środa, 3 czerwca 2026
Opowieść o miłości w czasach nienawiści. Fragm. opow. St. Srokowskiego ,,Ołena''.
Chodziła tego dnia jak z jajkiem wokół Franka, na
palcach, nagle tuliła jego głowę do piersi, gładziła twarz,
całowała szyję, obsypywała pieszczotami i szeptała czułe słówka, aż się w końcu zdenerwował:
- Co cię naszło, Ołena? Żyjemy ze sobą już pięć lat,
a nigdy nie zaznałem tyle miłości od ciebie, co teraz.
- Patrzył na nią zdezorientowany i szeroko otwierał
oczy. Ołena, dziewoja piękna, długonoga i czamobrewa,
z twarzą jak z bajki, wyszła za Franka Karbeusza w atmosferze skandalu. Ani jego rodzice, ani jej nie zgadzali
się na to małżeństwo. A oni, Ołena i Franek, wbrew
wszystkim i wszystkiemu pobrali się i nie było na to rady. Gdy rodzice Ołeny zagrozili, że wyklną ją i na zawsze wygonią z domu, podcięła sobie żyły. A gdy rodzice Franka powiedzieli, że za wcześnie na ślub - miał
wtedy siedemnaście lat - wziął sznur, przywiązał do belki na strychu i się powiesił. Ledwie go odratowali.
W końcu obie rodziny ustąpiły i Ołena, zapatrzona we
Franciszka jak w święty obrazek, dopięła swego i zaprowadziła go do ołtarza. Pop parę pobłogosławił. A cała
wieś, zarówno polska, jak i ukraińska, nadziwić się nie
mogła, że tak dorodna i niezwykła krasawica wzięła sobie za męża takie chuchro i niedojdę. Bo uczciwie trzeba powiedzieć, że Franek nie był chłopem na schwał,
zwalistym, silnym czy dorodnym. Przeciwnie - było to
chuchro blade, chude i mizerne, na twarzy pergamino117
we. Ot, zwykły chudopachołek, biedak, któremu co
wiosnę głód zagląda w oczy. Za to Ołena to prawdziwy
skarb, cud natury. Jej oczy jak dwie zorze, jak mówiły
stare Ukrainki, jej piersi jak dzikie sarny, rwące się ku
miłości, a jej figura tak zgrabna i pyszna, jakby w hebanie specjalnie wyrzeźbiona, by się na nią wszyscy mogli
pogapić.
I oto ona, siedemnastoletni podlotek, a już wielka
piękność, zagięła parol na Franka Karbeusza, jakby innych chłopców w okolicy nie było. Może to z powodu
jego łagodnego charakteru i dobrego serca, a może
z powodu niebieskich oczu, jakich nikt inny we wsi nie
miał. A najpewniej z powodu grania na mandolinie,
które jej serce rozszarpywało - tak było niezwykłe,
przejmujące i pełne bólu. Gdy Franek grał, Ołena ciężko wzdychała, przewracała oczami, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Mówiła, że z tego Frankowego grania jej
dusza wznosi się gdzieś wysoko i trwożliwie zawodzi,
jednocząc się z niezmierzoną duszą wszechświata,
a w niej samej wzbiera wielka tęsknota za czymś odległym i nieskończonym, za czymś, co w jej marzeniach
znajduje się daleko i na nią czeka. I tak była przejęta
muzyką płynącą z mandoliny i cichutkim nuceniem
Franciszka, że oczu oderwać od niego nie mogła.
W każdym razie zasupłała silnie węzeł małżeński i poza Frankiem już świata bożego nie widziała. Całymi godzinami wpatrywała się w te bławatkowe, czyste i dobre
oczy i szeptała:
- Kochan’ja moje, szczas’tia moje!
Obsypywała Franka pocałunkami, przytulała się do
niego i obdarzała go najgorętszą miłością, jaka istnieć
mogła na świecie. Nie zrobiła bez niego kroku. Gdziekolwiek Franio się ruszył, tam już i Ołena była. Franio
do stodoły - Ołena za nim. Franio do lasu - Ołena do
lasu. Franio do kościoła - Ołena do kościoła. Wszystkie
noce upływały im w wielkiej, burzliwej miłości i nawet,
118
0 dziwo, Franio, zamiast po takich nocach kurczyć się
1 maleć, jak to bywa z chuchrami, nagle prostował się,
wypinał pierś, a jego policzki różowiły się, ciało krzepło
i nabierało mocy. Jakby mu miłość siły dodawała i fantazję powiększała. Ku zdumieniu wsi Franio z chudego,
kruchego chłopca po dwu latach życia z Ołeną przybrał
na wadze, stał się silnym, sprawnym i dorodnym mężczyzną, a jego sylwetka zaczęła skupiać uwagę co atrakcyjniejszych panien na wsi, choć, jak wiadomo, był już
zajęty i nie do odstąpienia. Ołena pilnowała go jak skarbu i na krok samego nigdzie nie puszczała.
I oto teraz, gdy się już obrobili, gospodarstwo uporządkowali, a malutki gliniany dom, który rok temu
Franio postawił, lśnił jak szkło, mogli sobie pod wieczór
odpocząć. Ich drobna jak kruszynka córeczka, Ołeksia,
leżała w łóżku, brała do buzi nóżki i gryzła palce.
I właśnie wtedy Ołena poczęła odprawiać te dziwne
rytuały, te miłosne i, rzec można, magiczne ceremonie,
krążąc wokół Franka, przyglądając mu się ze wszystkich stron, nagle obłapując i obsypując czułymi pocałunkami. Podkręciła knot w lampie, światło buchnęło
wysokim płomieniem, a ona, obchodząc Frania to z jednej strony, to z drugiej, zdawała się czarodziejką albo
kapłanką, która odprawia misterną uroczystość, pragnąc czemuś się przeciwstawić albo o coś się modląc.
Franek siedział na nowym drewnianym krześle, które sam zrobił, a Ołena krążyła wokół niego, zaglądała
mu w oczy i pieściła bez końca. I wtedy właśnie Franek
oderwał się od niej i spytał, co to za okazja, że tak namiętnie obdarza go darami swego serca.
W żaden sposób nie wiązał tego zachowania z wizytą jej brata, Iwana, który odwiedził ich rano. Gdy Franciszek czyścił oborę, Iwan z Ołeną rozmawiali w izbie.
Nawet się zdziwił, dlaczego tak wcześnie przyszedł, bo
zwykle pod wieczór się zjawiał - pogadał, pośmiał się;
lubił pożartować, a teraz jakby go co kopnęło, był na119
pięty, zły, jakby się nie wyspał, nawet się nie przywitał
z Frankiem, tylko niespokojnym wzrokiem omiótł gospodarstwo, kiwnął Frankowi od niechcenia ręką i zniknął w domu, gdzie przy piecu stała Ołena.
Widział Franek, jak Iwan stoi przy oknie i do Ołeny
coś mówi, ale nie dociekał co. Wszakże to brat i zawsze
miał coś ważnego siostrze do powiedzenia. A to, że
w mieście tarkę do przecierania buraków kupił, a to,
że całą gromadą na jagody jadą albo że na jarmark się
wybiera i Ołenę chce zabrać. Ale tym razem nie w głowie Iwanowi były wyjazdy, grzyby czy leśne jagody. Był
za poważny. Zniknął gdzieś humor, dowcip i wesołość.
Od pewnego już czasu zachowywał się dziwnie. Jego
matka Maryna mówiła, że zamyka się w sobie; w nocy
nawiedzały go jakieś koszmarne sny, zrywał się spocony i dygotał jak w febrze, potem znikał z domu. A gdy
go Ołena pytała, gdzie się podziewa, odburkiwał, że to
nie jej sprawa; widać było gołym okiem, że coś przed nią
ukrywa. Nieraz i przez trzy noce nie zjawiał się w chacie. Najpierw myślała, że znalazł sobie w innej wsi
dziewczynę i jej przy sianokosach pomaga. Ale gdy zaczęły docierać do wsi wiadomości, że na Wołyniu wioski płoną i bandy leśne Polaków mordują, a stare kobiety jęty przebąkiwać, że diabeł do kominów zagląda
i ognisty jęzor pokazuje, strach padł na Podole i Ołenę.
Chwycił ją za gardło. I wbił ostre szpony w samo serce.
Nie od razu, rzecz jasna, i nie za gwałtownie. Ołena nie
tak szybko jak inni uwierzyła w te opowieści, ale nieraz,
gdy słuchała tych, jak się jej wydawało, bredni, skóra jej
cierpła.
Gdy Franio patrzył na nią zaniepokojony, mówiła, że
mieszkają niedaleko Halicza, niemal pod samym Stanisławowem, a to wielkie miasto i nic złego nie może im
się przytrafić, nie powinni się martwić i głów sobie zaprzątać jakimiś plotkami. A po za tym, Franiu, mówiła,
to nie żaden diabeł nad chatami lata, tylko strach ludz120
ki, bo wielkie oczy ma. I mimo że sąsiadki jej przez płot
opowiadały, że raz ten diabeł nazywa się Lucyfer, kiedy
indziej Belzebub, gid’ko, syn ciemności czy moc piekielna, że nawet zagląda już przez szpary w oknach, Ołena
śmiała się z nich i wykpiwała, wyrzucając im, że rojenia
mają i fantasmagorie je ogarniają, i że w ogóle w głowach im się pomieszało. Bo i niby czemu by to Ukraińcy mieli rezać Polaków, domy ich palić i z siekierami napadać. Nie wierzyła temu, co sobie ściszonymi głosami
przekazywały kobiety z ust do ust, z domu do domu.
Do tej pory żyli Polacy z Ukraińcami w pełnej zgodzie,
pomagali sobie wzajemnie, wspólnie do kościoła i cerkwi chodzili, a na święta zawsze się odwiedzali, dary sobie nosili. Dlaczegóż by teraz mieli z widłami i siekierami na siebie napadać. Mówiła to szczerze i z głębi serca,
ponieważ była uczciwą, porządną i prawdomówną
dziewczyną, ale zauważyła, że sąsiedzi zaczynają się na
siebie boczyć, Ukraińcy nie zaglądają już do polskiej
kolonii, a Polacy z lękiem zerkają w stronę lasu.
To właśnie wtedy przyszedł brat Iwan i o czymś nerwowo z nią rozmawiał, a kiedy wyszedł, nawet nie żegnając się z Franciszkiem, Ołena stanęła w oknie i nieruchomo, z udręczoną twarzą wpatrywała się w pracującego
Franka, ale on tego nie widział, zajęty sprzątaniem obory. Długo na niego patrzyła, nie mrużąc oczu. A potem,
gdy zaniosła mu kompot do picia, i on spytał, dlaczego
Iwan tak się spieszył, zaniemówiła, i zapadła między nimi kłopotliwa cisza, której nigdy dotychczas nie zaznali.
Ołena poczuła się niezręcznie, jakby zawiniła; szybko
wyrzuciła z siebie, że Iwan przyniósł od matki świeże
masło, ser i śmietanę, a pognał do domu, bo ma dużo
roboty. Ale gdy to nazbyt pospiesznie i jakoś niespokojnie mówiła, Franek zauważył, że ucieka przed jego
wzrokiem. Potem nagle objęła go i pocałowała. Zastanowiło go to, ale już nie wracał do wizyty Iwana. Po
chwili zresztą pogrążył się w rozmyślaniach o nadcho121
dzących żniwach; martwił się, że nie zdąży postawić stodoły, a urodzaj zapowiada się bogaty. I martwił się tym
jeszcze, że znowu będzie musiał prosić rodziców, by pomogli mu zboże zwieźć pod ich dach.
Ołena wciąż nie odchodziła, przyglądając się, jak czyści oborę, patrzyła na jego coraz silniejsze ręce i pochylony grzbiet, a on, zajęty sprzątaniem, nawet nie dostrzegł, że ona wciąż stoi i gapi się na niego. A gdy uniósł
głowę, zobaczył ją i spytał, czy czegoś potrzebuje, ona
zatrzepotała rzęsami, że nie, niczego nie potrzebuje, ot,
tak sobie stoi i podziwia jego zręczność i spryt, więc on
się uśmiechnął, bo istotnie nie marnował czasu; umiał
się wziąć za bary nawet z najtrudniejszymi zadaniami,
a cóż dopiero mówić o zwykłym porządkowaniu obory.
Uśmiechnął się do niej i dostrzegł, że spojrzenie jej oczu
jest jakieś dziwne, pełne współczucia i smutku.
- Dobrze się czujesz, Ołena? - spytał, a ona stała jak
przybita do ściany. Nigdy jej w takim stanie nie widział.
Po chwili nagle się ocknęła, a jej wzrok poszybował ku
chmurom i zaśpiewała:
- Zapowiada się cudowny dzień, Franek, i wiele dzisiaj zrobimy.
Odpowiedziała na jego uśmiech swoim szerokim
uśmiechem, ręce położyła na biodrach, jakby mówiąc,
zaraz zobaczysz, jak zatańczę dla ciebie, aż niebo w podziwie zastygnie. Ale nie zatańczyła, chwyciła w rękę
spódnicę i pobiegła do domu, pokrzykując do Frania
już w biegu, że dziecko musi nakarmić, a potem siano
razem pójdą grabić.
Franek stał na szeroko rozstawionych nogach
i z uśmiechem patrzył na jej kołyszącą się zgrabną figurę. Wkrótce zapomniał ojej smutnych oczach i zagadkowym spojrzeniu.
Cały dzień przewracali siano, a potem grabili i składali w kopy. Wokół nich bociany polowały na żaby. Co
jakiś czas wyskakiwał spod grabi szary zając i gnał
122
w pole. Franek pochylał się nad znalezionym ptasim
gniazdem, pełnym jajeczek z rudymi kropkami albo
szczebioczących piskląt, brał je do ręki, a one szeroko
otwierało żółte dziobki. Pokazywał je córeczce, pozwalając dotknąć i pogłaskać po malutkich główkach.
Gdy nadeszła pora obiadu, spożyli zawczasu przygotowany posiłek, chwilę odpoczęli i znowu wzięli się do
roboty. Gdy się ściemniło, Franek ułożył widły i grabie
w jednym miejscu, by jutro, gdy przyjedzie wozem, móc
je łatwo znaleźć i zabrać razem z sianem do domu. Do
chaty wracali dopiero pod wieczór, po drodze podziwiając ogromne łany zbóż, szczerozłotą pszenicę i dorodne
i gęste kłosy żyta. Ani razu nie wspomnieli o Iwanie,
a prawdę mówiąc, Franek zupełnie zapomniał, że szwagier ich tego dnia odwiedził.
Ale po kolacji, kiedy Ołena położyła córkę do łóżka,
ni stąd, ni zowąd spytał:
-Co ten twój braciszek taki strasznie zaganiany?
Nawet ręki szwagrowi nie podał. - Patrzył na Ołenę
z przyganą, jakby to ona była temu winna. Ale Ołena
odpowiedziała tylko, że dzisiaj wszyscy są jacyś nerwowi i dziwni. I jej brat niczym od innych się nie różni. Jednak musiała się źle poczuć z taką odpowiedzią, bo zaraz
podbiegła do Frania i znów zaczęła taniec godowy odprawiać, ów przedziwny rytuał okrążania, obejmowania
i obsypywania pocałunkami, jakby pragnęła nadrobić
stracony czas - z naddatkiem go już pieściła, miłosne
słówka szeptała, tuliła głowę do piersi i całowała.
A gdy ją wziął na kolana i spytał, czy jej coś nie dolega, gwałtownie zaprzeczyła, ale zaraz umilkła, jakby
zawstydzona, i szybko błagała, by nie pytał, jak się czuje, ponieważ wie, że bezgranicznie go kocha i nigdy kochać nie przestanie.
Franek wciąż nie rozumiał, skąd ten gwałtowny
przypływ uczuć, ale nie ukrywał, że zaloty Ołeny i jej
słodkie pieszczoty sprawiają mu radość. Wciąż nie szli
123
spać, radując się swoimi ciałami, aż Franek w pewnym
momencie dotknął jej czoła, poczuł rozgorączkowanie
i zobaczył chorobliwe błyszczenie oczu.
- Szczo z toboju? - spytał. - Masz gorączkę?
Ołena się zaśmiała i hałaśliwie, nadmiernie głośno
wykrzyczała:
- Och, ty moje kochan’ja, wełyke kochan’ja. Jestem
zdrowa jak rydz! - Spojrzała na niego śmiało, a jej duże, czarne oczy rozbłysły.
Trzymał ją w ramionach i czuł jak drży. Jeszcze silniej ją przygarnął; cała się trzęsła, a po jego karku ściekała gorąca łza.
- Ołena?!
Próbować odsunąć ją trochę, żeby spojrzeć w twarz.
Przyssała się jednak silnie, nie mógł uwolnić się od zaciśniętych wokół szyi ramion. - Czomu płakajesz? - spytał.
- Z kochania, myłyj, z kochania!
Jej głos wydawał się pełen bólu i goryczy. Nie mógł
pojąć, co się z nią dzieje. Zawsze była radosna, pełna
energii, życia i nie znała smutku. Nigdy nie widział na
jej twarzy rozpaczy ani bólu, a tu niespodziewanie płacze, jej ciało się trzęsie.
- Ołena! - Całował jej włosy i policzki, i poczuł słony smak spływających po jej twarzy łez. Ogarnęło go
poczucie wspólnoty, zjednoczenia w chwili próby,
w ciężkiej chwili życia. - Co ci jest, Ołena, powiedz -
prosił łagodnie, zagarniając ją ramionami, ale ona milczała, pochlipując przy jego uchu.
Potem gwałtownie oderwała głowę i przeniknęła jego
niebieskie oczy czarnym spojrzeniem, jakby mówiąc:
Nie zabraniaj mi patrzeć na siebie, bo nie wiadomo, jak
długo będą trwały te chwile.
- Życie jest takie krótkie - powiedziała, jakby miała
sześćdziesiąt lat. - Takie krótkie... - Jęknęła. - A wokół
tyle piękna. Słońce, Franciszku, czyż to nie cud?! Ciepło, światło, trawy, zboża, noc! - Patrzyła na niego pod124
niecona. - Spójrz tylko na gwiazdy, ile w nich boskiej
tajemnicy i jaka potężna siła w nich drzemie. Godzinami mogłabym patrzeć w niebo. Albo zwykłe rzeczy: stół,
krzesło, ława. Popatrz na nie, stoją, jakby czekały na
człowieka.
Franciszek słuchał Ołeny, zapatrzony w jej usta, w jej
nabrzmiałe, wilgotne i pełne wyrazu wargi. Potem przenosił wzrok na oczy i widział, jak migają w nim jasne
światła i toną mroczne obrazy świata.
- Patrzysz na mnie, Franek - mówiła - patrzysz na
moje oczy, a czyż to nie cud, że odnaleźliśmy siebie, że
obroniliśmy naszą miłość, która żyje w nas już tyle lat
i nigdy się nie skończy. - Wbiła w jego ramię ostre paznokcie, jakby chciała powiedzieć: Tak cię właśnie kocham, do krwi. I nie mogłabym bez ciebie żyć - wyznawała, patrząc mu w oczy.
Wiedział już, że musiało coś bardzo ważnego zajść tego dnia w jej życiu, skoro zdobyła się na takie wyznania.
I wtedy przypomniała mu się poranna wizyta Iwana.
- Dowiedziałaś się czegoś złego od braciszka? - spytał kąśliwie i natychmiast zrozumiał, że uderzył w fałszywe tony i poczuł się źle, niewygodnie, jakby zabrudzony, niepotrzebnie szukając zadrażnienia, gdy ona
wiernie patrzyła mu w oczy.
Ołena znieruchomiała.
Patrzyła na niego przestraszona i milczała. A on zrozumiał, że nie chce kłamać i dlatego się nie odzywa.
Czekał, jakby się spodziewał, że po chwili milczenia
musi jednak nadejść pora wyjaśnień. Nie obwiniał jej
o nic, ale teraz miał już głębokie przeczucie, że istota
rzeczy kryje się w spotkaniu z Iwanem.
I wtedy przemówiła. Przylgnęła do niego i szybko,
poganiana strachem, pchana rozpaczą i targana bólem,
szeptała mu pospiesznie do ucha:
- Iwan mnie ostrzegł, że nadchodzą złe czasy dla nas.
Ogień spadnie i miecz na nasze domy - mówiła proro125
czo, jakby nieswoim głosem. - Ogień i miecz spadną na
nasze głowy i nadejdą straszne dni, Franciszku, przed
którymi trudno się będzie ukryć.
- A więc to prawda? - spytał i naraz na jego głowę
zwaliły się te diabelskie opowieści o dalekich mordach,
które do tej pory wyglądały jak straszne baśnie o złym
wilku, który pożera ludzi. - A nie wierzyłaś! - powiedział, jakby miał do niej pretensję.
- Nie wierzyłam - przyznała. - Bo trudno w piekło
uwierzyć. - Patrzyła już na niego otwarcie, ukojona
prawdą, którą wyznała.
A więc dlatego tak płakała, pomyślał. Nie wiedziała, jak mi o tym powiedzieć. Gdy wyznała, co przekazał jej Iwan, poczuła się lżej i pewniej. Nie musiała już
unikać iego oczu. Dowiedział się, że w lasach zbierają
się uzbrojeni w siekiery i widły Ukraińcy i w każdej
chwili mogą napaść na wieś. Dlatego trzeba natychmiast kopać kryjówkę i przygotować się na najgorsze.
- Jestem twoim mężem - powiedział. - Mnie nic nie
zrobią - przekonywał ją. - Tylko na polskie domy napadają - mówił. - A ty jesteś Ukrainką i nas nie ruszą.
Ale ona uparła się, że już tej nocy musi się zabrać do
kopania ziemianki, w której się ukryją, bo niczego nie
można być pewnym.
- Pójdę do rodziców i ich uprzedzę - rzekł, a ona się
przeraziła i znowu zaczęła się trząść.
- Iwan powiedział, że słowa nikomu pisnąć nie wolno - wymamrotała. - Jak ich ostrzeżesz, zabiją cię!
- Objęła go mocno.
Po chwili się nieco uspokoiła. Franek kazał jej spać,
a gdy się położyła, udał, że idzie sprawdzić, czy krowa
się nie cieli, bowiem spodziewali się przybytku. Ołena
jeszcze raz mu przypomniała, by nie śmiał nogą ruszyć
poza płot. Skinął głową i chwycił za klamkę.
Wtedy usłyszał, że jutro o świcie ona sama jego rodzinę zawiadomi. Mimo to wyszedł na dwór i spojrzał
126
w niebo. Ogarnęło go mgliste przeczucie nieskończoności świata. Aż się wzdrygnął, jakby kosmos otworzył
przed nim bezmiar swego istnienia. Stał pełen niejasnego niepokoju. By się otrząsnąć z wrażenia, ruszył do
obory. Zobaczył, że krowa spokojnie leży i nic nie zapowiada szybkiego ocielenia. Ciepły oddech zwierzęcia
i panujący w oborze spokój ukoiły jego nerwy. Powrócił do izby i zastał Ołenę w pościeli. Leżała przy malutkiej Ołeksie i tuliła ją w ramionach.
Przez chwilę kręcił się po domu, potem stanął nad
Ołeną i powiedział, że nic im nie grozi, niebo jest czyste, wszędzie panuje spokój i nie trzeba poddawać się lękom. Poczekają do jutra i zobaczą, co się dzieje, a jeśli
słowa Iwana się potwierdzą, to przygotuje odpowiedni
schron.
Tej nocy nie mogli zasnąć. Słyszeli swoje oddechy,
słyszeli westchnienia i półsenne pojękiwania. Nagle Ołe-ł
na podrywała się, siadała i nasłuchiwała, a Franek ją
obejmował i uspokajał, że muszą dotrwać do świtu,
a kiedy wzejdzie słońce i świat zatonie w świetle, ludzkie dusze staną się lżejsze. Ale te słowa nie koiły lęków.
Franek brał do ręki mandolinę i cichutko trącał struny,
ale muzyka, która wypływała spod jego palców, zamiast
łagodzić ból i cierpienie, wzmagała niepokoje i targała
serca. Patrzyli na siebie zagubieni i smutni. To, co tak
kochali, pogrążało ich w jeszcze większej rozpaczy.
W pewnym momencie, gdy oboje patrzyli w ciemne
okno, zobaczyli, jak niebo przecina na ukos jakiś szybki błysk.
- Spadająca gwiazda - wyszeptała Ołena i przeżegnała się trzy razy. Długo wsłuchiwali się w pulsującą ciszę. - Ktoś umarł - powiedziała.
- Albo się urodził - dodał po chwili Franek.
A kiedy już mieli odwrócić oczy od okna, zobaczyli
inne światło, żółte, przechodzące w jaskrawobiałe, które wznosiło się i długo wędrowało ku szczytom nocy, aż
127
się zgubiło w głębi atramentowego nieba. Zaparło im
dech w piersiach.
- Co to? - szepnęła Ołena i przywarła do Franciszka.
- Rakieta - odparł. - Rakieta, Ołena - wychrypiał
i poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Wiedział, że to
rakieta. Pamiętał rosyjskie rakiety, potem niemieckie.
A ta czyja?
- Jakiś znak dla kogoś - powiedział cicho.
- Boże! - jęknęła i zaniemówiła. Dygotała. Po chwili
spytała: - Gdzie się teraz skryjemy? - I rzuciła się
do dziecka, które spokojnie spało z rozłożonymi rączkami. Otuliła córkę kocem, nasłuchując, jak cicho
oddycha.
Franek poderwał się z łóżka, podszedł do okna i długo wpatrywał się w niebo. Stał nieruchomy, napięty,
próbując przeniknąć czerń nocy. Dalekie gwiazdy wyglądały jak białe gwoździe wbite w ciemną papę.
- Może to ćwiczenia - odezwał się niepewnie.
- To nic dobrego- szepnęła.
Zobaczył daleko na horyzoncie jakby skaczące po
niebie płomyki. Potem płomyki się połączyły w czerwony krąg zorzy. Za wcześnie na świt, pomyślał i poczuł, że
drętwieją mu wargi. Poczuł suchość w ustach.
- Ołena! - zawołał cicho.
- Szczo?
- Panowice się palą.
Ołena podniosła się na kolanach i zastygła; chciała
coś powiedzieć, ale z ust wyszedł tylko niezrozumiały
bełkot.
- To znaczy, że na Panowice napadli - powiedział sucho. Oboje patrzyli, jak ogień zżera noc, jak łuna podnosi się i rozrasta.
- Wujek Rudolko się pali.
Z daleka dochodziły suche, nieregularne trzaski.
- Strzelają - powiedział i ruszył do drzwi.
- Nie wychodź! - krzyknęła.
128
Niebo nad lasem zaogniło się, po chmurach skakały
płomienie, podpalając coraz to nowe obłoki. Franek
spojrzał na Ołenę i mruknął:
- Tylko na próg.
Wciągnął haust rześkiego powietrza i poczuł, jak
przenika go chłód nocy. Widział palące się domy, ogień
przerzucający się z chaty na chatę, z dachu na dach, słyszał coraz głośniejsze trzaski, a potem turkot karabinu
maszynowego. Pomyślał, że powinien przeskoczyć płot
i powiadomić rodziców, ale gdy się odwrócił, zobaczył
w oknie Ołenę. Kiwała do niego ręką, by natychmiast
wracał. Wiedział, że skoro napadli na Panowice, dziś już
nie zdążą napaść na ich wieś. Wrócił do chaty i położył
się, ale do rana nie zasnął, wpatrzony w okno.
O świcie gruchnęła wieść, że wielu Polaków spalono
żywcem, wielu zginęło od kul, a ich mienie poszło z dymem. Wieś napadła znana z okrucieństwa sotnia „Siry
wołki” i czota z sotni „Orły” pod dowództwem „Bystroho”, który siał strach i przerażenie bezwzględnością popełnianych mordów i okrucieństwem gwałtów.
Wszyscy wiedzieli, że nadchodzi czarna godzina i na
wieś Franka. Wystraszeni ludzie biegali jedni do drugich, naradzając się, co robić. Domy ukraińskie nagle
odgrodziły się od polskich zamkniętymi furtkami i głuchym milczeniem, jakby jakaś zaraza zapanowała.
Franek od świtu kopał ziemiankę. Widział przed sobą złote łany zboża i dom swego ojca, i nagle zatęsknił za
dzieciństwem, kiedy beztrosko ganiał za ptakami, a dziadek przynosił mu wystrugane ludziki. Otrząsnął się ze
wspomnień i dalej kopał dół, rozsiewając ziemię po polach, by zatrzeć za sobą ślad. Nikt go tam nie widział.
Tak był zajęty robotą, że nawet nie zauważył, że pod
wieczór ich dom odwiedził Iwan z trzema nieznanymi
mężczyznami. Iwan, nachmurzony, zły i burkliwy, od
razu spytał Ołenę, gdzie Franek, a kiedy bąknęła, przestraszona, że w oborze nowo narodzonego cielaka pil129
nuje, burknąi: - Dobre, dobre - dając do zrozumienia,
że nie byłby pożądanym świadkiem rozmowy. Stanął
w oknie i pilnował, by Franek nieoczekiwanie nie
wszedł. Ołena patrzyła na przybyłych spod brwi, nieufna i skryta. Czuła, jak wali jej serce. Mężczyźni przyglądali się jej z nieukrywanym niezadowoleniem, jakby odczytywali w jej oczach jakąś zakazaną myśl. Kręcili
głowami, burczeli pod nosami, syczeli jadowicie, aż
w końcu zwrócili się do Iwana, by przekazał Ołenie rozkaz, i słowo to mocno zaakcentowali, i podkreślili, że
ma wykonać natychmiast.
Gdyby Franek zobaczył ją w tej chwili przez okno,
zauważyłby, jak macha rękami, blednie i czerwienieje,
i odskakuje od nieznajomych. A oni otwierali szeroko
usta, marszczyli czoła, wykrzywiali szczęki i krzyczeli
na nią. Iwan też warczał jak pies. Krążył wokół Ołeny
i unosił ramiona, a potem gwałtownie je opuszczał, aż
w końcu zsiniał ze złości i burknął, że on już więcej nic
dla niej nie może zrobić.
Ale Franek tego nie widział. Pot spływał mu po twarzy i lał się strugami po plecach, a on schodził coraz głębiej w czerń ziemi, powiększając kryjówkę i myśląc, jak
by ją zamaskować. A gdy późnym wieczorem wykończył ziemiankę, odpowiednio ją zakamuflował, usuwając świeżą ziemię, a miejsce wykopu przysypując
chrustem, starymi liśćmi i gnojem, którego tutaj było
w bród. Wejście przygotował od strony obory. Sprawdził
jeszcze konstrukcję wykopu i uznał, że jest bezpieczny.
Zamaskował dodatkowo wejście, zasłaniając deskami
i przysypując je słomą.
Wracając do chaty, uniósł głowę i stanął olśniony.
Kosmos iskrzył miliardami świateł, jakby noc zapragnęła zademonstrować swoją wieczną potęgę i odsłoniła rąbek nieskończonej tajemnicy życia.
Franek chłonął ten pulsujący, odległy kosmos, zastygły i oniemiały. Wydawało mu się, że przestrzeń śle mu
130
sygnał, iż istnieją rzeczy i sprawy znacznie piękniejsze
i ważniejsze niż ziemskie i że należy częściej spoglądać
w stronę nieba, by odczuć jedność ludzkiego życia i całego świata. Stał oszołomiony i pełen zdumienia, a jego
serce mocno biło, jakby odkrywając nową rzeczywistość. I ten obraz przeniósł go znowu ku dziecięcym latom, kiedy leżał na łące z twarzą zwróconą ku chmurom
i podziwiał grę świateł i cudowne tańce niebieskich figur. Westchnął i pomyślał, że powinien wyprowadzić
Ołenę na próg domu i pokazać jej ten niepojęty świat
boskiej łaskawości, cudów i darów.
Otworzył drzwi i stanął jak wryty.
Ołena łkała. Leżała na łóżku, przytulona do poduszki, a jej ciało, targane szlochem, unosiło się i opadało.
Światło naftowej lampy znieruchomiało, jakby także nie
mogło pojąć, co się z Ołeną dzieje. Ostry, przenikliwy zapach papierosów gryzł w nozdrza. Ołena odwróciła do
niego bladą, zapłakaną twarz i runęła na kolana, wołając:
- Zabyj mene, Franku, zabyj, bo żyty z toboju ja wże
ne mohu.
- Ołena! - Pochylił się nad nią i chwycił za ramiona,
próbując podnieść z podłogi. - Ołena, szczo z toboju?
- Franku, Franku - jęczała, płacząc i trzymając go
za nogi. Uniosła na niego załzawione i przerażone oczy
i rwąc słowa, wydusiła: - Skazały meni szczob tebe zarizaty!
Nogi się pod nim ugięły. Jakby się przesłyszał, spytał:
- Szczo ty howorysz, Ołena? Szczo płetesz?
A ona wybuchła spazmatycznym szlochem i wyjęczała:
- Maju tebe zarizaty...
Opadła na podłogę i leżała z twarzą odwróconą ku
ziemi. Jej ciało dygotało.
- Bo jak ja tebe ne zariżu - mamrotała - to wony mene zariżut.
- Ołena! - zawołał i zdawało mu się, że słyszy czyjś
obcy, nie swój głos. - Ołena - powtórzył, a ona drgnęła,
131
uniosła głowę i patrzyła na niego z miną człowieka, który spada na dno ciemności i wie, że nikt nigdy nie poda
mu ręki. Patrzyli na siebie w zagubieniu. Objął ją mocno i ucałował włosy, szepcząc: - Cicho, Ołeńka, cicho.
A ona, wpatrzona w niego, z drżącymi wargami, pochłaniała go wzrokiem, jakby pragnęła całego wciągnąć
w głębię swoich ciemnych oczu.
- Ołeńka... Ołeńka, kto tutaj był?
I wtedy powiedziała, że przyszło trzech mężczyzn
z lasu, przyprowadził ich Iwan, i oni kazali go zamordować.
- Dzisiaj w nocy muszę cię zabić - powiedziała martwo.
Patrzył na nią poważnie, ze smutkiem w oczach.
- Nie chcę żyć - szepnęła.
Ogarnął ją ramieniem. Pokazał wzrokiem śpiące
dziecko. Patrzyła na malutką Ołeksę z otwartymi ustami, a on czuł, jak szybko bije jej serce. Oderwała się od
niego i rzuciła na łóżko, padając obok córki. Długo się
jej przypatrywał, a potem powiedział, że muszą tę noc
spędzić w ziemiance, a jak nadejdzie lepszy czas, wyjadą do miasta, on wszędzie robotę znajdzie, może nawet
zamiatać ulice. W milczeniu pozbierali koce, pledy
i ręczniki i chyłkiem, ze śpiącym dzieckiem na ręku, wymknęli się z domu i kryjąc się pod ścianami, przemknęli
do obory. Franek wyjął zapasową lampę i pierwszy
wszedł do schowka, przygotował dziecku posłanie -
koc, stary kożuch i gruby ręcznik - a drugi koc uszykował, by córkę przykryć. Kiedy do kryjówki wcisnęła się
Ołena, zgasili światło i zapadła cisza. Ołena mocno
przytuliła się do Franciszka. Szepnął, że wyjrzy przez
szczelinę, by sprawdzić, co się na zewnątrz dzieje. Po
chwili wrócił i cicho powiedział, że we wsi panuje spokój. Położyli się na kocu i przylgnęli mocno do siebie.
Ołena położyła głowę na jego piersi i słuchała, jak bije
mu serce.
132
Tej nocy ani następnej, ani jeszcze następnej nic się
nie zdarzyło. Nikt też nie odwiedził domu Franciszka.
Ołena chodziła zamyślona, z opuszczoną głową i reagowała na każde stuknięcie nerwowymi ruchami rąk i tikiem powieki. Nie spuszczała z Franciszka wzroku,
a gdy widziała na jego twarzy przygnębienie, szła do
niego i szeptała, że go kocha i do końca życia będzie go
kochać. I że życie bez niego nie ma sensu. On brał ją
wtedy za ręce i mówił, że nigdy jej nie opuści, a jeśli będzie już bardzo ciężko i źle, i nie będzie już dla nich ratunku, to tak jak obiecywali sobie, gdy byli bardzo młodzi, odbiorą sobie razem życie.
Czwartej nocy znowu się skryli w ziemiance. Było
ciemno choć oko wykol. Tuż przed świtem usłyszeli ujadanie psów. Franek przesunął się w stronę pola, a jego
oczy rozświetliła unosząca się nad wsią rakieta. Jaskrawa kula światła mogła znaczyć tylko jedno: napad. Ujadanie psów było coraz silniejsze.
I wtedy rozległ się straszliwy wrzask i wycie. Z kilku
stron posypały się kule. Franek leżał zmrożony, bez ruchu. Poczuł, jak jego nóg dotyka Ołena - była tuż za nim.
- Ciii - syknął.
Poczuł mocny uścisk jej ręki. Nasłuchiwali. Kanonada to się wzmagała, to słabła, a po kilku minutach buchnął ogień. Paliły się kryte strzechą polskie chaty. Natychmiast wzmogły się krzyki, jęki i ze wszystkich stron
idący płacz, huk wystrzałów i trajkotanie karabinów
maszynowych. Płonął dom rodziców Franka, a w blasku ognia, w ogłuszającej wichurze płomieni wyłaniały
się z ciemności potężne postacie z widłami i siekierami
w rękach i okrążały obejścia, skakały po ogrodach. Nagle z dymów wyłoniły się trzy zgarbione sylwetki i rzuciły biegiem w stronę pola.
- Matka z siostrami - szepnął Franek. - Uciekają
w zboże.
133
Po chwili kobiety zniknęły w wysokim życie. Z innych chat także wymykały się kobiety i dzieci, i jeszcze
jakieś kulejące istoty, i co sił biegły ku zbawczym łanom.
A gdy już ukryły się w gęstwinie kłosów, rozległ się
ohydny rechot. Na brzegu pola zebrali się wielcy mężczyźni i zaczęli ciskać w nie płonące żagwie. Gwałtowne płomienie buchnęły do chmur. Zboże było suche
i paliło się jak zapałki. Obłoki dymu rozciągały się nad
polami. W gęstwinie zboża płonęli żywcem ludzie - kobiety, starcy i dzieci; nad polami niosły się przejmujące
jęki i płacz. Ołena przylgnęła do Franciszka i chwyciła
się za głowę, dłońmi zakrywając uszy.
Ciemna i wielka skarga wznosiła się do Boga, lecz
On milczał. Żywe żagwie biegały po polu, rzucały się na
ziemię i tarzały między nowymi płomieniami. A z boków, gdzie stali z widłami i siekierami ponuro patrzący
mężczyźni, rozległ się dziki rechot.
Franek zaciskał pięści i rwał się do skoku, ale Ołena
trzymała go mocno i szeptała:
- Dytiatko, dytiatko!
Gdy nadszedł ranek, płacz i jęki ustały, tylko z dalszych części wsi dochodziły wciąż wycie i nagłe, gwałtowne łkania, jakby komuś nóż wbijano w serce albo
wyrywano język. Ci, którzy w nocy byli żywymi żagwiami, leżeli teraz pokotem na polu, zwęgleni i czarni, a ponurzy mężczyźni szli ku nim z siekierami i dobijali, waląc obuchem w głowę albo przebijając widłami serca,
płuca i wydłubując oczy.
Franek zaciskał zęby i milczał. Ich dom wciąż był cały. Odwrócił się, dotknął wargami twarzy Ołeny i poczuł
smak łez. W tym momencie usłyszeli głośną, warkliwą
rozmowę. Od razu zrozumieli, że ich szukają. Ołena błagała Boga, by dziecko nie jęknęło. Mężczyźni już byli
w oborze. Zaczęli krzyczeć, żeby wyjść ze schowka. Franek trwał nieporuszony, ze zdławionym gardłem. Przy134
krył usta Ołeny dłonią. Przez chwilę panowała cisza.
Tamci też nasłuchiwali. A potem zaczęli walić siekierami w belki, rozwalali żłoby, aż natrafili na przejście do
ziemianki. Franek szepnął, by uciekać na pole, ale nim
zdążył się ruszyć, zobaczył nad swoją głową wielkie,
ciężkie buty i usłyszał:
- Wyłaźcie.
Zastygł.
- Wychodzić! - syczał nad nimi mężczyzna.
Byli okrążeni. Zaszli ich od tyłu i od przodu, od obory i od pola. Nie mogli już nic zrobić.
- Dytynka! - cicho jęknęła Ołena, a on zrozumiał, że
muszą ratować dziecko i wyjść. Powoli wysuwał się z jamy, odsuwając chrust i nakrycie ziemianki.
Patrzyli na nich jak na szczury, które wyłażą z nory.
Jakiś gruby drab kopnął Franka w brzuch i Franek skulił się, dławiąc jęk.
- Pani ne chotiła zarizaty swoho kochan’ja! - ryknął
drugi, ciągnąc Ołenę za włosy. Zawtórowali mu inni.
- Polaczkoju chotiła buty! Suka!
Od razu poznała trzech mężczyzn, którzy ją odwiedzili kilka dni wcześniej i kazali zamordować w nocy
Franka. Teraz odciągnęli ją na bok i przywiązali do słupa podpierającego szopę. Franka przywiązali do słupa
naprzeciw i ustawili w taki sposób, aby jedno widziało
drugie. Franek miał zaciśnięte zęby, a Ołena sprawiała
wrażenie, jakby umierała. Jej nieme usta tylko drżały.
Zza rogu wyszło dwóch nieogolonych, ciemnych mężczyzn z bujnymi wąsami i nosami jak nieociosane kołki
wbite między policzki - ciągnęli za sobą ciężarną kobietę.
Cienki, mocny sznur oplatał jej szyję i wrzynał się głęboko, aż ściekała struga krwi; kobieta z nabrzmiałą twarzą
i wytrzeszczonymi oczami szła jak pies za nimi, posłuszna i uległa, trzymając się rękami za wielki brzuch.
Ołena poznała Genię Walicką z sąsiedniej chaty,
starszą koleżankę z lat szkolnych.
136
- No, to się zabawimy, przyjaciółko Lachów - powiedział po polsku do Ołeny najważniejszy z mężczyzn, ten,
który rozkazy tutaj wydawał. To on chciał cztery dni wcześniej Ołenę w twarz uderzyć, ale Iwan nie pozwolił. Od
tamtego czasu nie widziała Iwana. Tutaj też go nie było.
- Danyło - burknął najważniejszy. - Ona - wskazał
brzemienną - wże budę rodyty.
Drab z długim nożem ryknął:
- Chody!
Kobieta posłusznie przysunęła się ku niemu.
Tamten jeszcze odkrzyknął do dowódcy:
- Jak choczesz, Ihor.
Ihor skinął głową. Wtedy Danyło pchnął nożem
w brzuch brzemiennej i rozpłatał go, aż wylały się kiszki i buchnęła para. A Ihor obojętnie skinął na drugiego, z widłami, i warknął:
- Teper ty, Wołodymyr. Zrobymo po naszomu!
Mężczyzna nazwany Wołodymyrem odburknął: - Jak
treba, prowidnyk, to treba - i dźgnął kobietę w brzuch,
zanurzając widły w ciemnym wnętrzu i grzebiąc w środku, aż wyrwał z jej łona dziecko; kobieta z jękiem padła
na ziemię. Oprawca uniósł dziecko wbite na widły do góry, rozejrzał się i zobaczywszy płonący krzak, zamachnął
się i dziecko poleciało prosto do ognia. Rozległ się syk
mokrego, spalanego ciała.
- Żwiry! - wykrztusiła Ołena i zasłoniła oczy.
Franek stał osłupiały i coś do siebie szeptał, jakby się
modlił.
- Oś szczo treba robyty z Łachamy! - burknął prowidnyk. I zwrócił się do jednego ze stojących obok niego mężczyzn: - Prawda, Danyło?
- Prawda, komandyr! - odparł Danyło i spojrzał na
Franciszka. - Teper pohulajemo z toboju!
Komandyr machnął ramieniem i do Franciszka podskoczyło dwóch drabów z siekierami i nożami. Zanim
podniósł na nich oczy, już ściągali z niego koszulę.
136
Komandyr spojrzał na Ołenę, która trzęsła się
i szczękała zębami.
- Ja tobi skazał, szczoby ty joho zarizała! - Patrzył
na nią lodowatym wzrokiem. - A ty ne posłuchała!
- Gniewnie potrząsnął głową. - Łapajty joho!
Dwaj mężczyźni stanęli za Frankiem, a dwóch innych sprawdziło powrozy na rękach, nogach i szyi Ołeny. Szarpnęła się, bez skutku. Sznury wrzynały się boleśnie w ciało, w szyję. Cichutko zaskomliła, zamykając
oczy.
- Patrz! - huknął na nią prowidnyk.
Otworzyła ciężkie, nabrzmiałe cierpieniem oczy. Dwaj
mężczyźni mocniej skrępowali Franka, wiążąc mu nie tylko ręce i nogi, ale i tułów i szyję do słupa, po czym odwrócili jego ciało plecami do Ołeny. Gdy spuszczała głowę,
przykładali jej do gardła widły. Musiała patrzeć. Jeden
z tych, co byli przy Franciszku, wyjął ostry, błyszczący
w świetle wschodzącego słońca nóż i wbił w kark. Franciszek zawył. Ołeną wstrząsnęły mdłości. Tamten ciął skórę na pasy i oddzierał, ciężko dysząc. Franek wył z bólu,
szarpał się, ale oprawca robił swoje, powoli i metodycznie.
Ołena dusiła się, nie mogąc zwymiotować. Franciszek już
nie płakał i nie krzyczał, tylko skomlił jak pies.
Prowidnyk odwrócił głowę i splunął pod nogi.
Mężczyzna stojący przy Ołenie przyłożył jej do gardła widły, a drugi szarpnął za włosy. Patrzyła jak przez
mgłę. Jej oczy zapadły w głąb oczodołów. Były martwe
i puste. Wydawało się, że chce krzyknąć, ale gdy otworzyła usta, wyszedł z nich tylko głuchy jęk, a potem niezrozumiałe słowa.
Tamci tymczasem wypruwali Frankowi żyły. Robili
to sprawnie, jakby ćwiczyli na modelu, bez pośpiechu,
niemal obojętnie, jakby ociosywali pień. Franek jeszcze
raz zawył, naprężył się, podskoczył i opadł.
Jeden z mężczyzn wyjął z kieszeni długi gwoźdź,
przyłożył do czoła i siekierą wbijał w czaszkę. Franek
137
skurczył się, a gdy długi gwóźdź wszedł w mózg, jego
głowa bezwładnie opadła na piersi.
Do bezwładnego ciała podszedł mężczyzna z piłą,
a ten przy Ołenie kazał jej patrzeć, jak tamten tnie go
przez brzuch na połowę.
- Kochan’ja twoje! Polaczok! - syczał zbir, ale Ołena
już tego nie słyszała. Była blada jak śmierć, oczy znikły
jej w głębi twarzy, a gdy poczuła na gardle nóż,
uśmiechnęła się niemo i promiennie, aż mężczyzna zastygł, nie mogąc pojąć, co znaczy ten uśmiech. Prowidnyk kazał ją rozwiązać i położyć u stóp Franka. A gdy
już tam leżała, podszedł do niej i ze skrzywioną twarzą
warknął:
- Ty suka polskich paniw! Ty ne Ukrainka!
Splunął na nią i ponuro spojrzał na stojącego najbliżej mężczyznę, gestem pokazując, że ma ją zastrzelić.
Kiedy ten wymierzył rewolwer, Ołena wciąż niemo się
uśmiechała.
- Zabyj! - ryknął prowidnyk, nie mogąc znieść tego
wyrazu jej twarzy, który był kpiną, bólem i szyderstwem
w jednej postaci.
Padł strzał, ciało Ołeny podskoczyło i opadło, ale
uśmiech z twarzy nie zniknął. Leżała na wznak, z odsłoniętą białą piersią
- Teper ludy budut pamiataty - warknął komandyr
i dał znak, by podano mu horiłki. A kiedy dostał flaszkę i wlał wódkę do gardła, podniósł się z pnia, na którym siedział, i bez słowa ruszył przed siebie. Za nim,
kiwając się na boki, opuszczali wieś jego ponurzy podwładni. Na odchodnym jeden z nich huknął:
- Chaj żywe samostijna Ukraina!
A pozostali ryknęłi:
- Chaj żywe! Chaj żywe!
Wkrótce widać było tylko kilkadziesiąt chwiejących
się ciemnych sylwetek na tle jasnego nieba, które stawały się coraz mniejsze i mniejsze, aż znikły.
138
I wtedy z ziemianki wysunęła się czarna główka
dziecka, a potem cała malutka, zaspana Ołeksa z otwartą buzią i szeroko rozwartymi oczami. Cicha i niema,
patrzyła przez chwilę przed siebie, a potem zaczęła pełznąć w stronę leżącej matki.
Gdy dosięgła Ołeny, wspięła się i zaczęła ssać pierś trupa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Opowieść o miłości w czasach nienawiści. Fragm. opow. St. Srokowskiego ,,Ołena''.
Chodziła tego dnia jak z jajkiem wokół Franka, na palcach, nagle tuliła jego głowę do piersi, gładziła twarz, całowała szyję, obsypywała p...
-
W niedzielę, 7 maja 2017 roku, w Zespole Szkół w Kryłowie odbyła się premierowa promocja książki "Historia klasztoru OO Reformatów w ...
-
Zimno? Kiedyś to dopiero były zimy. Bywało, że temperatury spadały do -30 stopni Celsjusza, zaspy śniegu były wyższe niż płoty, bywało, że s...