środa, 2 lutego 2022
...w mieście Włodzimierz Wołyński ...
W lutym 1944 r. - świadkowie nie podają dokładnej daty - w mieście Włodzimierz Wołyński Ukraińcy wyłapywali Polaków, torturowali ich, łamali ręce i nogi, i zabijali... Jednego dnia pojmali i zamordowali po gwałtach i torturach kilka kobiet i dziewcząt polskich - wiadomo o co najmniej 20 zabitych.
Ofiary miały połamane ręce i nogi, ślady licznych ran od ostrych narzędzi, Mariannę Podbiorę przywiązali drutem kolczastym do sań i wlekli póki nie skonała.
Część oprawców jest znana, m.in.: Wołodymyr Smolenśkyj, Marczuk, Kalińczuk.
✔️Wspomnienia Ludwiki Podskarbi z d. Szewczuk z Kolonii Mogilno:
"Jest luty 1944 r. nasi chłopcy z posterunków poszli na Bielin do polskiej partyzantki. Tymczasem Ukraińcy napływają do Włodzimierza, Niemiec ponownie wydał im broń, mają nakazane meldować się z bronią raz w tygodniu. Niemiec zabiega o zboże od Ukraińców ale ci boją się Polaków z miasta. Pewnego dnia Niemiec chodził po domach i nakazywał okopy ze śniegu oczyszczać. Brat poszedł oraz chłopcy od Mirowskich. Moi rodzice poszli do miasta, Jadzia siedzi w pokoju coś czyta, pani Mirowska leży w łóżku chora. Pan Mirowski i brat jego żony udali się do pana Ilnickiego. Ja coś bardzo chciałam mamy, zastanawiałam się dlaczego wciąż nie wraca z miasta, może byłam też głodna. Wyszłam więc, aż na ulicę i patrzę w stronę miasta, wyglądam tak rodziców. Ale coś zauważyłam, co mnie zainteresowało, od strony miasta chodzi Niemiec w mundurze, a z nim dwóch cywilów. I tak chodzą od mieszkania do mieszkania, czasami przechodzą na drugą stronę ulicy. Gdy byli już blisko naszego domu, uciekłam do ganku i patrzę, co się będzie działo. A oni idą dróżką do naszego domu, w tym momencie poznaję Ukraińca z Mohylna. Wpadam do mieszkania i krzyczę: “Jadziu idzie do nas Anenku Sergiej. Był Jadzi sąsiadem, miał może 23 lata. Jadzia szybko drzwi żelazną sztabą zasunęła, podobnie wejście do pokoju, w którym przebywała pani Mirowska ale tak się włamywali, że w końcu i sztaba nie pomogła. W domu poczęli się dobijać do pokoju gdzie przebywała pani Mirowska. Skaczemy na ten czas do ogrodu przez okno i biegniemy co sił do pana Ilnickiego, a tam całe zapole stoi chłopa, każdy ma w ręku widły i szpadel. Nabrali chłopców polskich i poprowadzili na Cegielnię i tam ich wszystkich w bestialski sposób pomordowali, nawet kobiet wtedy nabrali. A Niemiec chodził po domach, że jeśli kto miał dokument, że pracuje u Niemców lub że jest mieszczaninem, tego zabraniał brać na Cegielnię. A jeśli kto był, tak jak my, uciekinierzy z wiosek, tego Niemiec zgadzał się brać, jak się później okazało na zagładę. To była godzina około 13.00, gdy rodzice i Mirowscy wrócili z miasta, opowiedzieliśmy co zaszło. Zaraz zaczęliśmy wszystko pakować na wóz i wyruszamy na Bielin, do naszych chłopców. Zima, śniegu dużo, a my nie mamy sani tylko wóz. Muszę wyjaśnić, że brat żony Mirowskiego to Józef Gaczyński z Mohylna".
czwartek, 27 stycznia 2022
Krzyże Pani Franciszki Prus.
Tam stał mój dom. I kolonia Chylinówka - wskazuje ostrożnie ręką
pani Franciszka Prus. Po jej domu, po całej Chylinówce, nie ma dziś
śladu. Przy drodze z Włodzimierza Wołyńskiego na Kowel stoi szary
metalowy krzyż postawiony przez panią Franciszkę. Kilkadziesiąt metrów
dalej duży napis: Tankodrom. W miejscu, w którym znajdowała się kiedyś
polska kolonia, dziś jest poligon wojskowy.
- Musiałam dostać pozwolenie od generała. Bałam się, że nie da. Ale
dał. I jeszcze w rękę pocałował i powiedział, że to dobrze, że tacy
ludzie jak ja są potrzebni, że trzeba uszanować zmarłych - kiwa głową
pani Franciszka. Kto we Włodzimierzu Wołyńskim i w okolicznych wsiach
pamięta jeszcze o Chylinówce?
Zabijali, ratowali
Pani Franciszka mieszka teraz we Włodzimierzu, przy ulicy Nalewajki,
kawałek drogi od centrum. W starym, pobielonym, starannie utrzymanym
domu, z wypielęgnowanym ogrodem. To spokojna okolica. Coraz częściej
wybierają ją ludzie zamożni - w pobliżu widać kilka eleganckich willi.
Widok bezszelestnie przesuwającej się bramy i wjeżdżającego przez nią
mercedesa z przyciemnionymi szybami nie należy do rzadkości.
Ale w 1943 roku pani Franciszka mieszkała w Chylinówce, na tak zwanej
kolonii, jak tu nazywano wieś. Razem z ojcem, który był sołtysem,
matką, bratem i siostrami. Z każdym miesiącem robiło się coraz
trudniej, niespokojniej, goręcej...
- Przyszedł Klim, Ukrainiec. Mówi ojcu: Panie Miazga, niech pan ucieka
do miasta, bo już tu idą.
Uciekli w ostatniej chwili. Tylko ojciec został. Na zawsze.
Moja rozmówczyni opowiada o tym ze spokojem - minęło przecież tyle
czasu. Mówi, jak przyjechali na furach. Jak biegła, niosąc na plecach
trzyletnią siostrę. Jak do nich strzelali. Jak wołała do siostry:
„Krysiu, trzymaj się dobrze, zajączku”. Cały kołnierz miała
postrzelany. Ale nie trafili ani jej, ani Krysi.
- Wróg strzela, pan Bóg kule nosi - dodaje. - Myśmy ocalały. Ale
zabili sześćdziesiąt dwie osoby, w tym ośmioro dzieci.
Potem została uratowana po raz drugi przez Ukrainkę. Było to tak.
Wujek, który zaopiekował się rodziną po śmierci ojca, powiedział:
- Frania, jedź do Marcelówki, przywieź koniczyny dla koni.
- Mamusia stała [zaczęła] płakać, „tam cię zabiją” - opowiada. Były trzy
Marcelówki: I, II, III. W jednej mieszkali Ukraińcy. Otoczyli Franię.
W rękach mieli siekiery, noże. - To jest Miazgi córka - mówili.
Pomogła jej znajoma dziewczyna - Regina. - Chłopcy, chodźcie do domu,
mam bimber. Zjecie, wypijecie, ona nigdzie się nie podzieje... -
zapraszała. Skwapliwie skorzystali z zaproszenia. Zniknęli w chacie.
Regina położyła Franię na wóz, przysypała trawą. Ominęli ukraińskie
wsie. W każdej - jak mówi pani Franciszka - „czekała banda”. Gdy
dotarli w bezpieczne miejsce, Regina była biała jak śnieg, a Frania
czerwona od krwi. Wóz trząsł i podskakiwał, deski były twarde.
Regina zapłaciła za pomoc straszną cenę. - Przyszli na drugi dzień i
zamęczyli. Wołali, by mnie do nich przyprowadzili - kiwa głową pani
Franciszka. - Pokłuli i powiesili. Szkoda Reginy...
I jeszcze jeden raz - w samym Włodzimierzu. Uratował ją znowu
Ukrainiec, pan Gilecki. Przyszli do domu, w którym przez jakiś czas
mieszkała. Wypytywali o nią, a on ją zasłonił. - Stał koło mnie,
rękami zastawił. Mówił: ojca jej zabili, dajcie jej spokój. Poszli. I
tak przeżyła. Trzy razy.
Śladów coraz mniej
Dziś we Włodzimierzu Wołyńskim żyje około 33 tysięcy ludzi. Polaków
jest niewielu - dwustu, może trzystu, wielu w rodzinach mieszanych.
Jest jeden kościół katolicki, przychodzą do niego głównie starsi
ludzie. Okoliczne wsie są wyłącznie ukraińskie. Osób innych
narodowości jest niewiele.
Przed wojną było inaczej. W samym Włodzimierzu mieszkali Ukraińcy,
Polacy, Żydzi. We wsiach było różnie - w większości mieszkali
Ukraińcy, ale były też polskie wsie, niektóre zamieszkane przez
polskich osadników. Ci ostatni, osiedleni na Wołyniu przeważnie w
latach trzydziestych, byli szczególnie znienawidzeni przez Ukraińców.
Dziś dla naszych wschodnich sąsiadów są oczywistym dowodem
„kolonizacyjnych” zamiarów Polski wobec Wołynia.
We wrześniu 1939 roku przyszedł Związek Radziecki. Pozostawił masowe
groby odkryte kilka lat temu na dawnym zamkowym dziedzińcu. Leżą tam i
polscy żołnierze, i ukraińscy cywile.
Potem, w czerwcu 1941 roku, zjawili się Niemcy. Najpierw zabrali się za Żydów.
W miarę zbliżania się niemiecko-radzieckiego frontu rosła wzajemna
niechęć Ukraińców i Polaków. Coraz silniejsza stawała się Ukraińska
Powstańcza Armia, swoje placówki tworzyła też Armia Krajowa. Do
starcia doszło w 1943 roku, kiedy UPA ruszyła na polskie wsie. Dziś po
wielu z nich nie ma śladu. Nie pozostałby też ślad po pomordowanych
Polakach, gdyby nie pani Franciszka.
- A skąd ja bym wiedziała, gdzie są te mogiły, gdyby nie Ukraińcy?
Przecież Polacy zginęli - tłumaczy. - To oni mi pokazują miejsca, to
oni mówią, kto zginął. To oni zgadzają się na stawianie krzyży. Są
dobrzy ludzie, przewodniczący rad wiejskich. Pomagają.
Pani Franciszka stawia więc krzyże. Metalowe, z okrągłych rur,
pomalowane na szaro. Te duże - z rury o długości ośmiu, może
dziewięciu metrów, wbijane są na dwa metry w ziemię. Do tego potrzebna
jest dwumetrowa poprzeczka. Taki krzyż kosztuje około 450 dolarów. We
Włodzimierzu - i w ogóle na Ukrainie - pieniędzy na to nie ma. Pomaga
Polska, przede wszystkim Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Takich krzyży, także trochę mniejszych, stoi wokół Włodzimierza
dwadzieścia jeden. Gdyby nie one, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat
nikt w okolicy nie pamiętałby, że mieszkali tu Polacy, że były polskie
wsie...
Mohylno i Bielin
Mohylno. Na szarym krzyżu na rozstaju wiejskich dróg napis: „60
Polakom, którzy zginęli w 1943 roku, na wieczną pamięć. Rodacy”.
Dokoła cisza. Nikt nie wygląda zza ogrodzeń pobliskich domów. Pusto. W
oddali widać furmankę, znika za jedną z chałup. Pani Franciszka wyciąga
rękę. Tam, gdzie teraz jest kępa krzaków, była kuźnia. Kowala ktoś
uprzedził o zbliżającej się napaści, więc wziął dobytek na wóz i
wyjechał. Dogonili go i zawrócili. - Widać myśleli, że zapakuje
najcenniejsze rzeczy i nie trzeba będzie szukać - mówi Franciszka
Prus. Kowala zabili Ukraińcy, którzy pracowali u niego w kuźni.
Na podwórzu pobliskiego gospodarstwa, za zasłoną gęstych liści widać
betonową studnię. - Tam leżą Zajączkowscy. W tej studni... - szepcze
moja przewodniczka. Potem pokazuje niewielki dom, stojący trochę
dalej. - Tam mieszka ten, który zabił kowala. Pytałam go, mówił „ja
nie widział, nie wiem”. Ale ja wiem, że to on. Bandera.
Pani Franciszka nie mówi „UPA”, „upowiec”. Ludzie z UPA to „bandery”.
Od nazwiska przywódcy OUN-UPA Stepana Bandery.
- Mnie tu w Mohylnie nie lubią - przyznaje. Nasi ich tutaj „postukali”...
Co znaczy „postukali” - nie bardzo chce powiedzieć. Sprawa jest jednak
prosta: AK zorganizowała akcję odwetową. I niespecjalnie cackała się z
mieszkańcami Mohylna.
Placówka Armii Krajowej była niedaleko - w Bielinie (obecnie Biłyn).
Partyzanci stacjonowali w leśniczówce. Z leśniczówki pozostała ruina:
stareńki dom ledwie się trzyma, wydaje się, że zaraz się rozpadnie.
Ale mieszkają w nim ludzie. Pani Wanda, o której mówią, że to Polka.
Ale ona twierdzi, że jest Ukrainką.
- Tak, to był polski dom, to była czysto polska wioska - mówi po
ukraińsku. Sama pochodzi zza Buga, przesiedlono ją tu z mężem
Ukraińcem w 1947 roku. Rozumie po polsku, bo skończyła sześć klas
polskiej szkoły. - Ale placówka była tam, dalej - pokazuje. - Tu była
chata, a tam kantora - dodaje po polsku. Jej syn pomaga pani
Franciszce sprzątać polski cmentarz. Trzeba pójść kawałek wiejską,
gliniastą, wyboistą drogą. Za niewielkimi polami, wśród drzew stoją
krzyże.
Na poletku pracuje mężczyzna w kraciastej koszuli i dwie kobiety -
mieszkańcy Włodzimierza, którzy mają tu działki. Pytani, czy wiedzą,
czyje to groby, odpowiadają: - UPA wojowała. Mężczyzna w czapce
nasuniętej na czoło dodaje: - Tu było tylko dziesięć mogił. A teraz
podopisywali. Komuś wygodnie, żeby tu było tak dużo pochowanych
Polaków. A to nieprawda. Mówią, że tu cała dywizja leży, ale jaka tu
była dywizja?
Całej 27. Wołyńskiej Dywizji AK w Bielinie nie było na pewno. Pod
drzewami, pod dużym krzyżem i kilkunastoma innymi leżą nie tylko
żołnierze - o czym wyraźnie informuje cmentarna tablica - ale i
cywile, o których nie ma ani słowa...
- Tu zwożono poległych nie tylko z Bielina - wyjaśnia pani Franciszka.
Groby są dobrze utrzymane. Metalową tablicę z napisem skradli dwaj
chłopcy, ale milicja błyskawicznie znalazła i ją, i chłopców w punkcie
skupu złomu. Moja przewodniczka nie chciała, by ich oskarżano. -
Wiadomo, że żyje się ciężko - mówi. - Powiedziałam, żeby odnieśli i
powiesili.
Odnieśli - i wisi. Świadectwo dramatycznych wydarzeń sprzed sześćdziesięciu lat.
Najpierw żyli w zgodzie
Każdy z postawionych przez panią Franciszkę krzyży upamiętnia ludzką
tragedię. Dawniej wszyscy żyli w zgodzie - Ukraińcy, Polacy, Żydzi,
nawet Niemcy - byli tu bowiem i osadnicy niemieccy. Owszem, bywały
kłótnie, spory - ale nie takie, by się nawzajem mordować.
Pierwszy krzyż stanął w Dominopolu. Z pogromu ocalały tu tylko dwie
osoby. Ludzi zagnano do szkoły, budynek podpalono.
Pani Prus miała problemy, bo krzyż musiał stanąć na granicy dwóch
rejonów (powiatów). Na żądanie szefa sąsiedniego rejonu trzeba go było
przesunąć o 30 metrów. Dominopola przecież już nie ma, nic po nim nie
zostało...
Potem były kolejne - choćby w Gucinie. - Były dwa Guciny, Gucin I i II
- opowiada pani Franciszka. - W jednym zegnali wioskę w stodołę i
podpalili, a kto uciekał, to bili pałkami, zabijali. Wyczytali wyrok i
podpalili. A jaki był wyrok? Że są Polakami. W drugim Gucinie ludzi
wepchnięto do kuźni.
Takie historie powtarza przy każdym pomniku. Terespol, Prudniki,
Biskupice. Krzyże stoją zazwyczaj na polach. Z rzadka na skraju wsi.
Domy, które kiedyś tu stały, mało kto pamięta. Nawet nazwy wsi powoli
zacierają się w pamięci.
Według przedwojennych roczników w 1931 roku w całym województwie
wołyńskim (obecne obwody - wołyński ze stolicą w Łucku, oraz
rówieński) Ukraińcy stanowili na wsi 75,2 proc. mieszkańców, Polacy
15,1 proc. Te piętnaście procent zniknęło - w większości razem z
domami, w których mieszkali.
Zdanie prostych ludzi
Jarosław Caruk, niewysoki, szczupły, ogorzały mężczyzna, który chętnie
nosi ludowe, ukraińskie koszule, jeździ rowerem po okolicznych wsiach
i liczy zabitych podczas wojny. Wychodzi mu, że zginęło o wiele więcej
osób narodowości ukraińskiej, niż podaje strona polska - i znaczniej
mniej Polaków.
- Polacy są nieobiektywni - przekonuje. - Byłem w każdej wiosce i
zapisuję straty Polaków i Ukraińców.
Pokazuje liczby. - Tu Polacy podają, że zginęło 55 ich rodaków, a tak
naprawdę śmierć poniosło tylko ośmiu. A tu rzekomo zginęło 50 Polaków,
podczas gdy we wsi było tylko 35 domów. Tylu ludzi nawet tu wtedy nie
mieszkało.
Komu wierzyć? Pani Franciszce, którą irytuje już samo nazwisko „Caruk”
i która twierdzi, że można skompletować nazwiska wszystkich
pomordowanych? Czy jej ukraińskiemu przeciwnikowi? - Trzeba siąść i
rozmawiać, prawda wyjdzie na jaw - twierdzi Caruk, który zapewnia, że
„zna i szanuje panią Franciszkę”. Dotychczas nigdy jednak razem nie
usiedli. I raczej nie usiądą. Wiarygodnych dowodów nie ma. Trzeba
wierzyć jej albo jemu. Zresztą i Franciszka Prus, i Jarosław Caruk,
opierają się głównie na wspomnieniach miejscowych Ukraińców. Bo
Polaków wokół Włodzimierza już nie ma...
Anna Mychalczuk, redaktor naczelna miejscowego pisma „Słowo Prawdy”
(nazwa została wymyślona zapewne na długo przed pieriestrojką), o
Franciszce Prus słyszała, a Jarosława Caruka zna i nawet drukuje jego
artykuły - choć jest zdania, że „pisze dość jednostronnie”. - Piszemy
na temat wołyńskiej tragedii, ale raczej nie z naszej inicjatywy, a
dlatego, że chcą tego nasi czytelnicy. Długo na ten temat milczeliśmy,
wreszcie można i trzeba mówić.
Pani Mychalczuk twierdzi, że sprawą zainteresowani są głównie ludzie
starsi. Nie ma w nich złości i pragnienia zemsty. - Może to była
polityczna intryga, polityczny interes, choćby Niemców - zastanawia
się. - Czy, jak chcą inni, po prostu wojna domowa...
Sprawą dramatu sprzed ponad pół wieku urzędowo zajmuje się we
Włodzimierzu miejscowa rada rejonowa (powiatowa). Bo dotyczy wsi, a
nie miasta, a rejon to obszar wokół Włodzimierza. Dmytro Zdichowśkyj,
zastępca szefa rejonu, „wicestarosta”, jak mówią o nim niektórzy -
urzędujący w budynku przy centralnym placu, przy którym stoi kościół
katolicki i jedyny tu hotel - „Wołyń” - ma na stole sporą stertę zdjęć
z krzyżami pani Franciszki. Ale osobiście jej nie zna. Bo choć Polaków
trochę w mieście pozostało i istnieje też polskie stowarzyszenie, to
trudne kwestie historyczne omawiane są wyłącznie w gronie Ukraińców.
Na ścianie wisi zdjęcie uśmiechniętego prezydenta Leonida Kuczmy, ale
Dmytro Zdichowśkyj nie popiera propozycji uroczystych obchodów
60-lecia Wołynia ani spotkania Kuczma - Kwaśniewski, planowanego w
nieodległej Pawliwce (dawnym Porycku). - Takie jest stanowisko
prostych ludzi - mówi. - Sprawę trzeba zostawić historykom, nie
organizować akcji na państwowym szczeblu, bo wykorzystają to określone
siły w Polsce i na Ukrainie, wasi i nasi nacjonaliści.
Wicestarosta włodzimierski jest zwolennikiem akcji Jarosława Caruka.
Podkreśla, że z inicjatywy miejscowych władz przeprowadzono badania,
które potwierdzają dane podawane przez Caruka: zginęło 25 razy więcej
Ukraińców i 4 razy mniej Polaków, niż podają Ewa i Władysław
Siemaszkowie, autorzy publikacji o tragedii Wołynia. - Winny był
polski rząd w Londynie, bo chciał utrzymania tych ziem - mówi. - Poza
tym Niemcom i Sowietom udało się nas skłócić. Walki toczyły się w
sposób niezorganizowany, to często była zemsta - zabito komuś siostrę,
to szedł i się mścił.
Według Zdichowśkiego „ran nie można rozdrapywać”. A dobre stosunki
ukraińsko-polskie są potrzebne. - My jesteśmy przy samej granicy i na
nas się to odbije - mówi, dodając, że „podobnie twierdzi starosta
Hrubieszowa”, po polskiej stronie Bugu.
Nasi chłopcy
W „Słowie Prawdy” ukazał się niedawno list Grigorija Witruka,
urodzonego we wsi Stawki. Przedwojenne czasy wspomina jak najlepiej.
Ukraińcy ze Stawek przyjaźnili się z Polakami z pobliskiej wsi. Potem
przyszła wojna. W Stawkach pojawiła się UPA, „nasi chłopcy” - jak
nazywa ich autor, tu znajdował się jej lokalny sztab. Witruk
przyznaje, że „określone osoby” ze wsi (nie precyzuje, czy była to
UPA) zabiły żyjących w okolicy Żydów. Potem „zniszczona została polska
kolonia". Pojawili się też „czerwoni partyzanci”, ale „nasi chłopcy”
zorganizowali zasadzkę i wybili cały oddział. Wreszcie, przyszli
Polacy (AK?) i wybili większość mieszkańców wsi i „naszych chłopców”.
Trzeba bardzo wielu krzyży, by obdzielić nimi każdą zniszczoną wieś,
każdą zapomnianą mogiłę.
- Chcę jeszcze postawić krzyże w Mariawoli i Hryniowie - mówi
Franciszka Prus. - Niech pan powtórzy to w Warszawie. Niech pan
koniecznie to powtórzy. -
02.07.2003”
środa, 12 stycznia 2022
Tej nocy wszystko się spaliło.
Tej tragicznej nocy z 12 na 13 lutego 1945 r. w naszym domu mieszkało 9 osób: ojciec Mikołaj, lat 50, mama Eleonora i nas trzy siostry: Maria, lat 21, Władysława, lat 19 i ja najmłodsza lat 16 oraz ciocia, siostra ojca Anna Jasińska, lat 35 z córką Marią, lat 5 oraz synami: Dominikiem, lat 7 i Broniem, lat 3. Tego dnia we wsi była grupa żołnierzy sowieckich, która zapewniała, że możemy spokojnie spać, jak się później okazało byli to przebrani banderowcy. We wsi jednak czuwano, u nas w domu wszyscy spali w ubraniach. Mężczyźni pełnili wartę. W pewnej chwili do mieszkania wpadł nasz ojciec, który był wtedy na warcie i krzyknął : „mordują”. We wsi paliło się już wiele domów. Nasz dom i gospodarstwo znajdowało się w centrum wsi tuż nad głęboki rowem ściekowym szerokości około 4 metrów i głębokości od 2-3 metrów, nazywam później „rowem śmierci”, ponieważ tu zginęło najwięcej ludzi.
Wszyscy wybiegliśmy z domu i ukryliśmy się w tym rowie. W jego brzegach były wykopane liczne wnęki. Do jednej z nich schowaliśmy się razem z mama Eleonorą. Mama zasłoniła nas biała płachtą. Z pod zasłony widziałam jak nadeszli banderowcy. Jeden z nich krzyknął „strelaj” drugi odpowiedział po ukraińsku „koły ne maju pul”. Ten pierwszy wrzasnął to „ rubaj sekerą”. I zaczęło się. Widziałam jak postacie ubrane w białe okrycia, zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać to strzelał do niego.
Wokół paliły się budynki, jedynie dom Józefa Borkowskiego stał nie naruszony, był murowany i kryty dachówką. Po pewnym czasie trudnym mi do określenia w godzinach, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła „Kałyna wertoj”. Po czym nastąpiła cisza, słychać było tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi. Banderowcy odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy i ranni. Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad ranem zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z córeczką Marią, lat 5 i synkiem Bronisławem lat 3 zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje, sześć zostało zamordowanych.
Pamiętam ten straszliwy widok, palące się budynki, swąd i ryk palącego się bydła, krzyki, płacz, szukanie swoich rodzin i strach przed nowym napadem. Rano widziałem Magdalenę Koliszczak, była ciężko ranna w głowę, konała, ale pytała z nadzieją czy moje dziecko żyje? Niestety ! Jej syn Jaś już nie żył. Rozpoczęliśmy z mamą poszukiwania za naszą krową, ale ja zabrali banderowcy. Przez kilka dni byliśmy z mamą u Borkowskich, których dom ocalał. Sam gospodarz Józef zginął. Straciliśmy wszystko. Obawa przed kolejnym napadem skłoniła nas z mamą do opuszczenia rodzinnej wsi. Udaliśmy się do Buchacza, zabierając cały swój dobytek na plecach, trochę odzieży i ze dwa wiadra ziemniaków. W Buczaczu zajęliśmy stary zniszczony dom pożydowski i tam dotrwaliśmy do czerwca 1945 r. 10 czerwca 1945 r. transportem odjechaliśmy do Polski na Ziemie Odzyskane do Niemysłowic. Był to dla nas z mamą bardzo trudny i ciężki czas. Ja z moją rodziną uratowaliśmy się z tego pogromu. Kiedy zauważyliśmy, że banderowcy podpalają wszystkie budynki, wyszliśmy z kryjówki pod stodołą i ukryliśmy się w stosie belek drzewa przygotowanego na budowę domu. Belki były o różnej długości i między nimi było wolne miejsce. Wszyscy powłazili w te luki belkowe i to nas chroniło. Nie byliśmy widoczni a banderowcy nie przypuszczali, że tam tak blisko palących się budynków może się ktoś ukrywać. Pamiętam, że był wtedy silny mróz i dużo śniegu, który stajał od żaru ognia palących się budynków. Byliśmy wtedy z mamą, ja licząca 15 lat, średni brat, lat 10 i najmłodsza siostra lat 4.
Tej nocy wszystko się spaliło, budynki, konie, krowy, świnie i kury. Pozostaliśmy tylko z tym co mieliśmy na sobie. Po przeżyciu tej straszliwej nocy marzyłam tylko o jednym o bezpiecznym miejscu, gdzie można zachować życie. O świcie banderowcy odeszli, pozostawiając po sobie zgliszcza i trupy. My natomiast z innymi ocalałymi mieszkańcami skierowaliśmy się na drogę do Kopyczyniec. Po drodze przez wieś widziałam wiele trupów, m.in. Szczepana Gumiennego, Annę Dutkę, kilka osób z rodziny Mielników, Michałowi Grzecznemu oprawcy wycieli na piersi orła, musiał konać w męczarniach. Z mojej bliższej rodziny zginęli Antonina Puk, Eliasz Puk i ich troje dzieci. Spalili się żywcem w jamie wykopanej pod stodołą. Z opowiadań babci i dziadka, Anny i Tadeusza Świderskich wiem, że ich dom podpalił Michał Hawryluk ze wsi Oreszkowce, banderowiec, który rok wcześniej był ich bliskim sąsiadem i żyli bardzo zgodnie ze sobą.
Po dostaniu się do Kopyczyniec zamieszkaliśmy u życzliwych ludzi, którzy pomogli nam przetrwać trudny czas i jednym z pierwszych transportów odjechaliśmy na Zachód do Polski.
sobota, 18 grudnia 2021
Hallo...tu 60 -tka, a oni wciąż żyją !
... bo żyją wciąż w pamięci swoich wiernych fanów ,do których i ja się zaliczam.Magazynu ,,60 minut na godzinę'' zacząłem regularnie słuchać od roku 1977. Emitowany w Programie III Polskiego Radia w poniedzialkowe wieczory o 20-tej,a powtarzany w niedzielę o 10-tej , był jakby trochę z innego świata wśród medialnej szarzyzny lat 70-tych.Poziom satyry reprezentowany przez twórców audycji to kosmos w porównaniu to wypocin współczesnych,,kabareciarzy''.,,60 -tka'' była ze mną aż do wybuchu stanu wojennego 13-tego XII 1981.Moje wkurwienie na Jaruzelskiego było po części spowodowane odebraniem mi mojej ulubionej ,,60tki''Magazyn nigdy już nie wrócił na fale eteru.Na szczęście niektóre odcinki ocalały z pożogi historii oraz działalności niejakiego Andrzeja T. ,który zniszczył większość taśm z archiwum Trójki, będąc jej dyrektorem jeszcze w stanie wojennym.Moim Szanownym czytelnikom przypominam tutaj nieżyjących już niestety Twórców i Współtwórców mojej ukochanej audycji.Oto oni :Jan Kociniak Marian Kociniak.Jan Kobuszewski.Krzysztof Kowalewski.Tadeusz Ross.Jan Kaczmarek.Andrzej Zaorski.Powyższy text jest swojego rodzaju hołdem złożonym nieżyjącym już, twórcom genialnych audycji ,emitowanych na falach starej Trójki, tej sprzed 1990 r.
piątek, 3 grudnia 2021
Polaków nie lubić. Dokument ukraińskiej SBU.
ZADANIA SB UKRAINY – PRZECIWDZIAŁAĆ SYMPATIOM PRO-POLSKIM?
„ZWIĘKSZAĆ WPŁYW NA PROCESY SPOŁECZNO-POLITYCZNE W POLSCE”
Z ujawnionego w internecie ukraińskiego dokumentu SB Ukrainy może wynikać, że władze Ukrainy nie życzą sobie wzrostu nastrojów sympatii do Polski wśród ludności Wołynia.
Co nam to przypomina z historii porozumień polsko-ukraińskich: „nie doprowadzać do niepotrzebnego zbliżenia”; „zabrania się bratania z Polakami!”
http://suozun.org/.../n_porozumienie-oun-z-polskim.../
„W CELU DALSZEGO ZWIĘKSZANIA WPŁYWU NA PROCESY SPOŁECZNO-POLITYCZNE W POLSCE”
Czy to czasem nie jest wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państwa polskiego? Jeśli władze polskich miast zabraniają pomników ofiar ludobójstwa OUN-UPA – czy to także wpływy agentury SBU?
Takiego charakteru wydają się być zamiary aktywnego wprowadzania członków diaspory ukraińskiej do organów władz lokalnych i centralnych w Polsce „w celu dalszego zwiększania wpływu Ukrainy na procesy społeczno-polityczne w Polsce.”
Oto prawie cała treść dokumentu w tłumaczeniu na język polski, fragment nie został opublikowany, nie widać go na wideo https://www.youtube.com/watch?v=1UQ5lnHNsic
Ściśle Tajne,
Egzemplarz nr 1.
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy
(adres w Kijowie)
Data: 30.08.21 Nr 30/2/2 – 7535
Do rąk własnych
Naczelnika Zarządu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy
w obwodzie Wołyńskim
Łesenenko M. W.
prospekt Peremohy, miasto Łuck, 43000
Dotyczy przeciwdziałania służbom specjalnym Polski
Szanowny Mykoło Wołodymyrowyczu!
W celu przeciwdziałania wywiadowczo-dywersyjnej działalności służb specjalnych Rzeczypospolitej Polskiej oraz otrzymania na czas aktualnej informacji o charakterze uprzedzającym odnośnie zmian sytuacji operatywnej kanałami kontrwywiadowczego zabezpieczenia ekonomicznej i kredytowo-bankowych sfer, a także wymiany humanitarnej, jest konieczne:
1/ Nasilić operatywne śledzenie działalności Generalnego Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej w mieście Łucku, zorientować posiadane źródła operacyjne na dokumentowanie faktów wtrącania się w wewnętrzne prawy Ukrainy i sprzyjania rozpowszechnianiu nastrojów propolskich. We wskazanym celu aktywizować operacyjne rozpracowanie generalnego konsula S. Misiaka i jego najbliższego otoczenia.
2/ Zabezpieczyć stałą kontrolę operacyjną oraz otrzymywanie wyczerpujących informacji odnośnie faktów materialnej, finansowej pomocy dla ukraińskich ośrodków stowarzyszeń polskich lub organizacji ukraińskich, współdziałających
[…] [fragment nie opublikowany]
„Stowarzyszenie Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Fedyńskiej”, Organizacja Społeczna „Stowarzyszenie Kultury Polskiej im. Tadeusza Kościuszki”, Organizacja Społeczna „Stowarzyszenie Kultury Polskiej im. Michała Ogińskiego w Lubomlu”, Organizacja Społeczna „Stowarzyszenie Lekarzy Polskiego Pochodzenia”, Organizacja Społeczna „Wołyński Obwodowy Oddział Związku Nauczycieli Polonistów im. Gabrieli Zapolskiej, Organizacja Społeczna „Stowarzyszenie Sztuki Polskiej „Barwy Kresów”, które biorą udział we współpracy transgranicznej, przez co wprost lub pośrednio mogą wpływać na kształtowanie sympatii do strony polskiej. Stale realizować poszukiwanie i ustalanie organizacji, które wcześniej nie trafiały w pole widzenia Zarządu.
4/ Zabezpieczyć za pośrednictwem posiadanych możliwości operacyjnych monitoring działalności polskich wydań internetowych „Kresy24.pl”, „Monitor Wołyński”, „Polskie Radio”, „Kurier Galicyjski”.
W przypadku rezultatów w postaci ujawnienia publikacji deformujących w negatywnym kontekście sytuację społeczno-polityczną na Ukrainie, lub mogących ukształtować wśród ludności lojalny stosunek do nasilenia polityki obecności Polski w regionie, kierować do DKR SBU propozycje odnośnie lokalizacji negatywnych następstw.
5/ Rozpracować i przeprowadzić z uwzględnieniem posiadanych agenturalnych stanowisk wśród członków diaspory ukraińskiej w Polsce operacyjne oraz inne przedsięwzięcia, ukierunkowane na nie dopuszczenie do utraty tożsamości ukraińskiej i ostatecznej asymilacji obywateli Ukrainy, którzy wyjechali do Polski na pobyt stały, poprzez ich zaangażowanie do aktywnego udziału w działalności diaspory.
6/ Zabezpieczyć stałe gromadzenie aktualnej informacji odnośnie zmian sytuacji operacyjnej wokół diaspory ukraińskiej w Polsce za pośrednictwem posiadanych możliwości agenturalnych. Szczególną uwagę zwrócić na otrzymywanie informacji możliwych zagrożeń dla bezpieczeństwa Ukrainy ze strony Polski.
7/ Organizować otrzymywanie informacji odnośnie sytuacji kompromitujących z udziałem członków diaspory ukraińskiej, przedstawicieli struktur ochrony prawa i organów władz Polski w celu ujawnienia ewentualnego stworzenia stanowisk agenturalnych przez polskie służby specjalne.
8/ Ukierunkować nasze źródła operacyjne na otrzymywanie informacji o charakterze kompromitującym odnośnie przedstawicieli struktur ochrony prawa, narodowych służb specjalnych, organów władzy Polski w celu ustanowienia i rozwoju kontaktów operacyjnych w interesie przesuwania [awansowania, włączania] członków diaspory ukraińskiej do miejscowych [lokalnych] i centralnych organów władzy w celu dalszego zwiększania wpływu Ukrainy na procesy społeczno-polityczne w Polsce.
9/ Przeprowadzić dodatkową analizę rozmieszczenia aparatu agenturalnego, utworzyć źródła operacyjne na ewentualnych kierunkach wywiadowczych dążeń służb specjalnych Polski.
O rezultatach pracy informować DKR SBU co kwartał, do dnia 5 miesiąca następującego po okresie sprawozdawczym.
Z poważaniem,
Zastępca Szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy S. A. Andruszenko
Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=1UQ5lnHNsic
Jeśli ktoś dysponuje poszlakami lub dowodami, że opublikowany dokument jest sfałszowany, proszę o tym poinformować.
niedziela, 31 października 2021
wtorek, 12 października 2021
...idź przeciw lachom pijawkom...
Bardzo istotną rolę sprawczą w ludobójstwie dokonanym przez ukraińskich greckokatolików i prawosławnych na polskich rzymskokatolikach odegrał ukraiński kler greckokatolicki i prawosławny. Trudno to zrozumieć... Tym bardziej, że Cerkiew nigdy nie wyznała grzechu i nie poprosiła o przebaczenie, nie wspominając już o zadośćuczynieniu.
Dobitnie obrazuje to odezwa kapłana greckokatolickiego do narodu ukraińskiego, zamieszczona w "Zołocziwśkim Słowie" po przybyciu do Polski armii Hallera:
"Kto w Boga wierzy, kto ma choćby tyle sił, aby unieść rusznicę albo nóż, idź przeciw lachom pijawkom, a Bóg odpuści ci bracie twoje grzechy jakbyś odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej (...) Zabijajcie ich we śnie i na kwaterach i nie znajcie litości wobec nich (...) Uczcie nawet małe dzieci, że wojna przeciw lachom to święta wojna".
Katolicki Bóg Miłosierny jest dla nich Bogiem Mściwości i Nienawiści, każący Ukraińcom brać do ręki siekierę, kosę i nóż, by iść torturować i zabijać znienawidzonych Lachów, w tym katolickich księży i zakonników. Każący im mordować niewinne polskie kobiety i dzieci... Niech przemówią fakty :12 października 1943 r.:
we wsi Bybło pow. Rohatyn Ukraińcy uprowadzili i zamordowali po torturach w lesie 2 Polaków: proboszcza ks. Andrzeja Wierzbowskiego oraz nauczyciela Stanisława Wróbla;
we wsi Skoromochy Stare pow. Rohatyn sześcioosobowa ukraińska bojówka dokonała napadu na dom, w którym mieszkał ksiądz proboszcz Tadeusz Stroński, uczestnik obrony Lwowa w 1918-1919 roku. Ukraińscy rezuni zamordowali go po okrutnych torturach - odcięli mu głowę, a ciało poćwiartowali. Wśród morderców był syn miejscowego popa greckokatolickiego - Sławko Niernyj. Jego ociec, Wasyl Niernyj był inicjatorem mordów w okolicy. Jeden z morderców ubrany był w sutannę zamordowanego we wsi Bybło ks. Wierzbowskiego.
Pogrzeb proboszcza wsi Skoromochy Stare, księdza Strońskiego, z udziałem księdza abp. Eugeniusza Baziaka odbył się 17 października 1943 we Lwowie, zwłoki zostały złożone w grobie na cmentarzu Łyczakowskim.
Wcześniej doszło we wsi Hnilcze, gdzie urodził się i mieszkał Stanisław Srokowski , znakomity pisarz i działacz Kresowy do pierwszej zbrodni. Furmanką przyjechało czterech Ukraińców. Chcieli zabrać księdza. Jednak kapłan był w tym czasie nieobecny. Zamiast jego pojmano siostrzeńca księdza, Stasia Rybickiego. Pan Srokowski znał chłopca osobiście. Tak wspominał ostatnie pożegnanie kolegi:
"Chłopi, którzy zbierali tytoń, widzieli, jak w pewnym momencie zrzucono chłopca z wozu, przywiązano mu do szyi sznur, którego drugi koniec przywiązany został do pojazdu. Konie zaczęły pędzić. Wszyscy myśleli, że już wtedy zginął. Jednak tej samej nocy mieszkający w pobliżu wsi ludzie słyszeli straszliwy płacz i okropne jęki i szloch. Trwało to całą noc. Następnego dnia znaleziono chłopca. Leżał w stawie z przyczepionym kamieniem do szyi. Podczas rekonstrukcji wydarzeń ustalono, że chłopiec został przywiązany do dwóch dębczaków i znęcano się nad nim. Wydłubano mu oczy, wcześniej rozpalając pod nim ognisko. Rozgrzanymi prętami wypalano mu oczy. Następnie odcięli mu język i genitalia oraz bawili się nim całą noc, nakładając mu cierniową koronę na głowę. Ciało potem przywieziono do wsi. Widziałem je. To był straszny widok. Do dziś widzę leżącego na drzwiach Stasia bez oczu bez języka, z okaleczoną piersią i policzkami".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Za co nas zabijacie ...
Wola Ostrowiecka, Gmina Huszcza, Powiat Luboml ⬇️ "Popędzili nas w stronę kościoła. Kiedy doszliśmy, wypędzili z kościoła przeważnie ko...
-
W niedzielę, 7 maja 2017 roku, w Zespole Szkół w Kryłowie odbyła się premierowa promocja książki "Historia klasztoru OO Reformatów w ...
-
Podczas usuwania rozłożystego orzecha, w jego korzeniach została znaleziona tuba z dokumentami. W tubie znaleziono, dokumenty, paszporty i m...






































