środa, 14 listopada 2018

Po prostu Janek.

11 lat temu zmarł JAN KACZMAREK
Artysta kabaretowy i satyryk. Urodził się 6 czerwca 1945 roku w Lwówku w powiecie nowotomyskim. Gdy miał 5 lat, ojciec kupił mu... skrzypce i wysłał na lekcje gry. Udzielał mu ich miejscowy szewc i skrzypek w jednej osobie. Po trzech latach nauki mały Janek po raz pierwszy wystąpił publicznie. Jako chłopak skonstruował sobie gitarę elektryczną, w szkole był rekordzistą w rzucie kulą i oszczepem, lubił strzelać z wiatrówki. Był bardzo rozmownym chłopcem, nad wyraz mądrym, ale raczej typem samotnika. Lubił się uczyć, był obowiązkowy, szkoda mu było czasu na zabawy z kolegami. Prymus w szkole. Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Pniewach. W rodzinie myślano wtedy, że zostanie księdzem. Z wykształcenia był elektronikiem, absolwentem Politechniki Wrocławskiej. Namówił go do tych studiów mieszkający we Wrocławiu jego wuj Leon Łeszyk, w tamtych czasach jeden z dyrektorów słynnej firmy "Elwro", produkującej kalkulatory, mikrokomputery i komputery serii "Odra". W 1969 roku wraz z Tadeuszem Drozdą, Jerzym Skoczylasem i Romanem Gerczakiem założyli "Kabaret Elita". W latach 70 i 80-tych współpracował z Andrzejem Waligórskim i radiowym "Studiem 202" we Wrocławiu. Wraz z Ewą Szumańską przez wiele lat tworzyli słynne słuchowiska z serii "Z pamiętnika młodej lekarki". Jan Kaczmarek był autorem tekstów ponad 200 piosenek, m.in: Kurna chata, Zerowy bilans czyli pero pero, Czego się boisz głupia, Ballada o mleczarzu, Do serca przytul psa, Polskie strzechy czyli nie angielskie nie kreolskie, Co się zżera w jeziorze, Wapno, Oj naiwny, Walc śnieżynek, Nasza litania. Pisał inteligentne teksty, z którymi cenzura nie potrafiła sobie poradzić. Z piosenką "Kurna chata" wystąpili na Festiwalu w Opolu i zdobyli jedną z głównych nagród, co otworzyło "Elicie" drzwi do ogólnopolskiej kariery. Wtedy Kaczmarek grał na skrzypeczkach za 20 złotych. Gdy Elita odebrała nagrodę, koledzy uparli się, żeby kupił sobie nowe skrzypce. -"Janek nie chciał, ale postawiliśmy na swoim. Komisyjnie podeptaliśmy stare, a Jankowi sprawiliśmy nowe. Czy grał na nich lepiej? - Chyba nie. Miał słuch absolutny i nie sprawiało mu różnicy, co trzyma w rękach" - wspomina Tadeusz Drozda. Poprzez znajomości nawiązane na świnoujskiej "Famie" m.in. z satyrykiem Marcinem Wolskim, "Elita" nawiązała trwające wiele lat przyjacielskie stosunki z Programem Trzecim Polskiego Radia. W 1980 roku Kaczmarek wydał tomik swoich opowiadań pt. "Nasza naturalna sztuczność", był też autorem felietonów. Przez lata pracy niczego wielkiego się nie dorobił. Najpierw miasto dało mu skromne mieszkanko komunalne, a potem wykupił w spółdzielni wkład mieszkaniowy na budowany właśnie szeregowiec na wrocławskich Krzykach. Żonę Katarzynę poznał na studiach. Byli udanym małżeństwem. Miał syna Jacka. To była para naukowców, inżynierów. Bardzo zgodni i poukładani. Podstępna choroba przyszła w połowie lat 80-tych. Jan Kaczmarek cierpiał na chorobę Parkinsona, co było główną przyczyną ograniczenia jego działalności publicznej. Z czasem zaczął jeździć na wózku inwalidzkim, nie występował. To dla niego występowali przyjaciele i na charytatywnych koncertach zbierali pieniądze, żeby mu pomóc. Zenon Laskowik kilkakrotnie odwiedzał go w szpitalu u sióstr we Wrocławiu, pisali do siebie listy. -"Janek wiedział, że odchodzi. Nie robił z tego afery i do nikogo nie miał pretensji. Swoje umieranie znosił godnie. Podczas naszych ostatnich spotkań rozmawialiśmy o kabarecie. Żył nim do końca" - mówi Laskowik. -"Wiedział, że życia nie zmarnował i może odejść do nieba" - dodaje. Jan Kaczmarek zmarł 14 listopada 2007 roku w wieku 62 lat. Pochowany jest na Cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu. Popularność nigdy nie uderzyła mu do głowy. Zawsze był skromny i zakłopotany tym, że ludzie go podziwiają. Rozwiany włos, zagubiony wzrok. Takiego go zapamiętamy, bo takim go kochaliśmy.

wtorek, 13 listopada 2018

Kresowe Termopile.

We wrześniu 1939 r. Armia Czerwona spotkała się z oporem żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza. Około stu polskich jeńców zostało potem przez Sowietów rozstrzelanych lub zakłutych bagnetami.
17 WRZEŚNIA 1939, godzina 10:30. 4 kompania ciężkich karabinów maszynowych batalionu fortecznego Korpusu Ochrony Pogranicza „Sarny” kończy załadunek do wagonów na stacji w Niemowiczach. Nagle zza chmur wypadają dwa sowieckie samoloty, zielone dwupłatowce ze srebrnymi dziobami i wielkimi czerwonymi gwiazdami na kadłubie i skrzydłach. To polikarpowy R-5. Para rozdziela się, zniża i próbuje ostrzelać stację z karabinów maszynowych – niecelnie. Samoloty odlatują i żołnierze wracają do ładowania sprzętu do wagonów. Przed 11:00 robi się jednak jakieś zamieszanie. Na stację przyjechał kwatermistrz batalionu kapitan Paczkowski.
Konferuje krótko z dowódcą kompanii kapitanem Makiewiczem i załadunek kompanii zostaje wstrzymany. Przez chwilę nic się nie dzieje. Zmęczeni żołnierze rozpełzają się po okolicy w poszukiwaniu cienia. Po chwili dowódcy plutonów zwołują swoich ludzi i rozpoczyna się wyładunek – kompania wraca do koszar w Znosiczach. O 14:30 zbiórka na dziedzińcu koszar – wydano zapas amunicji i suchy prowiant. Przy okazji kolejny nieskuteczny atak sowieckich samolotów. Około 16:00 plutony wyruszają, by obsadzić swoje pozycje.
“Piekło” i “Pirat”
Podporucznik rezerwy Jan Bołbott zauważył pewien kłopot – bunkier, który miał obsadzić, był zamknięty na kłódkę. Wydawało mu się to tak absurdalne – w trzecim tygodniu wojny – że gwałtownie szarpnął skoblem, jakby nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę. Metaliczny grzechot potwierdził istnienie kłódki, a przyklejona do niej kartka zasłaniająca otwór na klucz szczerzyła się fioletowym napisem: „KIEROWNICTWO ROBÓT NR 13”. W tym momencie przybiegł porucznik Maciąg, obserwator artylerii, który miał obsadzić położony o kilkaset metrów dalej schron obserwacyjny numer 6 o kryptonimie „Piekło” – jemu także nie udało się zająć pozycji.
Umocnienia były pozamykane, a wartownicy z kluczami zniknęli. Po kilkunastominutowej naradzie obaj porucznicy zdecydowali się zerwać kłódki, co nie było łatwe, bo sprzęt saperski kompanii jeszcze nie dojechał. Wreszcie żołnierz posłany do miejscowego kowala wrócił z solidnym łomem, przy pomocy którego udało się ukręcić kłódki we wszystkich schronach. Schron numer 9 nosił nazwę „Pirat” i był największym obiektem pozycji „Tynne”, jego kubatura przekraczała 1100 metrów sześciennych. Był to nowoczesny betonowy obiekt o kształcie zbliżonym do czworoboku o wymiarach 12 x 12 metrów.
Grubość ścian wynosiła od 100 do 150 centymetrów, a stropu – 150 centymetrów. Na wypadek wojny schron miał być obsadzony przez ponad stu żołnierzy, ale pluton porucznika Bołbotta, który miał go teraz bronić, nie liczył nawet połowy tego stanu. Po obydwu stronach wejścia do bunkra znajdowały się strzelnice dla erkaemów, stalowe drzwi gazoszczelne były chronione przed bezpośrednim ostrzałem półmetrowej grubości żelbetowym filarem, który należało obejść, by się do nich dostać. Po minięciu niewielkiego przedsionka docierało się do głównego pomieszczenia bojowego. Za drzwiami, na prawo znajdowała się główna strzelnica, skierowana na wschód, za nią – dwa filary, które powinny podtrzymywać kopułę pancerną z działem przeciwpancernym.
Brakująca broń
Do dowództwa kompanii wyrusza goniec z meldunkiem i listą niezbędnego zaopatrzenia. Tymczasem żołnierze porucznika Bołbotta próbują prowizorycznie załatać otwór w stropie po brakującej kopule pancernej – wykorzystują do tego pozostawione przez robotników deski, skrzynki amunicyjne, a nawet koce i materace. Od zewnątrz przysypują improwizowany daszek warstwą ziemi. Może Rosjanie się nie zorientują. Wyrusza patrol mający rozpoznać przedpole. Żołnierze dotarli do miejscowości Czabel, gdzie patrol zajął pozycję, oczekując na nieprzyjaciela. W międzyczasie – już po 17:00 – przyjechały dwa samochody z amunicją i telefonami. Obiecanych materiałów wybuchowych nie przysłano.
Bołbott
Jan Bołbott (na zdjęciu po lewej) na ulicach Wilnach w latach trzydziestych XX wieku. Gimnazjalny kolega Czesława Miłosza. Został zmobilizowany w sierpniu 1939 roku i wyznaczony na stanowisko dowódcy plutonu „Tynne” w 4 kompanii. Jako bohater wojenny został 1 czerwca 1989 roku przez Prezydenta Rzeczypospolitej na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego odznaczony pośmiertnie Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Ilustracja z książki “Polskie Termopile. Walczyli do końca”.
W schronach udało się zamontować aparaty telefoniczne. Porucznik Bołbott siedział przy zaimprowizowanym z koszarowych drzwi biurku i wpatrywał się uparcie w jasnooliwkową skrzyneczkę. Telefon polowy AP-36. Na wieczku plakietka „UWAGA: wróg podsłuchuje”, a na podstawie blaszka z alfabetem fonetycznym: A-DAM, B-ARBARA, C-ELINA… Na razie wróg mógł sobie podsłuchiwać do woli – telefony uparcie milczały, bo przysłano je bez baterii trzywoltowych niezbędnych do zasilenia obwodu mikrofonowego.18 września rano przyjechały wreszcie baterie do telefonów polowych i materiały wybuchowe. Nie odnalazła się jednak dokumentacja pozycji obronnych. Kilka miesięcy ciężkiej pracy poszło na marne. Pomiary, próbne strzelania, wszystko rozrysowane, pomierzone, tak zwana dokumentacja ogniowa lub plany ognia – podobno zostały zniszczone jeszcze 17 września.
Meldunki z 18 września
Godzina 10:01
Bołbott: Tu „Pirat” – próba łączności. Dajcie kapitana.
Podoficer dyżurny batalionu: Tak jest!
Markiewicz: Tu Markiewicz, meldujcie…
Bołbott: Jest łączność między bunkrami. Planów ognia nie ma. Odtwarzamy…
Markiewicz: Zaopatrzenie dotarło?
Bołbott: Amunicja na trzy dni, żywność na dwa. Miny nie dotarły. Mało materiałów wybuchowych. Mam tylko dwa kilo trotylu.
Markiewicz: A co wy tam chcecie wysadzać?
Bołbott: Most na Słuczy. Żelazobeton. Mocny skurczybyk. Markiewicz: Kiedy? Bołbott: Już. Jak najszybciej. To jedyne miejsce w okolicy, w którym czołgi mogą przekroczyć rzekę… Markiewicz: Obrona przeciwpancerna? Bołbott: Granaty… Miny pepanc nie przyjechały… Markiewicz: Wyślę wam dwa działka z kompanii Tysznica. Meldujcie, jak dotrą. A most wysadzajcie. Bołbott: Rozkaz!
Godzina 12:22
Bołbott: Wrócił patrol wysłany na prawe skrzydło. Markiewicz: I co? Bołbott: Pustki. Markiewicz: Jak to? Bołbott: Doszli do wsi Knaź Sioło. Sektor „Tyszyca” opuszczony. Bunkier otwarty i pusty. Broń maszynowa porzucona. Została na stanowiskach. Nikogo nie ma. Markiewicz: Nieprzyjaciel? Bołbott: Żadnych informacji. 
Bołbott: Most wytrzymał. Potrzebuję więcej trotylu. Markiewicz: Jak to? Bołbott: Wybuch lekko naruszył nawierzchnię, ale konstrukcja nieuszkodzona. Markiewicz: Czołgi przejdą? Bołbott: Przejdą. Potrzebuję kilkunastu kilogramów trotylu. Markiewicz: Tyle nie mam. Podeślę, co zostało. Działka przyszły? Bołbott: Ani widu…
Godzina 17:48
Bołbott: Most stoi. Wybuch nie zerwał żadnego przęsła. Działek pepanc nie ma… Markiewicz: Spróbujcie granatami. Bołbott: Zbrojony beton. Granatami nie ruszymy… Markiewicz: Wykonać! Wykonanie meldować!
Godzina 22:17
Bołbott: Z mostem kicha. Zużyliśmy sześć skrzynek F-1. Sto dwadzieścia sztuk granatów w wiązkach po dwadzieścia. Dalej stoi skurczybyk. Markiewicz: Działka? Bołbott: Nie dotarły. Markiewicz: Puszczę patrol. 
Meldunki z 19 września 
Godzina 0:35
Bołbott: Jest kontakt z nieprzyjacielem. Markiewicz: Gdzie? Bołbott: Weszli do Czabla. Nasz patrol się wycofał. Markiewicz: Jakie siły? Bołbott: Batalion piechoty plus kilka czołgów.
Godzina 4:28
Bołbott: Sowieci rozpoczęli przygotowanie artyleryjskie. Ze dwie baterie artylerii, moździerze i trzy czołgi. Markiewicz: Ostrzeliwują „Berduchę”? Bołbott: Tak, ale są już na zachodnim brzegu Słuczy… Markiewicz: Przeprawili się? Bołbott: Na razie silne patrole. Koło 4:00 była strzelanina na tyłach. Wysłałem patrol. Znaleźli rannego kanoniera z obsługi działek pepanc, które miały nas wzmocnić. Zaatakował ich sowiecki pluton prowadzony przez miejscowych. Działon rozbity, armaty zabrali Rosjanie. Markiewicz: Wycofali się? Bołbott: Zajęli pozycje za Kanałem Kamiennym. Robią dużo hałasu, ale to niewielkie siły, ze dwa, trzy plutony.
Godzina 14:22
Bołbott: Kolejne natarcie na „Berduchę”! Idą po osi Kniaź Sioło – Bedycha. Markiewicz: Jak długo wytrzymają? Bołbott: Może do wieczora… Markiewicz: Pułk dostał rozkaz wycofania się na Sarny i dalej Perykole – Kuchecka Wola. My, 4 kompania, zostajemy jako osłona. Zadanie dla plutonu pana porucznika bez zmian – trzymać Tynne. Bołbott: Tak jest!
Godzina  23:19
Bołbott: Wieś Kamienne zajęta przez Sowietów. W Znosiczach trzy czołgi nieprzyjaciela i pluton piechoty. Cztery czołgi i piechota zajęły most na Słuczy. Rosjanie wychodzą na pozycje na łąkach nad rzeką. Silny ostrzał artyleryjski Tynnego. Zniszczona wieża cerkwi. Potrzebujemy wsparcia artylerii.
Markiewicz: Porucznik Pikielewicz twierdzi, że nie widzi celów. Bołbott: To niech strzela na słuch, zaraz zacznie się przeprawa. Markiewicz: A „Berducha”? Bołbott: Na wschodnim brzegu pojedyncze strzały w dwóch punktach, oczyszczają bunkry. Ale patrole nieprzyjaciela są już głęboko na tyłach naszych pozycji. Mój schron został przed chwilą ostrzelany i obrzucony granatami.
Meldunki z 20 września
Godzina 4:58
Bołbott: Nieprzyjaciel buduje przeprawę przez rzekę w rejonie prawoskrzydłowego obiektu numer 5. Markiewicz: Rozpoznanie? Bołbott: Wysłałem pięcioosobowy patrol. Wróciło dwóch. Pozostali zabici. Wzięli jeńca z 4 kompanii, dwa bataliony 224 Pułku Strzelców 60 Dywizji.
Godzina  11:59
Bołbott: Wieś opanowania przez Sowietów. Fortyfikacje odizolowane i zablokowane barykadami budowanymi w odległości około 100–150 metrów od strzelnic. Między barykadami przemieszczają się czołgi, ostrzeliwując strzelnice bunkrów. Sprowadzili saperów z miotaczami ognia. Próbują okładać bunkry materiałami łatwopalnymi. Straty: pięćdziesięciu jeden zabitych i dwudziestu pięciu rannych. Markiewicz: Trzymajcie się, organizuję odsiecz.
Godzina  16:36
Bołbott: Intensywne walki, staramy się nie dopuścić piechoty nieprzyjaciela w pobliże bunkrów. Prowadzimy intensywny ogień maszynowy, ale niewiele to pomaga przeciwko tankom i artylerii strzelającej na wprost. Mamy kolejnych ośmiu zabitych. Zapas amunicji się kończy. Starczy jeszcze na trzy, cztery godziny intensywnego ostrzału. Markiewicz: Musicie doczekać do zmroku.
Godzina  20:58
Markiewicz: Sytuacja? Bołbott: Wszystkie obiekty otoczone i zablokowane przez nieprzyjaciela. Nie ma możliwości wycofania załóg. Duże straty. Ludzie wycieńczeni, niezdolni do większego wysiłku. Bez pomocy z zewnątrz nie przebijemy się. Markiewicz: Organizuję siły do kontrataku.
Meldunki z 21 września
Godzina 4:07
Bołbott: Położenie bez zmian. Sowieci są wszędzie. Roi się od nich. Nie zważają na straty… W najbliższym otoczeniu leży przynajmniej stu martwych Sowieciarzy. Są fanatyczni i w większości pijani. Sprowadzili czołgi z miotaczami ognia. Długo to już nie potrwa. Markiewicz: Organizujemy kontratak… Bołbott: Dla nas już za późno… Markiewicz: Za dwie godziny… Bołbott: Nieprzyjaciel obłożył bunkier materiałami palnymi. Markiewicz: Podeszli tak blisko?  
Bołbott: Są za ścianą bunkra. Obłożyli ściany deskami i papą i podpalili. Są też jakieś beczki, pewnie z ropą lub gazoliną. Jak któraś wybuchnie, to po nas. Więc jeżeli macie przysłać pomoc, to teraz! Markiewicz: Nie będziemy gotowi do kontrataku wcześniej niż za dwie godziny… Bołbott: Załoga walczy z nałożonymi maskami. Żołnierze skarżą się, że pochłaniacze przepuszczają dym i maski nic nie pomagają… Markiewicz: Nałóżcie na pochłaniacze zwilżone chustki do nosa. Nie przerywać walki pod żadnym pozorem! Bołbott: Rozkaz!
Godzina  4:51
Bołbott: Obiekt „Piorun” wyleciał przed chwilą w powietrze… Markiewicz: Załoga? Bołbott: Brak informacji. Widziałem, jak Rosjanie wdarli się do środka. Wysadzili wejście i weszli. Markiewicz: Inne bunkry? Bołbott: „Pięść” także stracona. Porucznik Maciąg poddał „Piekło”, bo Sowieci byli już na dachu. Markiewicz: Co z resztą?
Bołbott: Łączności nie ma. Obserwacji nie ma. Cały rejon w gęstym czarnym dymie. Próbowaliśmy pomóc tym z „Piekła”. Cekaemy prowadzącą ogień ciągły „na słuch”, jedynie w kierunku, a nie do celu. Nie mogły skupić ognia przed zagrożonym obiektem z powodu bardzo uciążliwego sposobu prowadzenia ognia. Ludzie duszą się już od dymu. Pole obserwacji ograniczone z powodu postawionych przez Sowietów barykad, na których gros pocisków ginie. Markiewicz: Trzymajcie się! Bołbott: To już długo nie potrwa… Markiewicz: Niedługo… Bołbott: Nam już pomóc nie zdołacie.
Zabójstwo polskich obrońców
W trakcie walk w rejonie Tynnego zginęło trzech oficerów i dwustu dwudziestu sześciu podoficerów i żołnierzy. Trzystu jeden żołnierzy i oficerów uznanych zostało za zaginionych – w większości trafili do sowieckiej niewoli. Nie wszystkim udało się jednak przeżyć: po zdobyciu bunkra „Pikieta” Rosjanie, zrabowawszy całe wyposażenie, wysadzili go wraz z pozostałymi wewnątrz rannymi Polakami.
Po zajęciu kolejnego obiektu czerwonoarmiejcy rozstrzelali ocalałego oficera, dwóch kaprali i dwóch szeregowych. Nawet ci, którzy formalnie zostali „wzięci do niewoli”, nie mogli być pewni, że przeżyją. Porucznicy Maciąg i Maksym zostali zastrzeleni przez sowieckiego majora, a kapral Przywara – postrzelony w plecy i dobity bagnetem. Około stu jeńców zostało przez Rosjan rozstrzelanych lub zakłutych bagnetami na uroczysku Zawidera. Przypuszczalnie był wśród nich także ranny porucznik Jan Bołbott. Nigdy nie odnaleziono i nie zidentyfikowano miejsc pochówku polskich  obrońców Tynnego.  Wieczna Cześć i Chwała Kresowym Bohaterom.







 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Staszek.

8 lat temu zmarł STANISŁAW BOBAK
Skoczek narciarski, olimpijczyk, zdobywca w klasyfikacji generalnej trzeciego miejsca w Pucharze Świata w skokach i drugiego w lotach narciarskich w sezonie 1979/1980. Stanisław Bobak urodził się 12 marca 1956 roku w Zębie na Podhalu. Należał do ścisłej światowej czołówki w skokach narciarskich przełomu lat 70 i 80-tych. Zaliczany był do grupy najlepszych polskich skoczków nowożytnej ery, obok Adama Małysza, Piotra Fijasa i Kamila Stocha. Boba...k był zawodnikiem klubu sportowego WSK Zakopane. Jego pierwszym trenerem był Jan Furman. W wieku 16 lat zdobył Mistrzostwo Polski juniorów, wziął też udział w Mistrzostwach Europy w Tarvisio, uplasował się wtedy na 34. miejscu. 26 stycznia 1980 roku na Średniej Krokwi w Zakopanem wygrał swój pierwszy i jedyny konkurs Pucharu Świata. Skoczył wówczas 81,5 m i 82 m. Stawał na podium Turnieju Czterech Skoczni i zawodów Pucharu Świata. W klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni w 1975 roku zajął 5 miejsce, a w 1976 roku 6 miejsce. Osiem razy zdobył Mistrzostwo Polski. Jego rekord długości skoku wynosił 153 metry.
Bobak w swej karierze miał wiele ciężkich upadków i kontuzji. Po sezonie 1980/1981 nasiliły się bóle kręgosłupa. Lekarze stwierdzili, że są one następstwem nadmiernego odciążenia treningowego. W 1981 roku postanowił zakończyć karierę sportową. Na skutek intensywnych treningów wybił sobie czwarty i piąty krąg, dodatkowo cierpiał na ucisk lędźwiowego odcinka kręgosłupa, co powodowało promieniujący ból na odcinku całej nogi. Nie wykonano na nim operacji, gdyż była zbyt ryzykowna. Mieszkał we wsi Ząb z żoną i trójką dzieci. Renta ZUS Stanisława Bobaka wynosiła 500 zł. W 2005 roku wyjechał w celach zarobkowych do Francji, gdzie ciężko zachorował. Tam przeszedł operację, następnie przez kilka dni był nieprzytomny, po czym został przewieziony do Polski. Nie mógł jeść, leżał podłączony do kroplówki, prawdopodobnie cierpiał na niedrożność jelit lub niedokrwienie jelit. W swoim domu wynajmował letnikom pokoje. Jego żona Stanisława mówiła: -"Ciężko się żyje, ale my jesteśmy przyzwyczajeni. Jak wygląda majątek sportowca światowej klasy - nie wiem. I chyba tak już zostanie. Skakał, skakał i nic z tego nie ma. Mimo to jestem jakoś tak szczęśliwa. Dobrym człowiekiem jest mój mąż, to najważniejsze chyba. Nie jego charakter prosić, upominać się u ludzi. W biedzie, jak człowiek potrafi, też można żyć godnie. A czasami zagląda na skocznię w Zakopanem, gdzie skakał jak ptak, wykorzystując swój wrodzony instynkt latania. Instynkt, który dany jest naprawdę nielicznym...". Po długiej chorobie Stanisław Bobak zmarł 12 listopada 2010 roku w szpitalu w Zakopanem. Miał 54 lata. Pochowano go na cmentarzu w jego rodzinnym Zębie.

niedziela, 4 listopada 2018

Trza mu dać lekkie skonanie!

Objęcie władzy na Wołyniu przez Niemców odbyło się w naszej okolicy zupełnie zwyczajnie i spokojnie. Nie przypominam sobie żadnej bramy powitalnej czy objawów nadzwyczajnej radości u Ukraińców z tego tytułu, że przyszli Niemcy. Między nami wciąż jeszcze panowała zgoda i pokój. Pamiętam jednak, że już jesienią 1941 r., gdy pasłem krowy na łące, słyszałem jak ukraińscy pastuchy naśmiewali się z nas Polaków, było nas kilku, mówiąc: „Gdzie wasza Polsza się podziała, mieliście nie oddać guzika, a zgubiliście nawet portki.” Tak się wtedy naśmiewali z nas i z naszej ojczyzny. W tym czasie Niemcy i Ukraińcy organizowali w naszej wiosce spotkania w „Domu Ludowym”, który mieścił się w budynku przedwojennej szkoły. Ja w tych spotkaniach nie uczestniczyłem, chodził na nie mój tato Wacław, bowiem miał taki nakaz od sołtysa, który był Ukraińcem. Tato opowiadał mi później, że podczas tych spotkań naśmiewano się z upadku Polski, z jej klęski. Przy czym Ukraińcy żywo zachwalali Niemców i ich naród, o których publicznie mówili: „Niemiec jest silny, dobry gospodarz, pomoże nam zbudować samostijną Ukrainę.”
Już latem 1942 r. zauważyłem, że zarówno starsi jak i młodzi Ukraińcy coraz częściej organizują gromadne spotkania, podczas których śpiewają wrogie piosenki dla Polaków. Osobiście słyszałem wiele razy jak śpiewali tak: „Smert Lachom, smert, smert moskowskoj, żydowskiej komunie.” W czerwcu tego samego roku, miało miejsce jeszcze inne, znaczące zdarzenie. Moja mama Michalina pracowała w konopiach przed naszym domem i wtedy zobaczyła, że idzie prawosławny pop z naszej wsi, na którego oczekiwał nasz sąsiad, Ukrainiec Burys. Gdy pop się przybliżył, poczęli rozmawiać, w chwilę później mama usłyszała następujące słowa popa do Burysa: „Ty nie ziewaj, masz młodych dwóch synów, niech idą, niech biją Lachiw. Jak zabiją, to mniej ich zostanie dla innych.” Słyszałem później osobiście, jak mama mówiła później o tym naszemu tacie w domu. Powiedział na to wtedy: „To co zrobić, trzeba mieć się na baczności.” Mama wielokrotnie później to wspominała, widać było jak głęboko ją to zraniło, jeszcze nawet po wojnie o tym mówiła.
W 1943 r. nasz tato Wacław poważnie już obawiał się o życie naszej rodziny, wyraźnie bał się napadu na nasz dom. Dlatego pilnował, abyśmy wszyscy nie nocowali razem w domu, wtedy w razie napadu, przynajmniej niektórzy zostaną ocaleni. Nocowaliśmy często na strychach, w oborze, w stodole. Ojciec wysyłał nas także często do innych rodzin, ja najczęściej chodziłem na Zastawie. Pamiętam jak w czerwcu 1943 r. Bolesław Roch, który miał już wtedy 23 lata, przygotowywał dla mnie kryjówkę w kopach siana. Spałem w nich wygodnie całą noc, nad ranem przychodził po mnie i zabierał do domu, w dzień wracałem do domu. Ukraińcy w tym czasie rozpowiadali, że ma być napad na naszą wieś, że Niemcy szykują się do zrobienia czystki. Wtedy nasz tato zrobił za stodołą duży, zamaskowany schron dla całej naszej rodziny.
W końcu czerwca 1943 r. grupki miejscowych Ukraińców, naszych sąsiadów z Kohylna zbierali się w grupki mniejsze i większe i śpiewając maszerowali w szyku oraz przeprowadzali wiele innych ćwiczeń wojskowych. Zauważyłem przy tym, że już w tym czasie stronili od nas Polaków i nie chcieli z nami ogóle rozmawiać, więcej wyraźnie wyczuwało się rosnącą nienawiść. Zdarzały się też coraz częściej przypadki napastowania. Dla przykładu kiedy byłem na pastwisku wraz z innymi kolegami w lesie Kohyleńskim niedaleko Teresina to ukraińskie pastuchy przychodzili do nas i nas przeganiali. Grozili przy tym, że jak się nie usuniemy, to nas pobiją. Jednego razu, mojego kolegę Józefa Drabika z Kohylna pobili. Józek był kaleką bez ręki, którą utracił, gdy latem 1941 r. rozbrajał pocisk z moździerza sowieckiego w naszym lesie. Podczas tego najścia Józkowi Ukraińcy skaleczyli rękę, wtedy on poskarżył się w tartaku mieszkającym tam Polakom. Po godzinie przyjechało na rowerach 5 pięciu młodych Polaków, którzy z kolei pobili Ukraińców. Od tego starcia, już zaczęła się między nami otwarta wrogość i omijaliśmy się z daleka. Wśród młodych Polaków, którzy brali udział w tej bijatyce pamiętam dobrze: Henryka Kukułkę oraz Stanisława Karbowiaka, syna gajowego.
Aleksander Roch syn Anny i Antoniego mieszkał z żoną Agnieszką w Futorze pod lasem Kohyleńskim. To było około 1,5 km od Kohylna i około 1,5 km do Tartaku. Tam stało chyba tylko 3 domy, w tym dom rodzinny Agnieszki. Było tam pięknie, przed domem rosło około 6 może nawet 200-letnich dębów.
Michał Roch mieszkał na koloni Ludmiłpol i był żonaty z Marią z domu Tymoczko. Ślub odbył się jesienią 1942 r. w kościele w Swojczowie, a potem młodzi zamieszkali razem u pani młodej. W początkach lipca 1943 r. do domu Michała przyjechali nocą, około 23.00 dwoma furmankami Ukraińcy. Załomotali do drzwi i chcieli koniecznie z rozmawiać z Michałem Rochem. Michał już wcześniej obawiał się poważnie o życie, czasy były bowiem bardzo niespokojne, dlatego niewiele się namyślając, wyskoczył oknem na podwórko, na tyłach mieszkania. Tu niestety ustawiony był już Ukrainiec, który zaraz wskoczył mu na plecy i powalił na ziemię. Wywiązała się gwałtowna walka, w której Michał zdołał wyrwać upowcowi karabin, zarepetował ale karabin nie wystrzelił. W tym momencie z tyłu zaatakował drugi Ukrainiec. On jednak i z tym sobie poradził, próbując odebrać mu broń tak jak pierwszemu. Jednak Ukraińcy nie puszczali. Wtedy zaczął ich obu odciągać w stronę ogrodu, w kartofle i tam zamierzał ich podusić. Jednak Ukraińcy widząc, że mocno ciągnie, przechytrzyli go i puścili nagle broń. Gdy Michał się przewrócił skoczyli gwałtownie na niego i gdy go obezwładnili, wezwali pospiesznie pozostałych. Tymczasem teść wpuścił banderowców do domu, którzy gdy się dowiedzieli, że złapali Michała na dworze, udali się zaraz tam. Michał tylko w bieliźnie leżał na ziemi, gdy tymczasem Ukraińcy kołem stanęli dookoła niego. Widocznie poczuli się już panami sytuacji, ponieważ jeden z nich wezwał Michała do swobodnego powstania z ziemi. Michał czuł już śmierć na plecach, dlatego okazał się bystry i mężny i gdy wstawał, rzucił się gwałtownie na jednego z nich, przewracając go i uciekł. Chociaż do niego strzelali, udało mu się zbiec. Michał przybiegł tej nocy do Kohylna, do domu mojego ojca i ukrył się w stajni na strychu. Ponieważ pies bardzo szczekał, rano ojciec zauważył, że pies często spogląda na dach stajni. Poszedł zobaczyć co się tam stało i wtedy znalazł tam Michała, który był zupełnie nagi, gdyż wszystką bieliznę banderowcy zdarli z niego podczas próby zatrzymania go.
Zaraz zapytał się mocno zaniepokojony co się stało, gdy się dowiedział o ostatnim, najściu na dom Michała, zaraz wysłał mnie, abym pobiegł do Ludmilpola i uspokoił wszystkich, włącznie z żoną Michała Marią i jej rodzicami. Marysia zaraz przybiegła do nas i przekazała Michałowi, wezwanie banderowców, aby natychmiast wstawił się na ich placówkę w lesie koło Świniarzyna. Obiecali przy tym, że nic mu nie grozi, wyjaśniali spokojnie, że chcą z nim tylko porozmawiać. Michał po rozmowie z żoną i jej rodzicami: Moniką i Filipem Tymoczko, obawiając się prześladowania i zemsty na rodzinie, postanowił tam pojechać.
Gdy przyjechał do lasu konno, postanowił wcześniej zajechać do swojego kolegi gajowego, który nazywał się chyba Karbowiak i zapytać o drogę do sztabu partyzantów. Na podwórku spotkała go żona gajowego i nakazała mu natychmiast zsiąść i ukryć konia w szopie. Bardzo się obawiała, aby nikt ich nie zauważył, a szczególnie Michała. Wzięła go więc na bok i zapytała po co przyjechał. Gdy powiedział, że jedzie na rozmowę do sztabu UPA, opowiedziała mu jak tydzień temu na taką samą rozmowę pojechał jej mąż, który już więcej do domu nie wrócił. Z tego co mówiła zorientował się, że podczas przesłuchania Ukraińcy chcieli się koniecznie dowiedzieć, gdzie jej mąż ukrył broń. Zadając kolejne pytania, zadawali mu kolejne pchnięcia bagnetem. W tych męczarniach wyznał im w końcu gdzie zakopał karabin maszynowy, jednak i tak zmarł w wyniku odniesionych ran. Razem dostał około 70 ran, wiedziała o tym dobrze, bowiem wykopała ciało męża z ziemi i jeszcze raz pochowała.
Banderowcy, gdy przyjechali w wyznaczone przez męża miejsce nie znaleźli broni, bowiem gdy dokopali się do szczątków zdechłego psa, porzucili dalsze szukanie. Karabin był tymczasem pod ciałem psa. Michał opowiadał mi także, że żona Karbowiaka wyznała mu, że jej mąż nie był jedyną ofiarą zamordowaną przez banderowców w tym sztabie. Według niej w ten sposób zabito już przynajmniej kilka osób. W tej sytuacji Michał przejrzał na oczy, wsiadł na konia i wrócił pospiesznie do domu. Od tej pory ukrywał się, aż do naszej ucieczki do Włodzimierza, około 3 tygodni.
W tym czasie Ukraińcy już niemal codziennie śpiewali w naszej wsi wrogie piosenki na Polaków i nie kryli się przy tym wcale. Najczęściej śpiewano wieczorem w grupkach pod swoimi domami. Z tamtego okresu zapamiętałem także, jak często Ukraińcy w rozmowach wylewali swoje liczne żale na Polskę. Mówili o nierównym traktowaniu Polaków i Ukraińców, mówili o zabieraniu praw słusznie się im należącym i wielu innych przykrościach, których doświadczyli. Z kolei nasz tato coraz częściej informował nas wieczorami, że Ukraińcy zabierają pojedynczo Polaków z domu i gdzieś ich wywożą. Nikt nie wie potem co się z nimi stało, ślad po nich się urywał, można potocznie powiedzieć: „zapadali się pod ziemię.” W takich okolicznościach w sercach naszych rodziców, zrodziła się myśl o ucieczce do Włodzimierza Wołyńskiego. Tato wciągnął do tego pomysłu rodzinę Rochów mieszkających na Zastawiu.

POGROM LUDNOŚCI POLSKIEJ

Pamiętam, że obudziłem się około 8.00 i jeszcze nikt i nic nie mówił, dopiero około 11.00, przed południem zobaczyłem pierwszego, poważnie okaleczonego człowieka, który szedł ulicą Kolejową. Dookoła niego z każdą chwilą gęstniał tłum ludzi, żywo zainteresowanych tym co się wydarzyło. Gdy jeden przez drugiego pytali poranionego Polaka co się stało, on co chwila odpowiadał: „Jest pogrom, biją Polaków, zabili wszystkich moich sąsiadów.” Gdy mu się bliżej przyjrzałem, zauważyłem że jest to starszy człowiek lat ok. 40. Jego twarz była sina, ludzie tłoczyli się i wciąż obsypywali go kolejnymi pytaniami. Słyszałem jak odpowiedział: „Zostałem uderzony siekierą w skroń i straciłem przytomność. Oprawcy sądzili, że nie żyję i mnie zostawili. Gdy oprzytomniałem już nikogo nie było. Tylko leżeli dookoła zabici!” Pamiętam jak mówił, że jest z pierwszej wioski od północnej strony Włodzimierza Wołyńskiego.
W godzinach popołudniowych spotkałem jeszcze kilka osób idących ulicą, którzy jak się dowiedziałem, też uciekli z pogromu. Wiem to z posłyszanych rozmów jakie prowadzili miedzy sobą i z innymi mieszkańcami miasta. Niektórzy byli poranieni, inni zdrowi. Ludzie płakali widać było, że są mocno wystraszeni, tym co się wydarzyło. Tak naprawdę, trudno było się cokolwiek od nich dowiedzieć, niektórzy wciąż znajdowali się w tak głębokim stanie szoku, że nic nie mogli z siebie wydusić. Pod wieczór tej krwawej niedzieli, przyjeżdżało coraz więcej poranionych osób, nieomal z każdej strony powiatu włodzimierskiego. Niedobitki polskiej społeczności naszego powiatu gromadziły się na placach miasta, ludzie rozpaczliwie szukali noclegu lub chociaż prowizorycznego schronienia. Widziałem taką dużą grupę na rampie kolejowej, całkiem niedaleko szopy w której się tymczasowo zatrzymaliśmy. Mogłem się napatrzeć na tragedię i cierpienie tych ludzi, gdy chodziłem z moim tatem, aby z nimi porozmawiać. Ojciec wypytywał wielu z nich, skąd są i co się u nich we wsi wydarzyło. Dziś przypominam sobie następujące miejscowości: Chobułtowa, Barbarówka, Oseredek.
Następnego dnia było już mieście dużo rozbitków. Pod wpływem kolejnych, mrożących krew w żyłach, relacji naocznych świadków ludobójstwa ukraińskiego, ludzi w mieście ogarnął strach. Powszechnie obawiano się, że Ukraińcy w ślad za uratowanymi ofiarami mordów, napadną zbrojnie na Włodzimierz. Niewiele brakowało, a doszło by do paniki. Kilka dni po pogromie ok. 15 lipca, do miasta przywieźli całą rodzinę z Chobułtowej. Ciała tych 7 osób widziałem osobiście, były wręcz nieludzko zmasakrowane, złożone na placu niedaleko stacji kolejowej wciąż przyciągały kolejnych ciekawskich. Moją uwagę od razu przykuły straszne cierpienia, jakie zadano tym ludziom: mieli poodcinane nosy, wydłubane oczy, a oczodoły zapchane sianem i słomą. Kobiety miały poodcinane piersi i porąbane nogi. Wywarło to na mnie niezatarte wrażenie, czułem wielki, piekący ból, przez kilka dni miałem nawet kłopoty z jedzeniem.
Około tygodnia po pogromie Michał i Bolesław Roch oraz Tadeusz albo Roman Roch poszli nocą w trzech na Zastawie, aby zobaczyć co się stało z naszą rodziną. Pamiętam, że wdowa Amelia była namawiana przez Michała Rocha do ucieczki, jednak mimo że jej dwaj synowie Tadeusz i Roman chcieli ona zdecydowała się zostać w domu.
11 lipca 1943 r. w nocy z soboty na niedzielę, na ich dom był napad podczas którego zamordowano wdowę Amelię lat ok. 60 oraz jej najmłodszą córeczkę Zosię lat ok. 14. Tej nocy Tadeusz Roch spał w swojej stodole, między słomą a ścianą, a jego rodzony brat Roman w ogrodzie w kapuście, niedaleko łąki. Romek Roch opowiadał mi osobiście, że nad ranem już robiła się „szarówka” posłyszał jakieś głosy, a w chwilę później jakieś głośne, przeraźliwe wręcz krzyki, dochodzące od domu Grzegorza Rocha. Jednak nie zdecydował się tam pobiec, gdyż na podstawie tego co słyszał, poznał, że są to krzyki mordowanych ludzi. Szybko ukrył się w pobliskich szuwarach i przesiedział tam cały dzień. Romek opowiadał mi także, że Tadek też obudził się w stodole, gdy Ukraińcy zaczęli dobijać się do drzwi domu Grzegorza. Widział przez szpary w ścianie stodoły, jak Ukraińcy wpuszczeni do domu, po chwili całą rodzinę wyprowadzili na podwórko. Przodem szły dzieci Grzegorza i jego żony. W tym momencie było jeszcze cicho i spokojnie, wszystko wskazywało na to, że gospodarze nie spodziewali się najgorszego. Na pewno mieli nadzieję, że to zwykłe najście, które zakończy się przesłuchaniem lub co najwyżej pobiciem i groźbami, tym razem było jednak inaczej. Gdy dzieci były już na dworze, Ukraińcy nagle uderzyli je siekierami w głowę, natychmiast zginęli wtedy: syn lat ok. 16 oraz dwie córki, starsza lat ok. 25 i młodsza lat ok. 20. Gdy matka zorientowała się, że dzieci zostały zaatakowane, dopiero wtedy zaczęła histerycznie krzyczeć i właśnie te krzyki słyszał Roman w ogrodzie. Możliwe, że któreś z dzieci też zdążyło krzyknąć przed samą śmiercią. Po zarąbaniu dzieci wyprowadzili Grzegorza i jego żonę, pierwsza porąbana została żona lat ok. 60. Wtedy bandyci zaczęli się zastanawiać jaką śmierć zadać gospodarzowi i wtedy Tadek usłyszał wyraźnie takie słowa jednego z Ukraińców do pozostałych: „Oo, uciekł nam do miasta i przyszedł z powrotem. Trza mu dać lekkie skonanie!” Zaraz potem Tadek zobaczył, jak za chwilę powiesili go na jabłonce, tuż obok ich domu rodzinnego. Tak skonał Grzegorz lat ok. 60.
Tadeusz widział też, jak zginęła jego matka, opowiadał wszystkim, że ta sama grupa Ukraińców po wymordowaniu rodziny Grzegorza przeszła pod drzwi jego domu i zaczęła się dobijać do środka. W końcu udało im się wejść do środka i po chwili słyszał niewyraźnie jak matka prosiła kilku oprawców o darowanie jej życia. Potem wszystko ucichło, po chwili zobaczył jednak, że mężczyźni opuszczają dom i odchodzą. Tadek wspominał także, że rozpoznał jednego z napastników, ale dzisiaj już nie pamiętam, o kim mówił. Wiem zaś na pewno, że to był Ukrainiec z Kohylna. Bandyci nie podpalili zabudowań i prawie na pewno nic nie wynieśli z domu. Po około dwóch godzinach na Zastawie przyszła druga grupa Ukraińców i zaczęli chować ciała pomordowanych. Całą rodzinę Grzegorza wrzucili do dołu po kartoflach, tuż przy ich własnej chałupie. Ciało wdowy Amelii Roch wrzucili do lochu po kartoflach i zawalili go.
Tadek siedział przez całą niedzielę w stodole, dopiero gdy już się zrobił wieczór, zobaczył idącego podwórkiem Romana i też wyszedł z ukrycia. Razem weszli do swojego domu i zobaczyli rozpuszczone pióra na podłodze. Zaraz opuścili dom i uciekli do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie się zatrzymali. Po kilku dniach odnaleźli Michała i Bolesława Rocha i nas i wszystko nam opowiedzieli. Wtedy właśnie zapadła decyzja, że pójdą do domów jeszcze raz i zabezpieczą ciała najbliższych przed zwierzętami.
Gdy przyszli na Zastawie była noc, poznali jednak, że wszystko w domach jest splądrowane, a co lepsze rzeczy zabrane, bydło też. U Grzegorza zabezpieczyli ciała, przysypując je bardziej ziemią i poszli do domu Amelii. Tam zobaczyli na podłodze wiele piór z rozprutej pościeli. Michał Roch przechadzając się po domu natknął się na jakiś spory przedmiot. Zatrzymał się i zaczął macać co to jest, w pewnym momencie poczuł, jak włosy „rosną” mu dosłownie na głowie, zrozumiał bowiem, że ma w rękach głowę ludzką. To była raczej na pewno głowa Amelii, gdyż tylko ona była w domu w czasie napadu. Tę głowę dołączyli do reszty pochowanych ciał. Zaszli też do domu Kuszpitów, dom był pusty i splądrowany, gdy nic nie znaleźli, opuścili Zastawie. Romek opowiadał mi jednak, że podczas napadu Ukraińców na Zastawie zamordowana została też pani Kuszpitowa lat ok. 65. Kuszpity to była dalsza rodzina Rochów. Jest mi wiadome, że mąż i dzieci pani Kuszpitowej uratowali się, bowiem w czasie napadu nie było ich w domu. Moja mama Michalina namawiała starą Kuszpitkę, aby uciekała razem z nami do miasta, kiedy była jeszcze szansa, wtedy ona zwierzała się mamie tak: „Ja się nie boję Ukraińców, oni mnie nie ruszą, bo ja ich wszystkich pomagałam odbierać przy porodach.” A znała się rzeczywiście dobrze na rzeczy, dlatego do wielu porodów była wzywana. Żyjąc tą nadzieją pozostała w domu i nie skorzystała z szansy ucieczki.
Michał, Bolek i jeszcze Romek albo Tadek Roch z Zastawia poszli na Barbarówkę, a potem wstąpili do Tartaku, gdzie też w ten sam dzień pogromu pomordowanych zostało wielu Polaków. W jednym z domów spotkali żywego Polaka, który opowiadał im nazwiska pomordowanych i wydarzenia jakie miały tu nie dawno miejsce. Gdy wrócili, opowiadali nam wszystkim, że tam na Tartaku Ukraińcy pomordowali dużo ludzi. Napad miał miejsce w tę samą niedzielę, co cały pogrom w okolicy. Z tartaku poszli jeszcze na Teresin, do którego nie było daleko. Michał Roch opowiadał mi także, że był po pogromie w Kohylnie, gdzie spotkał Ukraińca, który był sąsiadem Drabików. Czy to była ta sama wyprawa, czy inna, już nie pamiętam. Właśnie ten Ukrainiec opowiedział Michałowi jak została zamordowana cała ich rodzina. 11 lipca 1943 r., w niedzielny ranek przyszli do Drabików banderowcy i weszli do domu. Po chwili zaczęli mordować tych, którzy byli w domu. W chałupie zabili matkę i dwie córki, tymczasem dwaj synowie spali w stodole. Gdy Ukraińcy wykryli ich kryjówkę, jednego chłopca zabili na miejscu, a Józek rzucił się do ucieczki przez pola. Nie zdołał jednak uciec i gdy go dopadli to go też zabili. Prawdopodobnie miał przed śmiercią prosić bandytów, aby mu darowali życie. Michał dowiedział się także, że ciała pomordowanych Ukraińcy wrzucili do lochu, kopca z drewnianych kołków na kartofle, który znajdował się na miedzy Drabików i Żyda Moszko Bejdera, potem wszystko zawalili. Jeśli chodzi o rodzinę Brzozowskich, to prawdopodobnie ta rodzina się zachowała. Brzozowski był co prawda Polakiem, ale jego żona była Ukrainką, istnieje więc pewna nadzieja, że mogli zostać podczas tego samego pogromu oszczędzeni.

środa, 31 października 2018

Polsko-ukraińskie walki o Lwów.

105 lat temu, 31 października 1918 r., rozpoczęły się walki ukraińsko-polskie we Lwowie. W obronie miasta bohaterską kartę zapisała ochotnicza młodzież gimnazjalna - "Orlęta Lwowskie".
Na przełomie października i listopada Ukraińcy zajęli kluczowe obiekty w mieście. Próba opanowania przez nich Lwowa była konsekwencją proklamowania 19 października państwa ukraińskiego przez Ukraińską Radę Narodową.
Dowództwo nad polskimi oddziałami (złożonymi z członków POW, Polskich Kadr Wojskowych, byłych żołnierzy Polskiego Korpusu Posiłkowego) objął 1 listopada kpt. Czesław Mączyński. Wśród wyróżniających się w walkach oficerów byli późniejsi generałowie WP: Roman Abraham, Bernard Mond i Mieczysław Boruta-Spiechowicz.
Polscy mieszkańcy Lwowa spontanicznie zgłaszali się do szeregów. Walczono m.in. o Górę Stracenia, Górę św. Jura, rejon Szkoły Kadeckiej, ulicy Bema, Dworzec Główny, Pocztę Główną, dzielnicę Zamarstynów. Polskimi redutami były m.in. Szkoła Sienkiewicza i Dom Technika.
Odsiecz oddziałów Wojska Polskiego, dowodzona przez ppłk Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza dotarła do Lwowa 20 listopada. Wspólne uderzenie obrońców Lwowa i sił odsieczy, które nastąpiło 21 listopada zmusiło oddziały ukraińskie do opuszczenia miasta. 22 listopada nad ranem Lwów znalazł się w polskich rękach.
W szeregach obrońców Lwowa znalazło się 6022 osób, w tym 427 kobiet. 1422 obrońców Lwowa nie miało ukończonych 17 lat. Nazwano ich „Orlętami Lwowskimi”. Najbardziej znany wśród nich jest Jurek Bitschan, syn Aleksandry Zagórskiej, która podczas obrony Lwowa była komendantką Ochotniczej Legii Kobiet. Czternastoletni Bitschan, uczeń gimnazjum, zgłosił się do jednego z walczących oddziałów i poległ na cmentarzu Łyczakowskim.
W listopadowych walkach zginęło 439 obrońców Lwowa. Największą grupę poległych – 109 osób – stanowili uczniowie szkół średnich.
Współczesny pisarz ukraiński Jurij Andruchowycz, stwierdza: „W ulicznych walkach 1918 r. we Lwowie Polacy wygrali z Ukraińcami przede wszystkim dlatego, że było to ich miasto – i to nie w jakimś abstrakcyjno-historycznym wymiarze, ale właśnie wymiarze konkretnym, osobistym – to były ich bramy, podwórza, zaułki, to oni znali je na  pamięć, choćby dlatego, że właśnie tam umawiali się na randki ze swoimi pannami”. W 1910 roku Polacy stanowili 51 proc ludności Lwowa, Żydzi 28 proc., Ukraińcy 19 proc.
Opanowanie Lwowa przez Polaków nie zakończyło jednak walk o miasto.
Aż do końca kwietnia 1919 roku znajdowało się w okrążeniu a walki toczyły się na przedmieściach. Lwów znajdował się pod ostrzałem artyleryjskim. Ukraińskie pociski sięgały śródmieścia.
Wojska Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej dwa razy były bliskie zdobycia Lwowa. 27 grudnia 1918 roku rozpoczęło się natarcie na przedmieściach Lwowa. Krwawy, nocny bój toczył się z 28 na 29 grudnia w Persenkówce. Wydawało się, że ukraińskie oddziały utorują sobie drogę do centrum miasta. Twardy opór Polaków złamał jednak impet ich natarcia.
16 lutego 1919 roku Ukraińcy przypuścili gwałtowny atak na Lwów, odparty przez obrońców miasta. Na początku marca wydawało się, że Lwów zostanie zdobyty. Generał Tadeusz Rozwadowski, dowodzący we Lwowie i Galicji Wschodniej, liczył się z upadkiem miasta. Myślał o przebiciu się załogi wojskowej do Przemyśla.
Idące z odsieczą zgrupowanie pod dowództwem gen. Wacława Iwaszkiewicza przywróciło newralgiczne połączenie kolejowe Przemyśla ze Lwowem. 19 marca pierwsi żołnierze odsieczy weszli do Lwowa.
29 kwietnia 1919 roku Lwów został ostatecznie uwolniony od ostrzału artyleryjskiego.
W drugą rocznicę zakończenia listopadowych walk o Lwów, 22 listopada 1920 roku, marszałek Józef Piłsudski odznaczył herb miasta Krzyżem Virtuti Militari. Podczas dekoracji powiedział: „Za zasługi położone dla polskości tego grodu i jego przynależności do Polski, mianuję miasto Lwów kawalerem Krzyża Virtuti Militari”.
Walki o Lwów były fragmentem polsko-ukraińskiej wojny o ziemie między Sanem a Zbruczem. Zakończyła się ona w lipcu 1919 roku, gdy wojsko polskie wyparły siły ukraińskie za Zbrucz. (PAP)

wtorek, 30 października 2018

''Ojciec leżał twarzą do ziemi...''

W miejscu gdzie był nasz dom, teraz sieją pszenicę. Jak bym wyszedł za Chołoniewicze i patrzył przed siebie, to widać i pole i las. Znajdowała się tam kolonia Halinówka. Matka moja Zinida – była Czeszką, ojciec – Ukrainiec. Po sąsiedzku mieszkali Polacy – Wesoły (brat mojej mamy), często odwiedzaliśmy się. Nasza chatka stała na skraju lasu. 
Pewnego dnia, doskonale pamiętam, że było to latem, słońce wschodziło, matka strasznie zaczęła krzyczeć – „Banderowcy idą!” Uciekliśmy do lasu. Banderowcy bali się nas gonić, wiedząc, że niektórzy mężczyźni mają broń i w każdej chwili mogliby dać odsiecz. Naszą wioskę spalili. Przeprowadziliśmy się do Chołoniewicz, tam ojca rodzina miała pusty dom.
Banderowcy uczyli swoich sympatyków strzelać. Organizowane były nawet kursy. Głównym nauczycielem był Ostap Łebediuk. Ojca mego też zmuszali do szkolenia – odmówił. Został za to zamordowany. Dobrze pamiętam rozpacz matki po tym, jak dowiedziała się, że ojciec nie żyje. Wyrok banderowskiego sądu brzmiał – „zamordować”, a sędzią była nacjonalistka o przezwisku „Smolicha”. Kiedy furmanką przejeżdżała przez wieś, matka biegła za nią i lamentowała: „Powiedz gdzie jest mój Pietro”. „Szukaj go na Hadesach”- usłyszała. Za wsią było urwisko, matka biegła tam i zauważyła kobietę kopiącą ziemniaki – „Nie widziałaś mojego Pietra?” – „Leży w rowie”.
Wypłakała się biedna nad nim i wróciła na wioskę. Trzeba było organizować pogrzeb. Stryjek Michajło, siostry ojca mąż, zaprzągł konia (ja byłem z nim i wszystko widziałem na własne oczy). Ojciec leżał twarzą do ziemi, a ręce z tyłu były omotane drutem kolczastym. W mojej głowie krew się zagotowała, jak zobaczyłem ten widok. Zawinęliśmy go w koc i pochowaliśmy.
Pamiętam straszną biedę i nędzę, a nas było czworo. Najstarsza Maria miała wtedy może 12 albo 14 lat. O rok młodsza Zosia, potem ja i najmłodszy Wasyluk – nie więcej jak trzy, cztery latka. Tak minęła kolejna jesień i zima, pełna niepokoju, strachu. Niekiedy coś stuknie, puknie na podwórku, a mama cała w nerwach przy oknie – to po mnie przyszli. Ten strach był wszechobecny, żyliśmy w ciągłym stresie. 

Pod koniec zimy tragedia nie obeszła stroną naszego domu. Był wieczór, paliło się w piecu. Znienacka ktoś zaczął głośno walić po oknach – „Dzieci to za mną” płakała mama i miotała się z kąta w kąt, szukając miejsca na schowek, a nieproszeni goście wyłamywali drzwi.
– „Och dzieci moje biedne, będzie nam to co z ojcem”. Nie było możliwości ucieczki. Banda w chacie, było czterech mężczyzn. Pamiętam, że jednego wołali „Gróć”, a drugiego „Mycia”. Jeden stał z automatem z okrągłym dyskiem, drugi przy nim trzymał karabin z bagnetem. Odróżniałem broń i wiedziałem, że bagnet był niemiecki, bo szeroki. Bandyta uderzył matkę w piersi, upadła i krzyknęła: „Dzieci, uciekajcie!” Maria wyrwała do drzwi, ja za nią. Za próg nie zdążyłem wybiec, złapał mnie bandyta i dostałem czymś ciężkim w głowę. Wpadłem w noc, a kiedy ocknąłem się, nie cieszyłem się, że żyję. Bolało całe ciało, krzyknąłem. Od tego krzyku, bólu, strachu, rozrywało piersi, nie chciało się żyć. Matka leżała pośrodku chaty na lepkiej, czerwonej od krwi podłodze. Całe ciało było pokłute bagnetem. Wydawało się, że jej ciało gwoździami poprzybijano do podłogi. Obok niej martwa Zosia. Miała połamane, zmasakrowane ręce, może chciała obronić matkę, a bandyci nie pozwolili jej tego uczynić. To, co było rękoma wyglądało jak dwa polana obciągnięte skórą. Pomyślałem, ze to koniec świata. Życie w chacie wygasło i stało się prawdziwym piekłem.
Ostatni raz spojrzałem na matkę i wydawało się, że na jej wymęczonej twarzy zostało to, co chciała powiedzieć w ostatniej chwili: „Jak to synku, prosiłam, abyś uciekał”. Zerwałem się na nogi, zachwiało moim ciałem. Chciałem biec od tego strasznego miejsca, wszystko jedno gdzie i usłyszałem płacz najmłodszego Wasyla. „Braciszku kochany, ty żyjesz”- podleciałem do małego. Leżał omotany kocem, tak jak wieczorem matka go ułożyła. Wziąłem go na ręce, odwinąłem koc, a z niego wylała się krew. Okazało się, że i jego dźgnęli bagnetem. Przedziurawili mu gardło. Mały krwawi, a ja nie wiem jak mu pomóc. Pobiegłem do sąsiadki, zwali ją Wiroczką (do tej pory mieszka w Chołoniewiczach) – „Weźcie Wasylka” prosiłem ją – „Bo naszych wszystkich zamordowali”. Wiroczka posłuchała i przyszła. Dzieci ona miała w podobnym wieku co ja. Do nich wcześniej też przychodziliśmy chować się od bandytów. Wzięła małego Wasyla, obmyła, do rany na gardle coś przyłożyła, a ten płacze – jeść prosi. No to Wiroczka zupy podstawiła i jego karmiła łyżeczką, a ona przez dziurkę w gardle wylewa się. Pożył mój braciszek niedługo.
Poszedłem po wsi rodziny szukać, znalazłem ciotkę. Karmiła mnie przez parę miesięcy, ale dłużej nie mogła. Potem byłem u wujka Iwana – rodzonego brata ojca. Ten swoich miał dziewięcioro albo dziesięcioro dzieciaków, ale też łyżkę dostałem. Rosły wujkowe dzieci, a ja z nimi. One poszły do szkoły, ja też. Dyrektor szkoły, kiedy się dowiedział, że jestem sierotą, przytulił mnie mocno jak kiedyś ojciec i powiedział: „Najstraszniejsze to ty synku przeżyłeś, teraz nie zginiesz”. Pozmieniał moje dokumenty i zapisał, że jestem w 1940 roku urodzony, po to, abym jak najdłużej pomoc dla sierot mógł otrzymywać. Jak jego losy potoczyły się – nie wiem, ale bardzo bym chciał spotkać się z nim, ukłonić się nisko, podziękować za to niewielkie kłamstwo, które uczynił dla mojego kawałka chleba.

Dorastaliśmy w te powojenne lata szybko. A mnie wstyd ogarniał – chłopcy, moi rówieśnicy, z ojcami w pole do pomocy jeździli, a ja ciągle do szkoły. Poszedłem więc do miasteczka Kiwierce, znalazłem komendanta wojskowego i prosiłem o przyjęcie mnie do wojska. Opowiedziałem o swoim losie, prosiłem, aby komisja ustaliła, ile tak naprawdę mam lat. Major do którego mnie skierowano już nie był młodym człowiekiem. Wysłuchał mnie, podszedł do okna, odwrócił się, a ja widziałem, jak drżą mu plecy. Domyśliłem się, że on płacze. Może za moim, a może za swoim, a może nad naszymi losami. Stałem w milczeniu i też cichutko płakałem. Po tym spotkaniu dojrzałem, komisja ustaliła, że jestem z 1936 roku, wkrótce zostałem żołnierzem awiatorem.
Nigdy nie zapomniałem tych wydarzeń. Przed oczyma skręcone drutem kolczastym ręce ojca i pokłuta bagnetem twarz matki. Wyobraziłem sobie ich młodymi ludźmi. Jestem pewien, że z setki zdjęć na pewno poznałbym ich.
O starszej siostrze opowiem. Kiedy przyszła Wiroczka po Wasylka, zobaczyła, że nie ma jej w chacie wśród zabitych. „Szukaj Marię” – powiedziała – „Być może ona u kogoś ze swojaków schowała się”. Ucieszyłem się, że nie zostałem sam na świecie. Szukałem, lecz do swojaków nie doszedłem. Jakieś czterysta metrów od naszego dworu leżała zabita.


piątek, 26 października 2018

Tragedia Katerynówki.

W pierwszych dniach lipca 1941 r. Niemcy zajęli Rożyszcze i okolice. Władzę ustanowiła społeczność narodowości ukraińskiej – podobnie jak we wrześniu 1939 r., tylko tym razem bez udziału narodowości żydowskiej.
Utworzona z ludności narodowości ukraińskiej policja dała o sobie znać wychwytywaniem jeńców radzieckich, przeprowadzaniem rewizji i rożnymi działaniami przeciwko ludności polskiej. Już w lipcu osiągnęła niemałe wy­niki. Policja składała się z ludzi najbardziej nieprzejednanych, a jednocześ­nie doskonale znających teren. W mojej okolicy: Rożyszcza. Rudnia, Wełnianka, Sitarówka, Olganówka Stara i Nowa, Katerynówka, Retowo itd. – działali ci sami, którzy w okresie władzy radzieckiej 1939-1941 r. występo­wali jako jej rzecznicy. Wymienić tu należy takich jak: Ławrientij Parfeniuk – urzędnik finansowy Sielsowietu Katerynówka, za Niemców zaś pełnomocnik Urzędu w Rożyszczach, Marko Bojarczuk – przewodniczący Sielsowietu, a i później również, Wołodia Parfeniuk syn Ławrientija, policjant posterunku w Rożyszczach i pełnomocnik na wsie Katerynówka, Olganówka Stara i Nowa oraz Retowo. Jego brat Wiktor i siostra Maria pracownicy Urzędu w Rożyszczach byli donosicielami i pierwszymi rabusiami Żydów. Mekrta z Olganówki – odpowiedzialny za kontyngenty siły roboczej do Niemiec. Z jego to inicjatywy zostało wywiezionych wielu Polaków i Polek, stanowią­cych trzon inteligencji polskiej. Chodziło o to, żeby pozbyć się tych wszyst­kich, którzy mogli w przyszłości zaszkodzić nacjonalistom ukraińskim. Wy­mienić tu należy także Tura z Nowej Olganówki – członka Rady w Rożysz­czach oraz Sławatycza, Iwana Szuma z Katerynówki – członka Rady Ko­mendy Policji w Rożyszczach jak też wielu innych z Rudni, Wełnianki i sa­mych Rożyszcz. Właściwa ich rola ujawniła się w okresie zakładania gett i rzezi ludności polskiej. Liczyli się w szczególności tacy „zasłużeni” jak Tur, Sławatycz, Bojarczuk, córka Bojarczuka Nastia Bojarczuk. Oni to właśnie po wyzwoleniu w 1944 r. weszli po raz drugi w skład władzy radzieckiej, aby oddać jak największe usługi donosicielskie na Polaków jako członków „band polskich”.
Duże obszary leśne oraz pomoc ludności polskiej, łatwość zdobywania broni i amunicji pozwoliły obronić się części jeńców radzieckich przed licz­nymi obławami i łapankami. Już w lipcu 1941 r. w lasach retowskich schroniła się pewna grupa żołnierzy radzieckich, która przetrwała dzięki gajowym Suchowieckiemu i Ferencowi. O poczynaniach policji ukraińskiej dowiady­waliśmy się powoli, ale systematycznie. 2 moich rówieśników utworzono grupę zwiadowczą, której zadaniem było działanie na rzecz ludności pol­skiej, jeńców radzieckich oraz obserwacja wszystkich sytuacji i zamierzeń policji.
Pierwsza taka grupa powstała w Katerynówce. Należeli do niej: Henryk Kamola, Leon Wilk, Stanisław Szachnowski, Mieczysław Pechfa, Zygmunt Habrych. Ferenc i Suchowiecki wówczas gajowi zaprzysięgli nas. Naszym zadaniem było wyszukiwanie i staranie się o broń, amunicję, odzież oraz wyżywienie dla żołnierzy radzieckich, utrzymujących się w lasach retows­kich. Źródłem broni, amunicji, obuwia i płaszczy były groby żołnierzy, którzy zostali pogrzebani w tych okolicach. Nie były to praca łatwa i przyjemna. Po przejściu frontu, zabitych żołnierzy grzebano ze wszystkim, co leżało obok i z tym, co mieli przy sobie. Chociaż nacjonaliści ukraińscy, a w szczegól­ności Wołodia Parfeniuk policjant i Mykiła zobowiązywali mieszkańców do zrównywania grobów z ziemią.
Wspomniana grupa szybko się rozrastała, przybywali coraz to nowi ko­ledzy z różnych miejscowości. Nasi ojcowie już wcześniej byli zorganizowani i udzielali nam rad i wskazówek. Byliśmy tymi, którzy ze względu na swój młody wiek wykonywali niekiedy zadania, których nikt inny nie był w stanie wykonać. Jesienią1941 r. otrzymaliśmy polecenie przewiezienia broni przez Rożyszcze do nowopowstającej grupy. Wówczas to poznaliśmy nowych chłopaków ze wsi Sitarówka, Wełnianka, Rudnia i z Rożyszcz, którzy poma­gali nam i z którymi wspólnie wykonywaliśmy różne zadania.
Pod koniec 1942 r. dowiedzieliśmy się o powstawaniu partyzantki, a nieco wcześniej o małych oddziałach Samoobrony, które już wspólnie wspomagały się organizacyjnie. Dochodziły też coraz częściej wiadomości, że nacjonaliści ukraińscy zamierzają rozprawić się z ludnością polską na Wołyniu. Zaczęto więc budować schrony, ukryte i zamaskowane na wypa­dek zaskoczenia. Prowadzono też szkolenie w obchodzeniu się z bronią i amunicją.
Już na początku 1943 roku słyszało się o pojedynczych mordach w róż­nych miejscowościach. Mordy takie występowały w odległych wsiach i w różnych okolicznościach, potwierdzały jednak coraz bardziej zamierzenia nacjonalistów ukraińskich. Strach przed okrutną śmiercią zaczynał narastać wśród miejscowej polskiej ludności. To mobilizowało Polaków i tak w mojej miejscowości, w Katerynówce powstał mały oddział samoobrony. Na komendanta wybrano mojego ojca (dziś już nie żyjącego) Jerzego Wardacha.
Żołnierzami byli sąsiedzi: Sakowski z synem Piotrem, Wawrzyniec, Piotr i Roman Mękalowie, Jan i Stefan Kowalczykowie, Jan Walenty i Szachnowski. Każdy z nich budował schron w swoim gospodarstwie, zamaskowane przejścia z domu do schronu. Zaopatrywano się w broń i amunicję, a przez pewien okres wszystkie rodziny zbierały się na noc w jednym miejscu, w schronie. Mężczyźni pełnili warty, a dzieci i kobiety spały w schronie. Ta­kie życie było bardzo uciążliwe, to też z nadejściem wiosny 1943 r. zanie­chano takich praktyk i każda rodzina w Katerynówce miała sama czuwać nad swoim bezpieczeństwem. Było to akurat na kilka dni przed napadem.
W nocy z 7 na 8 maja 1943 r. banda nacjonalistów ukraińskich napadła na Katerynówkę. Prawie jednocześnie zaczęty płonąć zabudowania polskich rodzin. Rozległo się wycie psów, ryk bydła, rżenie koni, kwik, pisk. Trzaski i szum olbrzymich płomieni zagłuszały wszystko. Powstało istne piekło. Każdy ratował się przed ogniem, bandyci zaś wyłapywali wybiegających z domów i mordowali. Pomimo, iż posiadali broń palną to morderstw doko­nywali przy użyciu noży w najbrutalniejszy sposób. Rozpruwano i wypusz­czano jelita, wyłamywano ręce i nogi, dzieci zabijano tłukąc je głowami o ściany domów itp.
W Katerynówce tej nocy zamordowano 27 osób. Jak się później okazało w Klepaczowie oddalonym o około 6 km, oddzielonym od Katerynówki du­żym lasem, tej samej nocy zamordowano 30 osób z polskich rodzin. Kate­rynówka była zamieszkana przez ludność mieszaną zabudowania gospo­darcze były rozrzucone w formie kolonii w odległościach do 0,5 km i więcej jedno od drugiego. W naszym przypadku mieszkało tak po sąsiedzku 7 ro­dzin polskich, wokół nich zaś ukraińskie. Moja rodzina mieszkała raczej po środku, dlatego do nas schodziły się pozostałe rodziny i u nas omawiano wszystkie sprawy dotyczące bezpieczeństwa. Jednak jak już wspomniałem, właśnie na kilka dni wcześniej wszyscy rozeszli się do własnych domów.
Mord to był okropny. Wszystko spalono, resztki jeszcze dopalały się, czuć było odór spalonych zwierząt ciała ludzkie leżały obok siebie, niektóre na pół spalone. Pamiętam to wszystko jak by to było dziś. Gdy rozwidniało się obiegłem wszystkich pomordowanych, licząc, że komuś może być po­trzebna pomoc. Niestety, jedynie małe dziecko, dwuletni synek Piotra Mękała żył jeszcze. Miał obydwie rączki i nóżki wyłamane, na wpół przytomny prosił pić i za chwilę zmarł. Drugą osobą która dawała znaki życia była Zo­fia Koper, młoda dziewczyna. Miała rozpruty brzuch, jelita były zmieszane z ziemią zbroczone krwią. W potwornych męczarniach zmarła. Pozostałe osoby już nie żyły. Niektóre były okrutnie poszlachtowane nożami, a każdy był na pół obnażony, tak jak ułożył się do snu. Od rana zjeżdżały się rodziny pomordowanych z dalszych i bliskich wsi. Rozpacz, płacz, lament nie do opisania ogarnęły wszystkich. Około południa przyjechali Niemcy, popatrzy­li, poszwargotali i odjechali.
Pod wieczór ułożono wszystkich pomordowanych na drabiniastym wozie konnym i wraz z resztą żyjących opuściliśmy Katerynówkę na zawsze. W Katerynówce zostali wówczas zamordowani również Dunia z żoną (Pola­cy) oraz Ukraińcy Walery Błaszczuk z żoną i dzieckiem, także stara Błaszczakowa. Wszyscy zostali przewiezieni do Kiwerc i pochowani we wspólnej mogile.
Oto jak ocalała moja rodzina. Jak już wcześniej wspomniałem do nas schodziły się polskie rodziny. Gdy wszystkim dokuczyły już te codzienne wędrówki i postanowili spać we własnych domach, ojciec mój jakby coś przeczuwał. Nakazał matce, aby zabrała dzieci i poszła spać do schronu, sam natomiast pozostał na obserwacji. Wziął karabin maszynowy, obrał dogodne miejsce i czuwał. Około północy najpierw zaczęły ujadać psy, póź­niej jako pierwszy palił się dom Wawrzyńca Mękala, a za chwilę następny. Ojciec zorientował się, że jesteśmy zagrożeni, wpadł do schronu, obudził mnie i szybko zajęliśmy stanowiska w okopanym rowie wokół sadu. Sad i rosnąca przed nami wierzba na tle płonących zabudowań stwarzały cień i dogodne warunki na zmiany stanowiska, dzięki czemu bez przerwy szły krótkie serie z karabinu maszynowego i z mauzera. Zmienialiśmy się bardzo szybko, ostrzeliwując wokół siebie teren i dając pozory, że sad okalający budynki jest cały obstawiony. Bandyci nie odważyli się podejść bliżej. Tylko jeden raz pojawili się od strony Marka Bojarczuka, gdzie była dość głęboka jama. Zostali jednak zauważeni i po dokładnym ostrzale tego miejsca do końca nocy nie powtórzono próby podpalenia naszych budynków z amunicji zapalającej. Gdyby udało im się podpalić zabudowania, uzyskaliby lepszą widoczność i kto wie jakby się to dla nas skończyło.
To była ostatnia noc naszego pobytu w Katerynówce. Pod wieczór wraz z pozostałymi, którzy pozostali przy życiu, zabierając ciała pomordowanych, wyjechaliśmy do rodziny w Sitarówce. Sitarówka to wieś prawie polska, zamieszkała częściowo przez osadników wojskowych. Następnego dnia zgro­madziła się cała wieś i natychmiast zorganizowano placówkę samoobrony. Na komendanta znowu wybrano mojego ojca. W dużym kolejowym budynku zorganizowano placówkę. Na parterze zamurowano okna, na piętrze i pod­daszu przygotowano punkty obronne i obserwacyjne. Budynek wokół oko­pano z punktami obrony i dla ludzi pełniących warty. Do tegoż budynku schodziła się na noc cała wieś. Mężczyźni pełnili wartę, a kobiety i dzieci spały na zamurowanym parterze.
Już latem 1942 roku, tuż po wymordowaniu ludności narodowości ży­dowskiej w gettach, mordowano Polaków, w szczególności nauczycieli oraz ludzi, którzy mogliby być organizatorami samoobrony. Nacjonaliści niszcząc krzyże przydrożne wyznania rzymskokatolickiego oskarżali o to partyzantkę radziecką oraz tak zwane bandy „żydowsko-bolszewickie”. Juz jesienią w 1942 r. pojawiły się symboliczne kopce usypane z ziemi. Rozchodziły się też wieści o walce Ukraińców o „Samostijną Ukrainę”. Takie informacje do­chodziły z wiosek zamieszkałych wyłącznie przez Ukraińców, takich jak np.: Serniki, Trościanka, Ulaniki, Krawatka. W tych wsiach były też usypane kopce, a ich wielkość miała świadczyć o sile środowiska nacjonalistów.
Po wymordowaniu Kiepaczowa i Katerynówki Polacy z tamtejszych oko­lic z całą powagą potraktowali narastającą groźbę. Zaczęły masowo po­wstawać placówki samoobrony. W Olganówce Starej zorganizowano dwie placówki i punkty wartownicze. Jeden znajdował się u rodziny Dziubów i tam Czesław Dziuba był komendantem. Druga placówka powstała u Baranows­kich, gdzie komendantem został Karol Baranowski. W Nowej Olganówce placówka samoobrony powstała u Dobrowolskich, jej komendantem był Stanisław Dobrowolski. Miała ona nawet karabin maszynowy. Placówka w Sitarówce pozostawała do końca pod dowództwem mojego ojca.
Podobne placówki powstały również w Walerianówee, Wełniance, Dubiszczach, Elżbietynie, w którym dowodzili bracia Józef i Stanisław Cichusowie. Natomiast Rożyszcze i Kopaczówka przeistoczyły się w podobne twierdze jak Przebraże, w którym broniło się około 20 tys. ludności polskiej. Wszystkie placówki udzielały sobie wzajemnej pomocy.
W 1943 roku 30 czerwca, kiedy Wełnianka, Rożyszcze, Elżbietyn i Ojganówka wyruszyły na pomoc dla Przebraża, nacjonaliści w nocy napadli na placówkę w Sitarówce. Po długiej i zaciętej walce odstąpili, a z naszych lu­dzi stracił rękę Franciszek Wardach brat ojca, poza tym nic nikomu się nie stało. Ponieważ ojciec był komendantem i był wtajemniczony we wszystkie sprawy, wiele rzeczy nawet najdrobniejszych nie było mi obcych. Zlecano mi różne sprawy, różnego rodzaju powinności, przeważnie łącznika między pla­cówkami i zwiadowcy, dzięki czemu poznałem wcześniej wszystkie miejs­cowości, wszystkie drogi i przejścia leśne. Najczęściej jechałem na rozpoz­nanie terenu nawet bez polecenia na własną rękę, a nierzadko też jeździłem konno na Katerynówkę, która była całkowicie wyludniona. Pamiętam taki przypadek. Nigdy nie wracałem tą samą drogą, toteż i tym razem w drodze powrotnej pojechałem łąkami i lasem, zauważając w pewnym miejscu tro­chę podejrzanych mężczyzn. Przejechałem jednak obok, jakby ich nie wi­dząc. Dalej, koło IV śluzy rodziny polskie grabiły siano. Byto tam kilku męż­czyzn z bronią ale na wypadek napadu nie byłoby to wystarczające. Podje­chałem do nich i ostrzegłem, że za Katerynówką od strony Budiaczewa pod lasem zauważyłem kilku podejrzanych osobników. Poprosili, abym pojechał jeszcze raz i sprawdził. Pojechałem więc lasem, zajeżdżając ich z drugiej strony. Zauważyłem kilka wozów konnych i sporą grupę uzbrojonych męż­czyzn. Szybko uprzedziłem ludzi grabiących siano. Następnie zawiadomiłem placówkę w Olganówce, a potem w Sitarówce. Okazało się jednak, że ban­da była o wiele liczniejsza niż się spodziewano. Po zaciętej walce dopiero pod wieczór została rozgromiona. Uciekając w stronę Budiaczewa w lesie pozostawiła część wozów i broni. Placówki biorące udział w tej akcji prze­szły tyralierą przez las, aż do Klepaczowa.
Zdarzało się również i tak, że niektóre rodziny ukraińskie z Rudni ostrze­gały Polaków o bandyckich przygotowaniach. W lutym 1945 r. po przyjściu sowieckiej armii, wydawać by się mogło, że wszystko się skończy, że minęły dni grozy, strachu i barbarzyńskich mordów, ale to jeszcze długa historia…

Za co nas zabijacie ...

Wola Ostrowiecka, Gmina Huszcza, Powiat Luboml ⬇️ "Popędzili nas w stronę kościoła. Kiedy doszliśmy, wypędzili z kościoła przeważnie ko...