcy mogą mieć tak antypolskie i ludobójcze poglądy. Mieliśmy wiele szans, żeby coś z tym zrobić, ale z żadnej z nich nie zechcieliśmy skorzystać. Teraz będziemy zbierać plony złych decyzji i bezkrytycznie proukraińskiej polityki wszystkich naszych rządów w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Źródło komentarzy: https://censor.net/ua.

wtorek, 7 kwietnia 2026

Chudy i inni, czyli o tym jak zaporę w Solinie budowano.

Mało kto wie, że w trakcie budowy zapory w Solinie powstał także film fabularny „Chudy i inni” (1966) w reżyserii Henryka Kluby. To wyjątkowa produkcja, bo była realizowana bezpośrednio na placu budowy zapory i mostu na Sanie – w samym środku wielkiej inwestycji w sercu dzikich Bieszczad . Film opowiada historię ludzi pracujących przy tej ogromnej budowie – ich codzienności, relacji i wyzwań. Wystąpili w nim m.in.: Wiesław Gołas, Marian Kociniak, Franciszek Pieczka , Ryszard Filipski , Mieczysław Stoor i inni. Dzięki temu obrazowi możemy zobaczyć Solinę nie jako gotową atrakcję turystyczną, ale jako żyjący plac budowy – z betonem, maszynami i ludźmi, którzy tworzyli to miejsce od podstaw. Dziś dodatkowo, dzięki archiwalnym zdjęciom z Fototeki i Narodowego Archiwum Cyfrowego (NAC) – oraz ich pokolorowaniu – możemy jeszcze lepiej wyobrazić sobie tamte czasy. To już nie tylko historia w czerni i bieli, ale niemal realny obraz tego, jak wyglądała budowa jednej z największych inwestycji w Polsce. To pokazuje jedno – Solina to nie tylko piękne widoki. To historia ludzi, wysiłku i ogromnej pracy całego pokolenia. Ludzi ciężko pracujących na placu największej budowy tamtego czasu. Będąc w Solinie pomyślmy że wielka , imponujaca zapora nie powstała sama. Zbudowali ją ludzie ,których przedstawiają bohaterowie filmu Henryka Kluby.

wtorek, 31 marca 2026

Modlitwa do Nieobecnej.

„Jeszcze tu jesteś” Zostawiłaś kubek na stole, jakbyś miała wrócić za chwilę. Twoja kawa dawno wystygła. Twoja bluza wisi na wieszaku , pachnie Tobą albo już tylko pamięcią. Przytulam ją czasem w ciszy, bo to jedyne, co jeszcze nie odeszło ze mną. Mówili: „czas leczy rany”, ale czas tylko uczy oddychać bez powietrza. Uczy, jak wstawać rano bez sensu i jak udawać, że dusza nie pęka. Najgorzej jest wieczorem, bo wtedy wszystko wraca. Twoje „dobranoc”, Twój śmiech, to, jak Nasz świat miał wtedy jeszcze znaczenie. I wiesz… ja dalej mówię do Ciebie. Codziennie . W pustym pokoju. Jakbyś miała odpowiedzieć, jakbyś nie odeszła naprawdę. A najbardziej boli to, że świat się nie zatrzymał.Wszystko jest tak jak było. Ludzie nadal się śmieją, żyją, jakby nic się nie wydarzyło. Tylko ja stoję w miejscu, z sercem, które nie wie, jak przestać kochać Kogoś, Kogo już nie ma...

Armia czy bandy rezunów ?

UPA NIE BYŁA ARMIĄ, TO BYŁA BANDA MORDUJĄCA BEZBRONNE OFIARY, W TYM TAKŻE UKRAIŃCÓW – UPA TO TERMIN PROPAGANDOWY Armia to: 1. «siły zbrojne państwa; też: lądowe siły zbrojne» 2. «największa operacyjna jednostka wojskowa» 3. «część sił zbrojnych przebywających na obszarze działań wojennych» 4. «wielka liczba ludzi» Bojówki UPA nie brały udziału w żadnych walkach frontowych, nie staczały żadnych bitew, walk czy starć zbrojnych z okupantem, ograniczały się przede wszystkim do mordowania i grabienia bezbronnej polskiej ludności kresowej na zapleczu frontowym. Ukraiński historyk Witalij Masłowśkij twierdził, że tak zwana Ukraińska Powstańcza Armia nie była ani „ukraińską” ani „powstańczą” i ani „armią”. Nie była ukraińską, ponieważ jej członkowie stanowili ułamek jednego procenta całego narodu ukraińskiego, byli jego marginesem i wyrzutkiem. Nie była też powstańczą, bo jej członkowie jawnie współpracowali z Niemcami realizując ich interesy oraz byli przez nich uzbrajani i szkoleni. Nie było armią, ponieważ składała się z 25000-30000 „rizunów”, którzy w okrutny sposób wymordowali ludność polską. To były bandy, które nie posiadały żadnego odcinka frontowego. Były wspierane przez hitlerowców w walce z sowiecko-ukraińskimi oraz polskimi oddziałami partyzanckimi oraz wspierającą ich bezbronną ludnością cywilną. UPA była narzędziem niemieckim.
Ryszard Torzecki (badacz o nastawieniu proukraińskim) pisał o UPA, że nie określiła się jako ruch oporu przeciwko hitlerowcom. Jeszcze w 1943 roku Niemcy wzywali UPA do zaprzestania walki z Polakami ze względu na zanarchizowanie zaplecza frontu wschodniego. Hitlerowcy współpracowali z UPA ustanawiając łączników oraz hasła werbalno-wizualne. Niemcy zmuszeni do opuszczenia terytorium Małopolski Wschodniej i Wołynia II RP pod naporem frontu wschodniego, pozostawili UPA zapasy broni, amunicji, sprzęt łącznościowy. OUN-UPA zobowiązała się do prowadzenia sabotażu, działalności wywiadowczej, dezorganizacji zaopatrzenia i normalnego toku życia na tyłach frontu. Wiktor Poliszczuk, który powinien być bohaterem Ukrainy, wykazał zbrodniczość OUN oraz UPA oraz groźbę odrodzenia się ukraińskiego nacjonalizmu jako swoistej formy nazizmu i faszyzmu. Jego słowa się spełniły. Na Ukrainie odrodził się nacjonalizm.
Inny wybitny naukowiec prof. dr hab. Edward Prus w swojej książce pt. „UPA-armia powstańcza czy kurenie rizunów?” dowiódł, że UPA była organizacją przestępczą. Autor napisał:” aby po latach współpracy z Niemcami i przygotowań społeczeństwa do tej współpracy, banderowcy zaczęli głosić coś wręcz szatańskiego:”. W taki sposób wytworzyli antypolski klimat i przygotowali ciemnego wołyńskiego chłopa do dzieła „ rizuństwa”. Członkowie UPA udawali często sowieckich partyzantów, gdy dopuszczali się morderczo-rabunkowych napadów na ludność polską. Po wkroczeniu Armii Czerwonej przebierali się w mundury czerwonoarmistów mordując podstępnie kresowych Polaków. Słyszę dzisiaj od Ukraińców: to nie myśmy mordowali. To Ruscy. I mówią to starzy ludzie, świadkowie tych okrutnych czasów, żrąc polski chleb. Młodzi myślą tak samo, bo już w przedszkolu wpaja im się takie treści.
Terroryści OUN-UPA w latach 1943-1945 również aktywnie współdziałali z ukraińskimi esesowcami z 14. SS Schützen Division Galizien w popełnieniu zbrodni ludobójstwa. Wspólnie przeprowadzili eksterminację ludności polskiej w wytypowanych przez terrorystów OUN-UPA polskich wsiach pod różnymi pretekstami, np. ukrywania Żydów czy sowieckich partyzantów. Tuż przed zbliżającym się frontem wschodnim ukraińscy żołnierze z SS- Galizien w miejscach postoju, wspólnie z terrorystami OUN-UPA podstępnie zatrzymywali młodzież polską i dorosłych mężczyzn np. w celu przyfrontowych robót ziemnych, a potem ich rozstrzeliwali. W ten sposób pozbawili możliwości naboru Polaków do walk frontowych w szeregach Ludowego Wojska Polskiego przeciwko III Rzeszy Niemieckiej, a także w szeregach samoobrony. Terroryści z OUN-UPA chorzy byli na nienawiść do wszystkiego co polskie. Oni nie walczyli o „samostyjną” Ukrainę po rycersku, to były kurenie rizunów, to nie była armia. Żołnierz nie uznaje za przeciwnika i nie walczy z kobietami i dziećmi, nie bierze za cel bezbronnych jeńców, nie podejmuje akcji bojowych, które stawiałaby pod znakiem zapytania jego moralność. Eksterminacja ludności cywilnej, od noworodka po starca, służąca określeniu kształtu etnicznego państwa i granic jego terytorium w żaden sposób nie przystaje do etosu żołnierza. Upowcy byli zwykłymi bandytami. NALEŻY PAMIĘTAĆ O BARDZO ISTOTNEJ RZECZY: DZIĘKI WARUNKOM PANUJĄCYM W II RP WYRÓSŁ OLIMP UKRAIŃSKIEGO SKRAJNEGO NACJONALIZMU- SZOWINIZMU W MAŁOPOLSCE WSCHODNIEJ I NA WOŁYNIU. NATOMIAST W UKRAIŃSKIEJ SOCJALISTYCZNEJ REPUBLICE RADZIECKIEJ TAKICH WARUNKÓW TYM BANDYTOM NIE STWORZONO. Tekst za p. Danutą Wojciechowską.

środa, 25 marca 2026

60 minut na godzinę- dowcip dla ludzi myślących.

60 minut na godzinę (Sześćdziesiąt minut na godzinę),to audycja satyryczna emitowana w radiowej Trójce w latach 1974-1981 (dokładnie do 13 grudnia 1981). Kiedy to w stanie wojennym audycja została zdjęta z anteny i nigdy już na nią nie wróciła , głównie za sprawą niejakiego Andrzeja T. -późniejszej gwiazdy tv. Panoramy.
Początkowo audycję emitowano w poniedziałki o 20:00, potem w soboty, a wreszcie w niedzielne poranki (w godz. 10.00 - 11.00, powtórki w poniedziałki w godz. 20.00 - 21.00). Część materiałów prezentowana była potem w audycji Powtórka z rozrywki. Inicjatorem audycji był Marcin Wolski, współpracujący m.in. z Andrzejem Zaorskim i Krzysztofem Materną. Wkrótce, za namową Wolskiego, do grona autorów dołączył Jacek Fedorowicz, stając się od razu jej główną postacią; po pewnym czasie z grona autorów odszedł Materna. Marcin Wolski
nazyw
any był nadredaktorem Magazynu. W roku 1976 zmieniono czołówkę, a nadredaktor mianował się arcydyrektorem. Audycję reżyserował Andrzej Pruski. W audycji prezentowano "felietony, słuchowiska, piosenki, wiersze, rysunki i tak dalej" (cytat z pierwotnej czołówki) przeplatane w co drugim magazynie przygodami członków redakcji (w role ich wszystkich wcielał się Jacek Fedorowicz), a w co drugim przygodami "piratów" (których role odgrywali Andrzej Zaorski i Marian Kociniak). Jacek Fedorowicz stworzył tu w sumie kilkanaście postaci, m.in. Kolegi Kierownika, Kolegi Kuchmistrza, Kolegi Spikera, Kolegi Tłumacza, Kolegi Sprawozdawcy, Pana Kazia, Kolegi Inteligenta, Koleżanki Małżonki, Kolegi Panicza. W przygodach piratów występowali także (w różnych odcinkach) m.in. Danuta Rinn (Ceśka), Ewa Złotowska (córka piratów, Cewka), Janusz Gajos (Hetmanek), Krzysztof Kowalewski (pan Krzych). W audycji można było usłyszeć m.in. następujące "kolumny": Rycerze (tekst Andrzej Waligórski, występowali artyści kabaretu Elita, m.in. Andrzej Waligórski (Zagłoba), Leszek Niedzielski (Wołodyjowski), Jan Kaczmarek (Kmicic/Azja Tuhaj-bejowicz), Ewa Szumańska (Oleńka/Basieńka), Jerzy Skoczylas (Soroka/Luśnia) Włodzimierz Plaskota (hetman), Jerzy Dębski (Skrzetuski/Muszalski)); Para-męt pikczers czyli kulisy srebrnego ekranu (tekst Andrzej Zaorski, występowali Andrzej Zaorski i Marian Kociniak); monologi Jana Kaczmarka; wiersze Andrzeja Waligórskiego (w autorskim wykonaniu); monologi Krzysztofa Jaroszyńskiego (Dziennik trenera, Krótki kurs praktycznego języka, Poradnik pedagoga z placówki pozaszkolnej); dialogi Z pamiętnika młodej lekarki (tekst Ewa Szumańska, występowali Ewa Szumańska i Jan Kaczmarek); Rossmówki (tekst Tadeusz Ross, występował Tadeusz Ross z Bohdanem Łazuką, a następnie z Piotrem Fronczewskim); słuchowiska Marcina Wolskiego - niektóre z nich były serialami, a największą popularność zdobył niewątpliwie Matriarchat który doczekał się dwóch kontynuacji - główne role grali w nim Jan Kobuszewski (Fil), Witold Dębicki (Ted), Joanna Sobieska (Małgosia), Tadeusz Włudarski (narrator - "nasz ulubiony ciąg dalszy"), Jan Kociniak (Ludwik - od drugiej serii) - inne znane seriale Wolskiego to Numer, Świnka i Enklawa, ponadto luźny cykl Antybaśnie; Centralna Kuźnia Młodych – CKM (tekst: M. Wolski i A. Zaorski, grali m.in. Andrzej Zaorski (wizytator Bronisław Beton-Baton), Marian Kociniak (kolega Kociemniak), Andrzej Fedorowicz (magister docent Buldog inżynier), Marian Opania (kolega Opinia), Krzysztof Kowalewski; Zapiski kłusownika (tekst: M. Wolski i A. Zaorski pod pseudonimem Marcin Jędras, grali Jan Kobuszewski i Andrzej Zaorski); Saga rodu Kowalskich (tekst: M. Wolski, grali m.in. A. Zaorski, A. Fedorowicz, M. Kociniak, K. Kowalewski) opowiadane rysunki (Szymon Kobyliński), monologi, w których występował w różnych rolach Jacek Fedorowicz (Pyszny posiłek na falach eteru, Kącik ogrodniczy, Kącik mody męskiej - Kuchmistrz, Kodeks honorowy, Porady sercowe - Kierownik) oraz dialogi (Gry i zabawy towarzyskie, Kronika kulturalna); Uniwermagiel; słuchowiska Marii Czubaszek; Pamiętnik znaleziony w taczce; Dyrekcja cyrku w budowie (tytuł nawiązywał do partyjnego hasła budowy drugiej Polski). Całość przeplatana była piosenkami, które często stawały się przebojami (Ragazza da Provincia Jacka Zwoźniaka, Czego się boisz głupia, Los Andes Cordillera Jana Kaczmarka i inne piosenki kabaretu Elita). Po zawieszeniu audycji część wykonawców kontynuowała występy w postaci spektaklu estradowego pod szyldem "1000 metrów na kilometr". Obecnie za pewnego rodzaju kontynuację audycji można uważać ZSYP, emitowany w I programie Polskiego Radia. Niektóre teksty magazynu zostały opublikowane w postaci książkowej (Wybór i redakcja Marcin Wolski, Wydawnictwo RTV, 1980 r., il. Jerzy Flisak). W formie książkowej M. Wolski opublikował też liczne ze swoich słuchowisk, jako powieści lub opowiadania. W 2003 r. Polskie Radio wydało kilka płyt CD z największymi hitami audycji .Piszący te słowa jest ciągle fanem i słuchaczem ,,60 tki'', wciąż śmieszą mnie skecze i słuchowiska ,prezentowane na łamach audycji. I tak już chyba pozostanie...

Opowieść o miłości w czasach nienawiści. Fragm. opow. St. Srokowskiego ,,Ołena''.

Chodziła tego dnia jak z jajkiem wokół Franka, na palcach, nagle tuliła jego głowę do piersi, gładziła twarz, całowała szyję, obsypywała p...