niedziela, 3 września 2017

Powrót carycy .

W tym roku zagrała w dwunastu spotkaniach, wygrała dziewięć z nich, a w światowym rankingu znajduje się na… 146. miejscu. Mimo tego, jej nazwisko pośród faworytek do zwycięstwa w tegorocznym US Open nie jest niczym zaskakującym. Maria Szarapowa wygrała wczoraj  trzeci mecz na nowojorskim turnieju i mimo bardzo wyboistej drogi, wreszcie wraca na właściwe tory.

Tegoroczny sezon otworzyła 26 kwietnia. W Stuttgarcie otrzymała od organizatorów dziką kartę i z marszu doszła do półfinału turnieju, odprawiając po drodze m.in. Robertę Vinci czy Jekaterinę Makarową. Po tak obiecującym początku zapewne mało kto się spodziewał, że ten rezultat – przynajmniej do września – okaże się dla niej najlepszym w całym sezonie. W kolejnych imprezach na mączce, również z powodów zdrowotnych, Szarapowa odpadała już w drugiej rundzie. Inaczej miało być na Roland Garros. Turnieju, który w przeszłości wygrywała przecież dwa razy.
Jeszcze przed powrotem Szarapowej na kort „Daily Telegraph” informował, że ta ma otrzymać od organizatorów French Open dziką kartę nie do drabinki głównej, a do trwających trzy rundy eliminacji. Prezes Francuskiej Federacji Tenisa, Bernard Giudicelli, ugiął się jednak pod presją szeroko rozumianego środowiska i odmówił Rosjance przepustki do Paryża. Całą sprawę skomentował krótko: – Dzikie karty można przyznawać zawodniczkom wracającym po kontuzji, a nie tym, które skończyły karę za doping.
Sprawa jest jednak o tyle złożona, że w eliminacjach turnieju panów dziką kartę wręczono karanemu w przeszłości za grę u bukmachera Constantowi Lestienne. Właśnie z tego powodu – choć początkowo ukrywano ten fakt – rok temu Francuzowi cofnięto przyznaną wcześniej przepustkę do głównej drabinki Roland Garros. Co na to Giudicelli?
– Lestienne popełnił błąd, za który jednak już zapłacił. Nie ma więc powodów, by nie dawać mu dzikiej karty.
Czy dokładnie te same słowa nie pasują również do Szarapowej? Ona również popełniła błąd, i również poniosła karę – do tego dotkliwszą od Francuza. Gdyby Szarapowa była permanentną oszustką całą sprawę można by jeszcze zrozumieć, ale wokół stosowania przez nią meldonium jest przecież sporo kontrowersji. Rosjanka zupełnie legalnie stosowała ten środek przez lata i tłumaczyła się, że nie przeczytała załącznika z zaktualizowaną na nowy rok listą substancji zakazanych. Brzmi głupio? Oczywiście, ale przypadki chodzą po ludziach. W organizmie innej tenisistki, Sary Errani, wykryto ostatnio zakazany środek wspomagający metabolizm i wydzielanie hormonów. Włoszka znalazła na to kompletnie absurdalne wyjaśnienie. Podobno będąc w domu rodziców zażyła lek antyrakowy matki, który jakimś cudem znalazł się w obiedzie dla całej rodziny. Kara? Najlżejsza z możliwych. Dwa miesiące przerwy od tenisa…
maria-sharapova-plays-at-wimbledon-1
Wróćmy jednak do Szarapowej – w połowie maja w angielskich mediach pojawiły się przecieki, że również na Wimbledonie zabraknie dla niej dzikiej karty. Rosjanka nie zamierzała jednak czekać na kolejne upokorzenie i jeszcze przed rozpoczęciem Roland Garros na swojej stronie internetowej oświadczyła, że nie będzie ubiegać się o dziką kartę do londyńskiego turnieju. I jako że pozwalał jej na to ranking, przystąpi do niego od eliminacji. Dlaczego zdecydowała się na taki krok? Była to zapewne tylko pijarowa zagrywka wyprzedzająca o krok decyzję Brytyjskiej Federacji Tenisowej, mająca na celu pokazać, że Szarapowej nie interesuje droga na skróty, a sportowa rywalizacja. Poza tym chciała choćby w minimalnym stopniu ograniczyć ostracyzm, który regularnie towarzyszył (i nadal towarzyszy) jej od momentu powrotu na kort.
– Nie jest to w porządku wobec dzieci i młodych tenisistek, by przez dzikie karty pomagać zawodniczkom wracającym za doping – powiedziała pod koniec kwietnia Simona Halep, aktualna „dwójka” światowego rankingu. Rumunka dodała również, że nie popiera decyzji organizatorów turnieju w Stuttgarcie o przyznaniu przepustki Szarapowej, ale jednocześnie nie może jej kwestionować.  O krok dalej na łamach L’Equipe poszła Alize Cornet:
– Uważam za wstyd dla WTA, że promuje ona zawodniczki wracające po dopingu. To normalne, że ludzie o niej mówią, jest wielką mistrzynią, ale promowanie jej powrotu w takim stopniu… To niesprawiedliwe. Mam nadzieję, że prezydent Guidicelli podtrzyma to, o czym mówił dotychczas i nie przyzna jej dzikiej karty na Roland Garros.
Ostatecznie Szarapowej zabrakło również i na Wimbledonie. Wszystko przez kontuzję uda, której doznała w Rzymie. Do gry wróciła dopiero na korty twarde, z początkiem sierpnia zaczynając przygotowania do US Open. Po pokonaniu Jennifer Brady, Rosjanka kreczowała jednak już w drugim meczu w Stanford. Powód? Kontuzja ramienia, która wyeliminowała Szarapową z gry również w turniejach w Toronto i Cincinnati. W czasie transmisji na Periscopie przyznała później, że nie była do nich najlepiej przygotowana. Koszmarny sezon, okupiony urazami i rozczarowaniami, miał jednak mieć swój happy end w Nowym Jorku. Zgodnie z oczekiwaniami Szarapowa otrzymała dziką kartę na występ w US Open.
– Jej zawieszenie dobiegło końca, więc nie był brane pod uwagę w procesie selekcji dzikich kart – powiedział rzecznik Stowarzyszenia Tenisowego Stanów Zjednoczonych. – Kontynuując praktykę z poprzednich lat, dzika karta jest przewidziana dla poprzednich mistrzów US Open, którzy potrzebują jej, by wejść do głównej drabinki turnieju. W przeszłości takie rozwiązanie zastosowano w przypadku Martiny Hingis, Lleytona Hewitta, Kim Clijsters oraz Juana Martina del Potro (…) Dodatkowo Szarapowa zgłosiła się na wolontariusza do rozmowy z młodymi tenisistami na temat znaczenia programu antydopingowego i odpowiedzialności za stosowanie jego wymagań – dodał.
Wygląda więc na to, że USTA nie naruszyło dla Rosjanki przepisów i wszystko odbyło się zgodnie z polityką przyznawania dzikich kart, choć z wielu względów była to decyzja kontrowersyjna. Jakkolwiek spojrzeć, zwróciła się ona organizatorom błyskawicznie, bo w pierwszej rundzie Szarapowa wylosowała Halep. Pojedynek ten, głównie ze względu na niechęć Rumunki do przeciwniczki i jednostronny bilans pomiędzy nimi (6:0 dla Rosjanki), był hitem nocnej sesji pierwszego dnia turnieju. Ostatecznie Szarapowa wygrała 2:1, co jednak nie powinno być wielkim zaskoczeniem. W dziesięciu poprzednich występach na nowojorskim turnieju ani razu nie odpadła w pierwszej rundzie. Nie przegrała również ani razu w osiemnastu meczach na US Open rozgrywanych wieczorem. Jest stworzona do gry przed wielką publicznością.
Awans do drugiej rundy dał Szarapowej nie tylko szansę pojedynku z Timeą Babos, ale i kolejny raz możliwość gry na największej arenie tenisowej świata – Artur Ashe Stadium, liczącym ponad 22 tysiące miejsc. Decyzja ta nie spotkała się z aprobatą Caroline Wozniackiej, która skrytykowała harmonogram spotkań:
– To niedopuszczalne, że piąta zawodniczka rankingu (czyli właśnie Dunka) musi grać na korcie numer pięć, podczas gdy na korcie centralnym występuje tenisistka wracająca po zażywaniu leków zwiększających wydolność – powiedziała Wozniacki.
Szarapowa jednak nic sobie z tego nie robi. Wczoraj  w nocy – znów ubrana w czarną sukienkę z cekinami, w której spokojnie mogłaby wyjść na imprezę – odprawiła kolejną rywalkę. Po meczu odniosła się natomiast do słów Wozniackiej, wbijając Dunce mocną szpilę:
– To nie ja ustalam harmonogram. Jeśli kazałbyś mi grać na parkingu w Nowym Jorku, będę szczęśliwa, że tam zagram. Nie ma to dla mnie znaczenia. Jedyne, co się dla mnie liczy, to  fakt, że jestem w czwartej rundzie. Nie jestem pewna, gdzie jest Wozniacki.
W niedzielę Szarapową czeka mecz z turniejową szesnastką, Anastasiją Sevastovą. Na drodze do finału US Open ma jednak znacznie bardziej wymagające nazwiska. W przypadku awansu do najlepszej czwórki turnieju (co oczywiście nie będzie takie proste), rywalką Rosjanki powinna być największa faworytka do zwycięstwa w całej imprezie, Garbine Muguruza. Jeśli dojdzie do tego pojedynku, będziemy mogli mowić o najbardziej emocjonującym meczu WTA w tym roku. Przynajmniej na papierze.

piątek, 1 września 2017

Udział Legionu Ukraińskiego w agresji na Polskę.

1   września 1939 r. rozpoczęła się II wojna światowa, a właściwie jej pierwszy etap – zwany dziś nierzadko kampanią polską lub wojną polską. W powszechnym świadomości w działaniach bojowych tego okresu brały udział jedynie siły polskie i niemieckie; względnie sowieckie po 17 września. Tymczasem w konflikcie rozpętanym na ziemi polskiej przez Niemców od początku brały udział, i to po obu stronach, cudzoziemskie oddziały zbrojnie, zarówno regularne jak i ochotnicze.

Po stronie polskiej walczyli m.in.: ochotnicy z Legionu  Czechów i Słowaków, a także służący w polskich dywizjonach piloci czescy i słowaccy, ponadto oddział ochotniczy Węgrów oraz formacja białych Rosjan i Białorusinów zorganizowana przez gen. Stanisława Bułak – Bałachowicza, która brała udział w obronie Warszawy. W kampanii wzięło także udział wielu tzw. oficerów kontraktowanych wywodzących się z podbitych przez Sowietów narodów Kaukazu służących w różnych formacjach polskich.
U boku armii niemieckiej, co również rzadko jest wspominane, walczyły oddziały Armii Słowackiej złożone z trzech dywizji piechoty: „Janošik”, „Škultéty” i „Rázus” oraz zgrupowania wojsk szybkich „Kalinčak”. Ponadto, wraz z wojskami niemieckimi i słowackimi, w granice Polski wtargnął Legion Ukraiński, którego dzieje do dziś nie są w pełni zbadane.
Geneza ukraińskiej jednostki miała także pośrednio związek z wydarzeniami, jakie rozegrały się, na przełomie 1938 i 1939 r., we wschodniej części Czechosłowacji, w okresie stopniowego rozpadu tego państwa. W tym czasie na tzw. Ukrainie Zakarpackiej powstało autonomiczne państwo Ruś Karpacka przekształcone w marcu 1939 r. w niepodległą Karpato – Ukrainę.  Na czele państwa stał ks. Augustyn Wołoszyn, a zbrojnym ramieniem tej państwowości była Organizacja Obrony Narodowej „Sicz Karpacka”. Siły zbrojne Rusi Karpackiej były zorganizowane, i w dużej mierze opanowane, przez proniemiecko zorientowanych działaczy OUN – głównie ze wschodniej Małopolski. „Sicz Karpacka” tworzona była w porozumieniu z kołami wojskowymi Niemiec. Stronę ukraińską reprezentował w kontaktach z dowództwem niemieckim i Abwehrą – Riko (Richard) Jaryj. Z polecenia władz niemieckich do organizacji i wyszkolenia „Siczy” przydzielono nieznaną liczbę niemieckich instruktorów wojskowych pochodzących głównie z Wiednia lub Sudetów. Wkrótce obszar ten, w porozumieniu z władzami III Rzeszy, został jednak przyłączony do Królestwa Węgier (marzec 1939 r.). Rozbite przez wojsko węgierskie oddziały Siczy Karpackiej zostały rozproszone. Części byłych „siczowców” udało się zbiec na Słowację, a ich dalszy los był w znaczniej mierze uzależniony od planów niemieckich. Ostatecznie rozbitków z samoobrony ukraińskiej umieszczono w obozie ćwiczebnym pod Bratysławą. Uciekinierzy z Rusi Zakarpackiej znaleźli także schronienie w Brunszwiku i rejonie czeskiego Brna. Zmilitaryzowane bataliony pracy zorganizowano ponadto w górach Harzu i na Opolszczyźnie.
Jednocześnie, już od końca 1938 r., na terenie Niemiec zaczęły powstawać  dla działaczy wojskowych OUN specjalne szkoły wojskowe. Opiekę nad tymi ośrodkami prowadził, z polecenia szefa Abwehry – adm. Wilhelma Canarisa, płk Ervin Lahousen. W czerwcu 1939 r., w wyniku rokowań kierownictwa OUN z szefostwem Abwehry, zapadła decyzja utworzenia ukraińskiej jednostki wojskowej, która miała odegrać pierwszoplanową rolę przy wybuchu powstania antypolskiego we wschodniej Małopolsce. Formacja miała nosić oficjalną nazwę Oddziału Wojskowego Nacjonalistów, choć w literaturze przedmiotu utrwaliła się potoczna nazwa – Legion Ukraiński lub Legion Suszki. W niemieckich dokumentach wojskowych oddział otrzymał natomiast nazwę kodową Bergbauer-Hilfe (Pomoc Górskim Rolnikom), a za jego formowanie, które utrzymano w ścisłej tajemnicy, odpowiedzialny był płk Lahousen. Na czele Legionu Ukraińskiego stanął płk Roman Suszko, opiekę polityczną nad jednostką sprawował dr Jarosław Baranowśkyj, a przed Naczelnym Dowództwem Wehrmachtu (OKW) i ministrem spraw zagranicznych jednostkę reprezentował Riko Jaryj.
Legion formowano z członków OUN mieszkających w Niemczech i przybywających z Małopolski wschodniej oraz z byłych żołnierzy Siczy Karpackiej. Na miejsce szkolenia żołnierzy i oficerów Legionu wyznaczono początkowo miejscowość Saubersdorf (około 12 km na południowy – zachód od Wiener Neustadt) w Austrii. Już w maju 1939 r. zgrupowano tutaj absolwentów sześciomiesięcznej szkoły oficerskiej OUN z Feldafingu w Bawarii pod dowództwem R. Suszki. Szkolenie odbywało się w ścisłej izolacji od świata zewnętrznego, a przyszłych legionistów przedstawiano, miejscowej ludności, jako Rumunów. Kolejne szkolenia odbywały się w niemieckich ośrodkach wojskowych m.in. w Nysie i we Wrocławiu na Śląsku oraz w Bawarii na poligonie nad jeziorem Chiem – See. Następnie legionistów ukraińskich przerzucono do koszar w pobliżu miasteczka Krippenau bei Obertraun pod Salzburgiem. Wyszkolenie prowadzili oficerowie armii niemieckiej władający językiem polskim lub czeskim. Opiekę nad formacją sprawował natomiast ze strony niemieckiej mjr Hans Dehmel, a ponadto oddziały inspekcjonowane były także przez gen. dywizji T. Endresa, którego nazwisko pojawiało się wcześniej w związku z formowaniem Siczy Karpackiej. 13 sierpnia do obozu wojskowego przybyła grupa absolwentów oficerskich kursów, a dwa dni później formacji nadano ostateczny kształt kurenia (batalionu – złożonego z 230 strzelców) złożonego z dwóch sotni (kompanii). W skład każdej sotni wchodziło po dwie czoty (plutony). Czoty były podzielone na dwa roje (drużyny) i cztery łanki (sekcje). W skład czoty wchodziło 56 strzelców, czotowy porucznik i jego zastępca. Tak zorganizowany oddział był uzbrojony w 47 karabinów, 3 karabiny maszynowe, 56 rewolwerów kalibru 9 mm, po dwa granaty na żołnierza oraz w 6 automatów(?). Po zakończeniu szkolenia kureń zgrupowano w miejscowości Brück koło Wiednia, gdzie jego stan wzrósł do 300 osób.
W tym samym czasie dowództwo Wehrmachtu zorganizowało dodatkowy ośrodek szkoleniowy dla byłych Siczowców, którzy po niemieckiej interwencji zostali zwolnieni z obozów na Węgrzech i w Rumunii. Jak zaznaczają niektórzy autorzy grupę 300 byłych żołnierzy Karpackiej Siczy umieszczono wstępnie na zamku w Hartenstein w Górnej Austrii, nieopodal miejscowości Kirchendorf, a następnie przewieziono ich na poligon nad jeziorem Chiem – See. Tu z czasem zaczęto tworzyć drugi kureń, a uczestnicy kursu przechodzili intensywne szkolenie obejmujące: topografię, bronioznawstwo, zajęcia z dywersji (w tym minowanie szlaków komunikacyjnych oraz atakowanie posterunków policyjnych, działania wywiadowcze), strzelectwo i inne. Drugi kureń podzielony był na dwie sotnie po trzy czoty każda. Członkowie trzech spośród wymienionych czot przygotowywani byli do specjalnych zadań dywersyjnych. Jak zaznaczają ukraińscy historycy, uzbrojenie tych oddziałów także było specjalnie, żołnierze zostali wyposażeni w nowoczesne pistolety maszynowe MP 38 i po cztery ręczne granaty.
Sprawa ukraińska a stosunki niemiecko-sowieckie. Konferencja w Ilnau – Jełowa
Podczas gdy jednostki Legionu Ukraińskiego  przygotowywane były do działań bojowych i dywersyjnych ważyła się sama koncepcja ewentualnego użycia oddziałów ukraińskich w agresji na Polskę. Działacze OUN szacowali, że  w razie wybuchu powstania antypolskiego mogą liczyć na udział 1300 oficerów i 12 tys. żołnierzy. Strona niemiecka była sceptyczna wobec tych wyliczeń, wykorzystanie kwestii ukraińskiej w rozgrywce z Polską uzależniano ponadto od podpisania, lub nie, sojuszu z Rosją Sowiecką. Początkowo wydawało się, że plan ukraiński zostanie podjęty. 18 sierpnia kierownictwo Abwehry wydało rozkaz pozostawania w stanie gotowości, a dwa dni później Melnyk i Jaryj zostali wezwani do Berlina. Sytuacja uległa jednak zupełnej zmianie z chwilą podpisania traktatu sowiecko-niemieckiego 23 sierpnia 1939 r. Aby nie drażnić swego nowego sojusznika, władze niemieckie zdecydowały o wstrzymaniu akcji Ukraińców, a 1 września zarządzono odsunięcie oddziałów ukraiński  od działań liniowych i powierzenie im funkcji pomocniczych.
Tymczasem w ostatniej dekadzie sierpnia oddziały Legionu przewieziono zakrytymi ciężarówkami niemieckimi na wschodnią Słowację w okolice Preszowa. Tutaj legionistom wydano nowe mundury. Wedle różnych opracowań były to uniformy Wehrmachtu przefarbowane na kolor ciemnozielony lub mundury byłej armii czechosłowackiej przefarbowane na takiż kolor. Na czele pierwszego kurenia stanął, były oficer Wojska Polskiego, por. Osyp Karaczewśkyj (ps. Swoboda), dowódcą drugiego został por. Jewhenij Hutowicz (ps. Norim). Pododdziałami dowodzili oficerowie wywodzący się z Siczy Karpackiej oraz Ukraińcy – obywatele polscy z OUN. Mimo iż istnienie ukraińskiego oddziału próbowano zachować w ścisłej tajemnicy, wieść o Legionie szybko przedostała się za granicę i niebawem wielu młodych Ukraińców (przeważnie studentów, przedstawicieli inteligencji i chłopów) próbowało przedrzeć się przez polsko-słowacką granicę, by wstąpić do ukraińskiego wojska. Kilkudziesięciu z nich miało dostać się w ręce polskich władz i zostać osadzonych w więzieniu w Sanoku.
Historycy i publicyści  różnie szacują liczebność Legionu. Podawane są liczby od 200 do 1500 legionistów. Polski wywiad wojskowy, w sprawozdaniu informacyjnym z 5 września, donosił natomiast, iż na Słowacji w Silivar znajduje się „około 800 siczowców w mundurach niemieckich, w Ruska Nova Ves około 300 siczowców”. Zdaniem wielu autorów zarówno polskich jak i ukraińskich liczba legionistów nie przekroczyła jednak 600.
2 września oddziały Legionu przesunięto na linię Medzilaborec – Vydran – Palota w pobliże polskiej granicy. Jednostki legionowe miały się posuwać z drugą linią frontu za 172. pułkiem piechoty z 57. Monachijskiej Dywizji Piechoty pod dowództwem gen. Oskara Blümma w sąsiedztwie wojsk słowackich: 2. Dywizji Piechoty „Škultéty” i zgrupowania wojsk szybkich „Kalinčak”. Ze względu na sprzeczne informacje zawarte w różnych opracowaniach dotyczących Legionu, trudna jest jednak do ustalenia dokładna data przekroczenia granicy polsko-słowackiej oraz trasa pochodu jednostki w trakcie kampanii wrześniowej. Jeśli prawdą jest, że Legion wkraczał do Polski równolegle z 2. Dywizją Piechoty „Škultéty” to można założyć, że miało to miejsce około 8 września 1939 r.  Podobnych kłopotów nastręcza ustalenia szlaku bojowego legionistów. Wedle poszczególnych prac oddziały miały przejść trasę Sanok – Lesko – Turka aż do Stryja. Wedle innych przez Sanok – Lesko – Ustrzyki – Chyrów – Sambor do Komarna, względnie do Bartatowa w pobliżu Lwowa. Takie rozbieżność tłumaczona jest faktem, iż ukraiński Legion w trakcie kampanii został podzielona na mniejsze oddziały, które przydzielono do różnych  formacji niemieckich.
Tymczasem 12 września w Ilnau (obecnie Jełowa) pod Opolem odbyła się konferencja przywódców III Rzeszy, na której miały zapaść pierwsze decyzje dotyczące podbitych ziem polskich oraz w kwestii ukraińskiej. Narada miała także związek z ociąganiem się strony sowieckiej z wykonaniem zobowiązań sojuszniczych. W obradach toczonych w pociągu Adolfa Hitlera („Sonderzug des Führers”) uczestniczyli: Joachim von Ribbentrop, gen. Wilhelm Keitel, adm. Canaris i płk Lahousen. W trakcie konferencji gen. Keitel przedstawił trzy plany rozwiązania problemu polskiego:
1. Podział ziem polskich między Związek Sowiecki a Niemcy wzdłuż linii Narew-Wisła-San.
2. Utworzenie małego państewka polskiego, którego władze zmuszone byłyby podpisać pokój z Niemcami.
3.a Oddanie Litwie  Wileńszczyzny.
3.b Utworzenie, za zgodą Rosjan, odrębnego ukraińskiego państwa z terenów Galicji i tzw. „polskiej Ukrainy”. Jednocześnie zakładano, iż w razie realizacji tego rozwiązania Ukraińcy zrezygnują z aspiracji do Ukrainy Sowieckiej oraz, że rękami OUN uda się zniszczyć Żydów i Polaków. W Ilnau Hitler maił także zapowiedzieć zniszczenie polskiej szlachty i duchowieństwa jako warstw przywódczych.
Działania bojowe Legionu
Wyniki konferencji w Ilnau różnie są przedstawiane w literaturze przedmiotu. Wedle jednych historyków ociąganie się Rosjan z wkroczeniem do Polski miało spowodować warunkową zgodę Niemców na wybuch powstania ukraińskiego w Małopolsce wschodniej. 15 września adm. Canaris spotkał się z Melnykiem i wydał stosowne polecenia. Przywódca OUN niezwłocznie przystąpił do kompletowania rządu ukraińskiego, ale rozpoczęta 17 września sowiecka agresja na Polskę pokrzyżowała te plany. Tezę tę do pewnego stopnia może potwierdzać fakt, iż 15 września z Wiednia do Sambora wyruszyła grupa działaczy kierownictwa OUN z Romanem Suszką (nominalnym dowódcą Legionu) oraz Osypem Bojdunykiem na czele. Ich obecność może być tłumaczona koniecznością utworzenia władz ukraińskich we Lwowie. Hipoteza ta może być także uzasadniona faktem, iż trasa jednego ze wspomnianych oddziałów legionowych wiodła na Bartatów, z którego do Lwowa było już bardzo blisko. Przypomnijmy, że inny oddział dotarł w tym czasie do Stryja. Natomiast w tym rejonie Małopolski wschodniej doszło do największej eskalacji walk Ukraińców z Polakami. Boje te przybrały formę małego powstania, a lokalnym oddziałom OUN udało się czasowo wyprzeć polską policję z miasta. Czy w starciach tych brał Legion Suszki nie wiadomo.
Zdaniem innych badaczy na konferencji w Ilnau ostatecznie jednak zapadła decyzja o nie wszczynaniu ukraińskiego powstania w Małopolsce wschodniej. Wysłani trzy dni później z Wiednia przywódcy OUN przybyli natomiast do wschodniej Małopolski tylko po to by wycofać Legion na zachód od linii Sanu.
Kolejna zagadka związana jest z działalnością Legionu w toku kampanii wrześniowej po przekroczeniu granicy z Polską. Większość badaczy podkreśla, że oddział nie brał udziału w bezpośrednich walkach i spełniał jedynie zadania pomocnicze. Jednakże w ukraińskiej literaturze przedmiotu spotykamy informacje, że w toku działań jednostki legionowe dokonały kilku ataków na niewielkie polskie garnizony, obozy i oddziały, które, jak zaznacza autor, nie przyniosły ofiar po żadnej ze stron? Dość znaczne, jak na działania pomocnicze, były także trofea wojenne Legionu, który wedle oficjalnego zestawienia zdobył m.in.: 7 armat, 80 lekkich karabinów maszynowych, 3 000 karabinów, 14 800 granatów ręcznych oraz 54 pojazdy mechaniczne. Najcięższym zarzutem stawianym ukraińskiej formacji było natomiast oskarżenie o mordy na polskiej ludności cywilnej oraz o działania przeciwko wycofującym się do Rumunii żołnierzom Wojska Polskiego. W dostępnej literaturze brak jednak konkretnych przykładów tych zbrodni.
Po zajęciu wschodniej Małopolski przez wojska sowieckie, ukraińscy legioniści wycofali się wraz z wojskami niemieckimi za linię Sanu. Teraz, wedle informacji Wołodymira Kubijowicza (stojącego na czele zorganizowanego przez działaczy melnykowskiego odłamu OUN – Ukraińskiego Komitetu Centralnego) legioniści mieli być wykorzystani do samoorganizacji społeczności ukraińskiej na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Te zadnia nie odpowiadały jednak w pełni ich aspiracjom. Sam Suszko w proteście przeciw demobilizacji swych pododdziałów zrzekł się funkcji dowódcy Legionu, odesłał odznaki wojskowej komendantury i zachował jedynie mundur formacji.
Ostatecznie dowództwo Wehrmachtu postanowiło część oddziałów rozformować, zaś  resztę Legionu przeznaczyć do innych zadań. Demobilizacja niektórych oddziałów prowadzona była stopniowo w specjalnych ośrodkach w Krośnie, Krynicy i Zakopanem. Pozostałe oddziały (część legionowej sotni) zostały zgrupowana w rejonie Sanoka. Tu były wykorzystywane do kontrolowania granicy ze Słowacją oraz do działań przeciw rozproszonym oddziałom polskim. Następnie nieznaną część tej formacji przeniesiono do Zakopanego, gdzie utworzono pododdziały ukraińskiej policji. W grudniu 1939 r. w Zakopanem, (budynek pensjonatu „Stamara”) rozpoczął się specjalny kurs policyjny pod kierownictwem mjr. Wilhelma Krügera. Słuchacze szkoleni byli w działaniach wywiadowczych i kontrwywiadowczych, służbie wojskowej oraz w obsłudze broni.
Pozostali ukraińscy legioniści zasilili różne, tworzone u boku Niemców, formacje pomocnicze. Liczna grupa, za radą Suszki, znalazła się zwłaszcza w Werkschutzu – paramilitarnej straży przemysłowej pilnującej zajęte przez Niemców zakłady w Skarżysku, Stalowej Woli i Starachowicach. Pozostali legioniści zaciągnęli się do oddziałów Bahnschutzu – straży kolejowej oraz niemieckiej policji pomocniczej Hilfspolizei.
Pomimo upływu 70 lat od opisywanych wydarzeń dzieje i rola Legionu Ukraińskiego w kampanii wrześniowej pozostają ciągle niejasne. Przed badaczami ciągle stoi problem dokładnego ustalenia trasy przemarszu legionowych oddziałów oraz cel ich działań na terenie Małopolski wschodniej. Do problemów wymagających dalszego badania należy także kwestia ich rzeczywistego udział w zwalczaniu wycofujących się polskich oddziałów oraz zakres i formy współpracy z niemieckim agresorem.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Dr Leon Popek - Wołyniak jakich mało .

Pamięć o tym, co wydarzyło się na Wołyniu, przetrwała nie dzięki instytucjom i państwu, ale dlatego, że Wołyniacy pamiętali o swoich pomordowanych. Nie dopuścili, aby niepamięć zabiła ich po raz drugi.
Temat rzezi wołyńskiej towarzyszył mi od dzieciństwa – wspomina dr Leon Popek, historyk pracujący w lubelskim oddziale IPN. Już pod koniec lat 70. ub.w. zajął się on zbieraniem relacji ludzi, którzy przeżyli zagładę Polaków na Wołyniu. – Musieliśmy o tym pamiętać, gdyż w naszej rodzinie, zarówno od strony ojca, jak i matki, straciło wówczas życie 30 osób, a babcię Franciszkę uratował ukraiński sąsiad Mychaił Potocki – wyjaśnia.
Została im tylko pamięć, gdyż w PRL nie wolno było mówić o tym, co zdarzyło się latem 1943 r. na Wołyniu, a w następnych miesiącach w wielu innych miejscach w Małopolsce Wschodniej. Prawda o Katyniu była fałszowana, natomiast ludobójstwo na Wołyniu przemilczane. Wołyniacy jednak nie zapomnieli. To było środowisko bardzo ze sobą związane, chociaż pierwsze organizacje mogli założyć dopiero po 1989 r. – Mieszkaliśmy koło Chełma Lubelskiego, gdzie osiedliło się wielu ludzi z Kresów – wspomina Leon Popek. – Rodzice doskonale wiedzieli, kto z naszych sąsiadów ma podobną biografię. Kiedy się spotykali, ciągle wracały pytania, kto i w jakich okolicznościach ocalał. I te najbardziej gorzkie – dlaczego tak okrutnie mordowali, dlaczego nas wygnali, choć przez kilkaset lat żyliśmy jak dobrzy sąsiedzi. Pragnienie zmierzenia się z tymi pytaniami było powodem, dla którego zdecydowałem się studiować historię na KUL – wspomina. – Trafiłem tam na prof. Jerzego Kłoczowskiego. Zachęcił mnie, abym nagrywał świadectwa tych, którzy przeżyli. Radził: „Zacznij od świadków najstarszych i tych, którzy jako jedyni ocaleli z zagłady” – opowiada.
W ten sposób student Leon Popek trafił do Władysława Soroki, kowala z Ostrówek, jedynego świadka tego, co 30 sierpnia 1943 r. wydarzyło się w stodole Antoniego Strażyca. Wieś została opanowana przez oddział UPA. Ukraińcy zebrali ludzi i powiedzieli, że będą tworzyć z Polakami wspólny oddział do walki z Niemcami. Wszyscy mieli przejść badania, aby można było zdecydować, kto się nadaje do służby. Do stodoły, gdzie rzekomo urzędowała komisja, prowadzili ich po dziesięciu. Soroka, gdy tam wszedł, komisji nie zobaczył. Jedynie ślady krwi, pomordowanych sąsiadów oraz narzędzia mordu: maczugi, siekiery, młoty używane przy uboju bydła. Wyrwał się oprawcom i choć sześć razy postrzelili go podczas ucieczki, uszedł z życiem. Dla Popka nagranie było wstrząsem. Gdy niedługo po tym Soroka umarł, zrozumiał, że jeśli nie zapyta kolejnych świadków, jutro może ich już nie być. Rodziny przekazywały mu kontakty do kolejnych osób i tak tworzył się łańcuch ludzi dzielących się z nim nie tylko wspomnieniami, ale także pamiątkami i zdjęciami.
Pierwsza była Ruda-Huta
W 1983 r., kiedy zbliżała się 40. rocznica rzezi wołyńskiej, jak wówczas Wołyniacy nazywali tamtą tragedię, zrodził się pomysł jej symbolicznego upamiętnienia. Leon Popek chciał, aby pomnik stanął po ukraińskiej stronie w Lubomlu, stolicy powiatu, w którego skład wchodziły Ostrówki i Wola Ostrowiecka. Stamtąd pochodzili jego przodkowie. Ks. Marian Chmielowski, proboszcz parafii pw. św. Stanisława BM i Niepokalanego Serca NMP w Rudzie-Hucie, wyperswadował mu ten pomysł i zaproponował, aby symboliczny znak pamięci postawić na miejscowym cmentarzu. – Byliśmy z ojcem w lesie i tam spotkaliśmy gajowego, także Wołyniaka. Wiedział, że zamierzamy na cmentarzu postawić krzyż upamiętniający ofiary i podarował nam piękny dąb, aby z niego ten krzyż powstał – wspominał po latach. Razem z ojcem ścięli drzewo, z którego miejscowy cieśla zrobił duży krzyż. Ksiądz Chmielewski ogłosił z ambony, że będzie on upamiętniać pomordowanych na Wołyniu. W uroczystości postawienia krzyża wzięło udział kilkaset osób – Kresowiaków i ich rodzin.
Rok później pod krzyżem pojawił się obelisk z napisem, że krzyż upamiętnia Polaków zamordowanych na Wołyniu w czasie II wojny światowej w latach 1939–1945. Wokół krzyża umieszczono 11 tabliczek z nazwami powiatów województwa wołyńskiego. Leonowi Popkowi pomagał w tym m.in. Tomasz Trusiuk. Na odsłonięcie pomnika przyjechało już ponad 10 tys. ludzi, także byli żołnierze 27. Wołyńskiej Dywizji AK.
Krzyżyk dziadka
Po raz pierwszy do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej, a właściwie miejsc, gdzie kiedyś były polskie wsie, ich dawni mieszkańcy przyjechali 3 listopada 1990 r. W tej pielgrzymce, jak teraz nazywa ją Leon Popek, zorganizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, wzięło udział prawie 50 osób. Pojechali autobusem do Borowej, położonej kilkanaście kilometrów za Bugiem. Stamtąd pieszo, niosąc wielki brzozowy krzyż, z ks. Marianem Chmielewskim przeszli przez ukraińskie sioło i dotarli do miejsca, gdzie kiedyś były Ostrówki. W 1992 r. uzyskali już formalne pozwolenie i zaczęli prace ekshumacyjne w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Bardzo płytko, ok. 20 cm pod ziemią, natrafili na pierwsze czaszki.
W tradycji rodzinnej Leona Popka przetrwała opowieść jego matki Heleny o tym, że dziadek Leona, Jan Szwed, poszedł na śmierć z krzyżykiem, który nosił przez całe życie. Był zawieszony na grubej, woskowanej nitce, zawiniętej w pętelkę, wokół przetartego uszka. W dzień zbrodni także miał go na szyi. Taki obraz zapamiętała matka Leona. Jan Szwed wychodzi z domu, żona biegnie za nim, krzycząc, aby wziął różaniec. Odmawia, tłumacząc, że ma krzyżyk. Zginął wraz z innymi w stodole Strażyca. Do czasu, kiedy Leon Popek rozpoczął prace ekshumacyjne w Ostrówkach, wydawało się, że ta scena pozostanie jedynie w rodzinnych wspomnieniach. Jednak już drugiego dnia w mogile, między piszczelami a czaszkami, znaleziono krzyżyk z wytartym uszkiem i strzępami nawoskowanej nici. Leon Popek zabrał go i pokazał matce. Poznała. To był krzyż jej ojca, zamordowanego 30 lipca 1943 r. wraz z kilkuset innymi mieszkańcami Woli Ostrowieckiej.
To prawda!
– Nie było łatwo namówić Wołyniaków, aby wrócili tam, gdzie mieszkali, i poszukali grobów swoich bliskich – wspomina dr Popek. Niektórzy obawiali się, że na miejscu wrócą straszne wspomnienia, wielu było już w podeszłym wieku. – Najbardziej opornych przekonała moja matka – opowiada Leon Popek. „Po co tam jechać? Przecież tam twoi rodzice leżą, brat, siostra, dziadek. Kiedy byłeś na ich grobie? Teraz masz okazję, jesteś im to winien” – tłumaczyła, najczęściej skutecznie. Ci, którzy pojechali, zazwyczaj wracali. Z dziećmi, a później nawet wnukami. Ukraińskie media to zauważyły i dość natarczywie przepytywały młodych Polaków, po co przyjechali. Dr Popek wspomina, jak jeden z chłopców odpowiedział, że przyjechał zobaczyć miejsce, gdzie przez kilka pokoleń mieszkała jego rodzina, gdzie stał ich dom, gdzie było ich gospodarstwo i gdzie zostali zabici jego krewni. „Teraz wiem, jakie są moje korzenie” – zakończył. Dziennikarz nie miał więcej pytań. – Dzięki tym wyjazdom na Wołyń udało się przekazać pamięć pokoleń i jestem szczęśliwy, że mogłem w tym uczestniczyć – mówi Leon Popek.
W 2011 r. przeprowadzających ekshumacje na tzw. Trupim Polu pod wsią Sokół odwiedził Borys Klimczuk, gubernator wołyński, który zmarł dwa lata temu. Tam w dołach śmierci leżały szczątki 231 Polaków, m.in. 150 dzieci z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Obok wykopanego dołu wznosiła się piramida ludzkich kości. Gubernator stał tam w milczeniu, a po chwili ze łzami w oczach powiedział bardziej do siebie aniżeli do stojących obok Polaków: „To jednak jest prawda”. – Objął mnie i powiedział: „Leonie, wybacz mi”. „Ty także mi wybacz” – powiedziałem, gdyż wiedziałem, że jego stryja zastrzelili w czasie ucieczki żołnierze z oddziału AK – wspomina Leon Popek. Po jakimś czasie gubernator Klimczuk przekazał na cmentarz w Ostrówkach 77 krzyży. – Zapytałem go, dlaczego właśnie tyle – opowiada Popek. – „A ile razy trzeba przebaczać?” – usłyszałem od niego.
Leon Popek od 27 lat organizuje pielgrzymki na Wołyń. W tym czasie odnalazł szczątki 680 Polaków pomordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Szuka jeszcze kości 370 osób. Spoczywają prawdopodobnie w 30 dołach śmierci, gdzieś w tamtej okolicy. Dzisiaj w Polsce jest kilkadziesiąt pomników i tablic poświęconych ofiarom ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a film „Wołyń” ma szansę zapisać tamten dramat w świadomości bardzo wielu Polaków. Ale pierwszy był drewniany krzyż postawiony przez młodych zapaleńców we wsi Ruda-Huta. •

czwartek, 24 sierpnia 2017

Zamiast pozdrowień.

W licznych dzisiaj obchodach  Dnia Niezależności Ukrainy , biorą udział  ''bohaterowie''   walk o wolną  Ukrainę  . Oto oni i ich '' przeciwnicy'' .

 




 

wtorek, 22 sierpnia 2017

''Skiba''-blues trochę hippisowski.


                                                                                                            Kiedy Ryszard "Skiba" Skibiński pojawił się w Białymstoku w mieście obudził się bluesowy duch. Wcześniej muzycy woleli wyżywać się w bardziej skomplikowanych formach. - Chcieliśmy grać jak Mahavishnu Orchestra - wspomina po latach Andrzej Beya Zaborski. Perkusista Piotr Dziemski trafił nawet do jazzrokującego zespołu Czesława Niemena. Kiedy "Skiba" spotkał Jarka Tioskowa razem zaczęli montować bluesową kapelę.

Nazwę, jak głosi legenda, wymyślili szukając na oślep w jakimś słowniku. I zaczęło się. Setki występów w klubach, na festynach, majówkach robotniczych dały efekty. Nagle stali się najważniejszą formacją bluesowo-rockową w kraju. Zaczęli się pojawiać na coraz chętniej organizowanych w socjalistycznej Polsce "podejrzanych" wielkich rockowych koncertach. Byli gwiazdami, a charyzmatyczny "Skiba" bez problemu nawiązywał kontakt z publicznością. No i z niespotykaną pasją grał na harmonijkach ustnych.W Polsce, w Białymstoku nie brakowało rodzimych hipisów. Dłuższe włosy, oczywiście bez przesady, były tolerowane. "Kasiarze" wyglądali bardzo kolorowo i chyba chcieli tak żyć. "Skiba" zanim stanął na scenie już eksperymentował z polskimi narkotykami. Kiedy na ekranie kina Pokój pojawił się film "Hair" oglądali go wspólnie z Tioskowem. Jak było potem? To tajemnica, którą skrywają muzycy, jego najbliżsi znajomi. Co wydarzyło się po koncertach Lady Pank, którzy na początku czerwca dawali po dwa koncerty dziennie w sali kina Forum? Na te pytania już nie trzeba szukać odpowiedzi. "Skiba" zmarł 4 czerwca 1983 roku po przedawkowaniu narkotyków. Pozostało kilkadziesiąt nagrań, które coraz łatwiej dziś zdobyć na kompaktach i znaleźć w sieci. Dziś warto pamiętać o Ryszardzie "Skibie" Skibińskim  .  Piszący te słowa poznał Ryśka   na koncercie Kasy Chorych w Tomaszowie Lub. w  1981 r.  Ja , młody wówczas  chłopak ze wsi  , byłem pod wielkim wrażeniem muzyki i charyzmy  ''Skiby''     . Po koncercie  podszedłem do Niego prosząc o podpisanie plakatu, chętnie podpisał  On jak i pozostali członkowie grupy.  Takie to były czasy że Muzyka broniła się swoją jakością , a nikt nie robił z siebie gwiazdy. Cóż  ...nie ma już z nami Ryśka  , ale została muzyka i  wierne grono /do którego ja  należę/  zdeklarowanych fanów. Na koniec jeszcze dodam ze  Kasa Chorych  ze względu na  koloryt lidera  , a i także  samą muzykę  przez wielu jest uważana  za pierwszy polski   stricte hippisowski zespół muzyczny  . W czasach PRL-u muzyka Ryśka  była  namiastką Zachodu i ucieczką  od   rodzimej siermiężności i szarej codzienności.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Zapomniane Wojsko Polskie na froncie wschodnim .

Zapomniane Wojsko Polskie na froncie wschodnim



Niestety w polskich mediach, prasie telewizji, Wojsko Polskie walczące w latach 1943-45 na froncie wschodnim podczas II wojny światowej jak i jej szlak bojowy jest zupełnie zapomniane oraz wyparte z pamięci po 1989 roku przez historyków, polityków i publicystów. Warto przybliżyć jak powstało Wojsko Polskie na Wschodzie i dlaczego o nim zapomniano.
Po ujawnieniu zbrodni katyńskiej i zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Polską w kwietniu 1943 r., Stalin podjął decyzję o zorganizowaniu wojska polskiego u boku Armii Czerwonej.
Armia ta powstała bez zgody władz Rządu Londyńskiego , większość kadry dowódczej stanowili oficerowie radzieccy, często polskiego pochodzenia, a korpus oficerów politycznych polscy komuniści, którzy też byli wcześniej poddawani represjom.
Armia rekrutowała się z Polaków ochotników, którzy byli deportowani w latach 1939-1941 w głąb Związku Radzieckiego, a od wiosny 1944 r. także z mieszkańców polskich Kresów Wschodnich. Mimo tego Wojsko Polskie walczące na froncie wschodnim wniosło znaczący wkład w polski czyn zbrojny.
Maj 1943 r. – formowanie w Sielcach nad Oką w ZSRR, 1. Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki.
W maju 1943 roku w sformowano 1. Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. 15 lipca zostaje zaprzysiężona a pierwszym jej dowódcą zostaję gen. Zygmunt Berling.
15 lipca 1943 r. – zaprzysiężenie 1. Dywizji.
1. Dywizja, przechodzi swój chrzest bojowy w bitwie pod Lenino na Białorusi 12 października 1943 roku.
Bitwa pod Lenino 12-13 października 1943 r. – Kościuszkowcy w natarciu.
W po przekroczeniu Bugu w lipcu 1944 r. powiększyło się do około 100 tys.
Defilada Armii Berlinga w lipcu 1944 roku na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie, źródło. Teatr NN.
Na przełomie lipca i sierpniu 1944 oddziały polskie walczyły na przyczółkach na zachodnim brzegu Wisły, a w bitwie pod Studziankami polska brygada pancerna stoczyła swoją pierwszą bitwę z Niemcami.
We wrześniu 1944 r. po wyzwoleniu prawobrzeżnej warszawskiej Pragi, Wojsko Polskie podjęło nieudaną próbę udzielenia pomocy powstańcom w Warszawie, ponosząc duże straty.
Od stycznia 1945 r. uczestniczyło w radzieckiej styczniowej ofensywie.
17 stycznia 1945 r. – defilada 1. Armii Wojska Polskiego w wyzwolonej Warszawie.
W lutym i marcu stoczyło dramatyczną bitwę o przełamanie Wału Pomorskiego, która była silnie ufortyfikowaną linii obrony Niemców oraz zdobyło Kołobrzeg. Walczyło również Gdańsk i Gdynię, a także nad Zalewem Szczecińskim.
Pod koniec wojny Wojsko Polskie posiadała dwie armie liczące razem ponad 390 tys. żołnierzy. Ukoronowaniem szlaku bojowego był udział w zdobyciu Berlina 2 maja 1945 r. Jako jedyne poza flagami radzieckimi w Berlinie, były zatknięte polski flagi na dworcu kolejowym w Tiergarten oraz na pruskiej kolumnie zwycięstwa.
2 maj 1945 r. – polska flaga na pruskiej kolumnie zwycięstwa w zdobytym Berlinie.
Oddziały polskie także dotarły nad Łabę, gdzie spotkały się z amerykanami.
W kwietniu 1945 r. 2. Armia Wojska Polskiego sforsowała Nysę Łużycką, a następnie walczyła w rejonie Drezna i Budziszyna, ponosząc duże straty. Swój szlak bojowy zakończyła w maju w Czechosłowacji.
Jednak po 1989 roku – zostali „gorszymi kombatantami”, ponieważ żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego padli ofiarą narzuconej przez prawicę, instytucjom państwowym, szkołom oraz mediom tak zwanej polityce historycznej. To ta polityka historyczna ona zrobiła z żołnierzy walczących na froncie wschodnim „sługusów” Stalina i NKWD, „zbrodniarzy” i „wrogów” jedynych „prawdziwych patriotów” tzw. żołnierzy „wyklętych”, a w innej najłagodniejszej formie głupców i naiwniaków.
Dla tych co udało się przeżyć i wyrwać ze stalinowskich łagrów, wedle prawicy nie zasługują na szacunek, ponieważ mieli rzekomo przyczynić się do „zniewolenia” Polski. Nie ma dla nich znaczenia, że wstępowali do Wojska Polskiego, potem nazwanym „ludowym” w czasach PRL, ponieważ chcieli się wyrwać z dalekiej Syberii, Kazachstanu, wrócić do Polski i bić z Niemcami.
Bardzo często tylko przypadek decydował, kto trafił do armii Andersa, a kto do armii Berlinga. Polacy, którzy wstępowali do obu formacji wojskowych tworzonych na terenie ZSRR, rekrutowali się głównie z ofiar deportacji dokonanych w latach 1940-1941.
Władze radzieckie w pierwszej kolejności wysiedlały rodziny, uczestników w wojny 1920 r., osadników wojskowych, funkcjonariuszy i urzędników państwowych, policjantów, leśników, członków organizacji paramilitarnych, a więc obywateli w sposób bardzo szczególnie związanych z Polską. To dla prawicy nie ma kompletnie znaczenia. Podobnie jak cały szlak bojowy od Lenino aż do Berlina oraz 17,5 tys tysiące poległych, 10 tys. zaginionych i 40 tys. rannych.
Nie liczy się także również, że do tego wojska wstępowało wielu żołnierzy Armii Krajowej oraz po wojnie żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Często byli to wybitni oficerowie, świetni dowódcy.
Dla prawicowych polityków, prasy, mediów, wspomaganych przez Instytut Pamięci Narodowej, ważne jest, że Wojsko Polskie podległe rządowi lubelskiemu i późniejszym władzom walczyło z „wyklętymi”. Już to ich ma „dyskwalifikować”.
Co prawda w PRL wywyższano tych, którzy szli ze Wschodu, ale od połowy lat 60. , doceniano także żołnierzy, którzy wyszli z ZSRR z armią gen. Władysława Andersa. Opisywano ich tułaczkę i szlak bojowy. Dziś niestety wahadło w fałszowaniu historii wychyliło się znacznie dalej w drugą stronę. Obecna polityka historyczna prowadzona przez państwo odrzuca 1. i 2. Armii Wojska , nie są oni obiektem badań naukowych oraz jest niewiele prac pokazujących ich wkład w wojnę Niemcami.
Dlaczego tak politykom zależy na fałszowaniu historii poprzez tworzeniu mitu żołnierzy „wyklętych”? Gdyż z archiwów wychodzą trupy ofiar żołnierzy „wyklętych”, nie tylko żołnierzy Wojska Polskiego, lecz także wielu bezbronnych cywili. Byli to ludzie zaangażowali się w realizację reform zapowiadanych w Manifeście PKWN, wraz ich rodzinami, często z małymi dziećmi. W książce „Księga hańby” Bazylego Pietruczuka jest opisane, że „wyklęci” nieraz byli bezwzględni, brutalni w swoich działaniach.
Nie da się przemilczeć oraz ukryć, że z rąk ludzi dzisiaj uznawanych za „bohaterów” zginęło wielu Żydów. Aby tych ofiar nie było, żołnierze Wojska Polskiego podjęli walkę z „wyklętymi”. Tą walkę podjęli ci, którzy jeszcze do niedawna byli w Armii Krajowej, a także w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Wcale nie byli to sami szeregowcy czy podoficerowie:
Generał Gustaw Paszkiewicz – uczestnik wojny z bolszewikami w 1920 r., potem kampanii wrześniowej 1939 r. oraz walk na Zachodzie 1945 r. Objął dowództwo nad dywizją, która walczyła z podziemiem w rejonie Białostocczyzny.
Gen. Bruno Olbrycht – legionista, uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., żołnierz AK. Był dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, którego oddziały walczyły z „leśnymi” na Mazowszu.
Gen. Stefan Mossor – również legionista, po wojnie dowodził oddziałami przeprowadzającymi akcję „Wisła”, które jej celem było rozbicie zbrojnych oddziałów ukraińskich nacjonalistów UPA.
Taki zafałszowany obraz lansuję w mediach, w prasie i w szkole. Ludzie, którzy dużo wycierpieli, a potem walczyli za Polskę dzisiaj są wymazywani z pamięci, a jeśli się o nich mówi to dość w pogardliwy sposób
Niezależnie od przekonań i poglądów krew polskich żołnierzy przelana na frontach II wojny światowej jest warta tyle samo niezależnie od tego, czy szli ze Wschodu, czy z Zachodu.  Mijają kolejne  święta Wojska  Polskiego  , a o  żołnierzach -głównie Kresowiakach zresztą   panuje medialna cisza  . Takie to gorsze  -bo ze Wschodu wojsko  . Ale krew  przelana  na frontach  ma jednakową barwę.

Zapomniany bohater wojny polsko -bolszewickiej.

Bitwa Warszawska, uznana niegdyś za 18. przełomową bitwę w dziejach świata, mogłaby się potoczyć inaczej, gdyby nie ogromne zasługi polskiego wywiadu wojskowego. Nie sposób przecenić roli kryptologów, kierowanych przez por. Jana Kowalewskiego. Dzięki nim nasi dowódcy, planując obronę stolicy, znali niemal każdy ruch nieprzyjaciela...

Gdy w sierpniu 1920 roku na Warszawę maszerowały setki tysięcy bolszewików, odrodzone Wojsko Polskie stanęło przed niezwykle trudnym zadaniem obrony młodej państwowości. W Biurze Wywiadowczym Oddziału II Naczelnego Dowództwa pracowano w pocie czoła. To dzięki temu mrówczemu, często anonimowemu wysiłkowi w kluczowych dla Polski letnich dniach 1920 roku, możliwe było sprawne przeprowadzenie obrony, zaplanowanie manewrów zaczepnych i ostateczne pokonanie wroga u wrót stolicy.


Jednym z zadań wywiadu był stały nasłuch kanałów informacyjnych, wykorzystywanych przez dowództwo bolszewickie na szczeblach armii czy dywizji. W lipcu 1920 roku spośród wszystkich 26 radiostacji polowych będących na wyposażeniu Wojska Polskiego, aż 6 prowadziło nasłuch I Armii Konnej Siemiona Budionnego.
Wszelkie materiały przesyłano do centrali. Dzięki temu możliwe było nie tylko dogłębne rozpracowanie sił i środków przeciwnika, ale i poznanie jego zamiarów. Problem bolszewików polegał na tym, że... nie spodziewali się tak zaawansowanych prac ze strony Polaków. Zupełnie nie zdawali sobie sprawy z popełnianych błędów i możliwości, jakie stwarzały one polskim dowódcom. Gdy wiosną 1920 roku Piłsudski wyprawiał się na Kijów, wiedział już, że bolszewicy szykują się do ataku. Chciał ich uprzedzić...


Przechwytywane meldunki dotyczące najróżniejszych spraw: strat własnych, nastrojów panujących w poszczególnych oddziałach, stanach liczebnych i uzbrojenia, rejonach przegrupowań wojsk itd. W depeszach przekazywanych przez bolszewików, rzekomo "w zaufanym gronie" były też informacje dotyczące rozlokowania polskich oddziałów, a nawet zalecenia dla bolszewickiego wywiadu! Wśród nich był m.in. nakaz nadawania przez radiostacje fałszywych komunikatów, dla wprowadzenia Polaków w błąd. Ci jednak, dotarłszy wcześniej do źródeł, nie mieli problemów w oddzieleniu fikcji od prawdy...

Już 7 sierpnia szef sztabu Wojska Polskiego Piłsudski, a także jego współpracownicy z gen. Tadeuszem Rozwadowskim, zarządzili przegrupowanie wojsk polskich w związku z nacierającym nieprzyjacielem. Pięć dni później bolszewicy rozpoczeli wielką ofensywę na przedmoście Warszawy. Rozkaz zdobycia miasta padł 13 sierpnia. Polacy doskonale wiedzieli, jak przygotować się do obrony.
Radiodepesza wysłana tego dnia "ze sztabu XVI Armii do sztabów podległych dywizji" zawierała mnóstwo informacji na temat zamierzeń bolszewickiego dowództwa. To były konkretne rozkazy szczegółowo określające cele ofensywy, z podaniem kierunków natarć, zadań zwiadowczych itd.
Por. Jan Kowalewski
Możecie sobie wyobrazić, z jakim napięciem zabraliśmy się do roboty. Szczęśliwie w niespełna godzinę szyfr zaczął się rozwiązywać. Jeszcze depesza ta nie była w pełni odczytana, gdy już wiedzieliśmy z fragmentów, że jest to wielki rozkaz o decydującym natarciu na samą Warszawę. (...) Bolszewicy byli tak pewni powodzenia, że punkt czwarty tego dramatycznego rozkazu polecał: 27 Dywizja Strzelców ma wykonać główne uderzenie, przeprawić się w rejonie przedmieścia Pragi na drugi brzeg Wisły i zająć Warszawę. Wiedzieliśmy już przedtem, że ta dywizja otrzymała świeże uzupełnienia z Rosji, była specjalnie wzmocniona i liczyła ponad 13 tysięcy strzelców.
Związek Łącznościowców, "Komunikat 2001"
Co interesujące, z przechwyconych informacji, a także z rozpoznania lotniczego oraz zeznań jeńców wynikało, że bolszewicy nie zakładali, że Polacy stawią pod Warszawą zdecydowany opór. Świadczy to nie tylko o krótkowzroczności ludowych komisarzy i generałów Armii Czerwonej, ale też dowodzi faktu, że nie wiedzieli o dokonaniach Polaków, którzy już dawno złamali bolszewickie szyfry.

Z przechwyconych informacji wynikało m.in., że jednym z rejonów koncentracji obcych wojsk miały być okolice Radzymina. To właśnie między innymi tam, a także pod Wołominem i w rejonie innych podwarszawskich miejscowości, w połowie sierpnia ważyły się losy polskiej stolicy.
Dzięki informacjom wywiadowczym Polacy nie tylko wyprzedzali przeciwnika, ale i całkowicie go zaskoczyli, wyprowadzając znad Wieprza ogromną ofensywę. Całe szczęście, że nieprzyjaciel zlekceważył plan operacyjny polskiego manewru, znaleziony przez bolszewików 13 sierpnia pod Dubienką, przy ciele polskiego oficera. Uznano, że to polska próba wprowadzenia w błąd...
Przed Bitwą Warszawską Oddział II znał dokładnie rozmieszczenie, liczebność i zamiary nieprzyjaciela. Siłę bojową wojsk bolszewickich szacowano na około 277 tysięcy bagnetów i szabel. Naczelne Dowództwo WP, mając pełny przegląd możliwości wroga, mogło rzucić do walki mniejsze siły. W rezultacie nie wszystkie polskie związki taktyczne wzięły udział w samej Bitwie Warszawskiej. Do działań obronnych skierowano jedynie piętnaście dywizji piechoty (około 115 tysięcy bagnetów i około 9 tysięcy szabel).
A. Pepłoński, "Wojna o tajemnice"
Kto był ojcem tego wielkiego, zapomnianego dziś sukcesu? Pracami kryptologów w Wydziale II Sekcji Szyfrów Oddziału II Sztabu Głównego kierował por. Jan Kowalewski, człowiek, który w nie bez powodu cieszył się opinią geniusza. W pracy kryptologicznej pomagali mu wybitni polscy matematycy, profesorowie: Stanisław Leśniewski, Stefan Mazurkiewicz i Wacław Sierpiński.



Pierwszą zaszyfrowaną po rosyjsku depeszę radiową por. Kowalewski odczytał w sierpniu 1919 roku, a więc na rok przed Bitwą Warszawską. Zadecydował przypadek. Porucznik zastępował właśnie na służbie jednego z kolegów, a dyżur niemiłosiernie się dłużył. W pewnym momencie jego uwagę przykuł zaszyfrowany przez bolszewików telegram. Kowalewskiemu wystarczyło kilka godzin, aby złamać klucz szyfrowy i poznać tajemnicę...

Od tego czasu do końca działań zbrojnych pracownikom sekcji szyfrów udało się rozszyfrować co najmniej kilka tysięcy rożnego rodzaju zakodowanych wiadomości (szyfrogramów). Większość powstała na użytek Armii Czerwonej, ale polscy kryptolodzy z powodzeniem łamali też szyfry, którymi posługiwali się Ukraińcy, tzw. biali - rywale bolszewików podczas wojny domowej w Rosji, a także Litwini i Niemcy.
- Za wygranie wojny, panie poruczniku - miał powiedzieć do por. Kowalewskiego gen. Władysław Sikorski, jeden z wielu zasłużonych dowódców wojny polsko-bolszewickiej, dekorując kryptologa orderem Virtuti Militari. Dziś talent tego bohatera jest Polakom niemal nieznany. Wtedy 97 lat temu, ratował dopiero co odrodzoną ojczyznę.

Za co nas zabijacie ...

Wola Ostrowiecka, Gmina Huszcza, Powiat Luboml ⬇️ "Popędzili nas w stronę kościoła. Kiedy doszliśmy, wypędzili z kościoła przeważnie ko...