czwartek, 16 marca 2023

Agitatorami byli ludzie z Małopolski Wschodniej.

Raporty Komendy Armii Krajowej Lwów „Rzezie Wołyńskie” koniec lipca/ początek sierpnia 1943 /fragmenty/ „Akcja mordowania Polaków zaczęła się na Wołyniu właściwie przed trzema miesiącami. Początkowo były to morderstwa indywidualne, głównie wśród nauczycielstwa, urzędników, byłych wojskowych, księży, organistów, byłych sekretarzy gnuśnych, ekonomów, zarządców majątków.
W powiecie chorochowskim Ukraińcy już w kwietniu otoczyli 17 polskich osad lub wsi, w których była przewaga Polaków, odcinając ludnośc od jakiegokolwiek kontaktu ze światem i przez kilka tygodni dokonywali tam niesamowitych okrucie ństw , plądrując wszystkie domy i rabując mienie. Prawie we wszystkich wypadkach napady organizowali sołtysi ukraińscy i ich sekretarze. Ostatnią akcję poprzedziły ukraińskie cwiczenia wojskowe w lasach zabłocickich (k. Zabłociec pow. Włodzimierski), lachowskich (k. Lachowa gm. Poryck, pow. Włodzimierski), w Marysinie (gm. Poryck), i w Zawidowie (gm. Poryck). Tam obradowały sztaby i tam zapadały decyzje. Na cztery dni przed akcją obejmującą wymienione wyżej miejscowości odbyły się w budynkach szkolnych specjalne wykłady, na których mówiono o konieczności wymordowania wszystkich Polaków na Wołyniu. Operowano przy tym hasłami: Wyrżnąc Lachów aż do 7 pokoleń, nie wyłączając tych, którzy nie mówią już po polsku. Agitatorami byli ludzie z Małopolski Wschodniej. Pierwszorzędną rolę propagandową pełnił kler ukraiński nawołując do mordowania Polaków: „Dośc już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego polskiego pionka z korzeniami”. Na dwa dni przed jednoczesnym zorganizowanym napadem na wszystkie wsie w zagrodach polskich podrzucono podpisane przez OUN ulotki w języku polskim i ukraińskim, nawołując do zjednoczenia się Polaków z Ukraińcami w obliczu wspólnego wroga, jakim są Niemcy i Moskale. W rozmowach z Polakami, którzy przeczuwali już niebezpieczeństwo, sąsiedzi Ukraińcy, uspokajali ich , aby niczego się nie obawiali, gdyż nikt im krzywdy nie zrobi. Często byli to kumowie, koledzy, ludzie mówiący sobie po imieniu. W wielu przypadkach grozili, że gdyby który Polak uciekł ze wsi , to gospodarstwo jego puszczą z dymem. Powtarzali: gdy Polak opuszcza ukraińską wieś - jest wrogiem Ukraińców. W ten sposób do ostatniego dnia zachowywali Ukraińcy pozory solidarności, aby uśpic czujnośc ludności polskiej, a gdy padło hasło pogromu, na domy polskie rzucili się najbliżsi Ukraińcy – sąsiedzi mordując Polaków, z którymi często żyli w najlepszej zgodzie i przyjaźni od dziesiątków lat. Ofiarą band padły przede wszystkim pierwsze kolonie polskie od Bugu, gdzie najpierw też padły hasła : Smert Lacham – Sława Ukrainie. Pierwsze szeregi band posiadały mundury sowieckie i niemieckie , zawsze jednak byli to miejscowi Ukraińcy i zawsze w napadach przewodzili umundurowania – milicjanci ukraińscy, którzy - jak wiadomo - z całego Wołynia zbiegli w lasy. Bandy uzbrojone były w lekkie sowieckie karabiny maszynowe typu fink, w 70- strzałowe karabiny maszynowe typu dechtarew, w sowieckie maximy, w karabiny ręczne, w 12-strzałowe browningi, mieli też stare nagany rosyjskie, oraz inne najrozmaitsze typy broni i granaty. Za uzbrojonymi szeregami bandy sunęła czerń miejscowych Ukraińców , mężczyzn i kobiet, których narzędzia zbrodni stanowiły: widły, kosy, motyki, piły, siekiery, młoty, noże i kije. W 40% banda była umundurowana, zdarzało się jednak, że w wielu wsiach pogromy przeprowadzała ludnośc nieuzbrojona i nieumundurowana pod kierownictwem 3-4 osobników umundurowanych i uzbrojonych. We wszystkich bez wyjątku wsiach, osadach, koloniach, akcję mordowania Polaków przeprowadzali Ukraińcy z potwornym okrucieństwem, Kobiety – nawet ciężarne - przybijali bagnetami do ziemi, dzieci rozrywali za nogi, inne nadziewali na widły i rzucali przez parkany, inteligentów wiązali kolczastym drutem i wrzucali do studzien, odrąbywali siekierami ręce, nogi, głowy, wycinali języki, obcinali uszy, nosy, wydłubywali oczy, wyrzynali przyrodzenia, rozpruwali brzuchy i wywlekali wnętrzności, młotkami rozbijali głowy , żywe dzieci wrzucali do płonących domów. Szał barbarii doszedł do tego stopnia, że żywych ludzi przerzynali piłami, kobietom obrzynali piersi, inne nadziewali na pale, lub uśmiercali kijami. Wielu ludzi skazywali na śmierc – z wyroku - odrąbując im ręce i nogi a dopiero potem głowę. Za uciekającymi przez pola organizowali nagonki, wyłapując lub zabijając na miejscu kogo dopadli. Do kryjówek podziemnych w zabudowaniach i do piwnic, gdzie zdołała się schronic większa ilośc ludzi, wrzucali granaty lub pęki zapalonej słomy. Z wielu miejscowości ucieczka była po prostu niemożliwa, gdyż we wsiach nadrzecznych pozrywali mosty, a na drogach wylotowych postawili posterunki. Wszystkie domy polskie ulegają spaleniu, z trupów ściągają ubranie i buty, całe mienie mordowanych – inwentarz żywy i martwy – rabują. „

wtorek, 14 marca 2023

...trudno zrozumieć, a jeszcze trudniej przeżyć...

Duża gmina wieś Jarosławicze, położona przy starym, bitym trakcie, łą­czącym miasto Łuck z Dubnem, 16 km od Łucka i 20 km od Dubna, należa­ła do pow. dubieńskiego. Była to wieś ukraińska z urzędem gminnym i sta­rą drewnianą bardzo ładną cerkiewką. Wśród Ukraińców mieszkało tu również z dziada pradziada kilka rodzin polskich. W Jarosławiczach był ongiś duży majątek ziemski rodziny Teleżyńskich. Właściciel majątku za udział w Powstaniu Styczniowym został ze­słany na Syberię, a majątek skonfiskowano. Car Aleksander II podarował go generałowi Kołmakowowi, który będąc bezdzietny, przekazał go następnie trzem swoim bratankom. Zarządzali oni nim częściowo aż do II wojny. Nie­wielką resztówkę w okresie międzywojennym odzyskała rodzina Teleżyńskich.
Opisuję to dlatego, gdyż z tym wiążą się losy starych rodzin polskich, które osiadły tu, przy majątku, z dawien dawna i przetrwały do dnia 22 maja 1943 roku. Duża część Polaków została zrusyfikowana, o czym świadczyły ich na­zwiska: Cichoccy, Żerdziccy, Wiktorowicze i wiele innych. Po I Wojnie Światowej duża część majątku została rozszabrowana, część ziemi rozkupili miejscowi chłopi, powiększając w ten sposób swe gospodarstwa. Na obrze­żach wsi powstały trzy nieduże kolonie osadników wojskowych, którym na­dano ziemię za ich udział w wyzwalaniu tych terenów Polski, Były to: kol. Rudecka (5 gospodarstw), kol. Trzy Kopce (5 gospodarstw), kol. Czekno (8 gospodarstw). W obrębie Jarosławicz była też kol. Wygoda zamieszkała przez 5 rodzin polskich, osiadłych tu pod koniec dziewiętnastego wieku. Z Jarosławiczami sąsiadowała też kol. niemiecka Rudecka oraz duża wieś czeska Krupa Granica i czeska wieś Malowana oraz Czekno i Podliśce. Społeczność polską w Jarosławiczach stanowili też urzędnicy gminni, nauczyciele i policjanci, mieszkający tu wraz z rodzinami. Jak już zaznaczy­łem, w Jarosławiczach była cerkiew, kościół zaś parafialny katolicki mieścił się w odległych o 4 km Jałowiczach. Parafia Jałowicze była bardzo rozległa, kościółek wraz z zabudowaniami podklasztomymi Dominikanów był nieduży i dość ubogi, usytuowany na wysokiej skarpie i opasany z jednej strony rzeczką z drugiej zaś rozległymi łąkami. Tu, w tym kościółku, zostałem ochrzczony w dniu 26 grudnia 1921 roku, tu też, jak sięgam pamięcią koncentrowało się życie katolickie i narodowe ludności polskiej, zamieszkałej w obrębie tej parafii. To była ostoja naszej wiary, naszych tradycji i naszej jedności narodowej, szczególnie w okresie okupacji, najpierw sowieckiej, a później niemieckiej. Ostatnim proboszczem parafii Jałowicze był staruszek ksiądz Szuman, nadzwyczajny kapłan z powołania, wspaniały orędownik wiary i wielki patrio­ta. Swoimi pięknymi kazaniami, swoją wyjątkową serdecznością podtrzymywał wszystkich wiernych na duchu i dodawał nam i otuchy, i mocy do walki o polskość tej ziemi. Pamiętam jak w dniu wybuchu wojny, 1 września 1939 roku, w kościele zgromadziła się tak liczna rzesza wiernych, że ludzie nie mogli się zmieścić w środku małej naszej świątyni i zapełnili obszerny dziedziniec, a modły płynęły do Boga, przeplatane rzewnym płaczem. Tak też było w następne niedziele września, października, listopada i grudnia 1939 roku, bo na tereny nasze napłynęły całe rzesze uchodźców z Polski zachodniej i centralnej, chroniących się przed barbarzyńskim niemieckim najeźdźcą. Szczególnie utkwiła mi w pamięci pierwsza niedziela po wkro­czeniu jeszcze gorszych najeźdźców, a mianowicie wojsk sowieckich. Zgromadzeni bardzo licznie wokół ołtarza wierni płakali głośno wraz z księ­dzem Szumanem, odprawiającym Mszę Świętą. Przeczuwaliśmy wszyscy wówczas, jak się później okazało proroczo, naszą wielką gehennę, która się rozpoczynała w tym czasie. Przeczucia nasze dały o sobie znać bardzo szybko, gdy całą administrację opanowało wszechwładne NKWD. Wywózki na Sybir Najpierw zaczęły się pojedyncze szykany, aresztowania i zaginięcia ludzi bez wieści, szczególnie Polaków. Bardzo dużą pomoc i wielką gorliwość w różnego rodzaju denuncjacjach okazywali tym panom z NKWD Żydzi. W Jarosławiczach główny nacisk szedł w kierunku walki z tak zwanymi ku­łakami. Najpierw okładano ich wielkimi podatkami, dostawami obowiązko­wymi, a kiedy nie mieli już z czego dawać i czym płacić, zamykano w wię­zieniu jako kontrrewolucjonistów i ślad po nich ginął. Gospodarstwa zabie­rano do kołchozu, a rodziny wywożono w głąb nieludzkiej ziemi. Ofiarami tego systemu padli jako pierwsi p. Biernacki i p. Grabowski. Najbardziej tragicznym wydarzeniem w tym czasie była masowa depor­tacja wszystkich osadników wojskowych, gajowych i leśniczych w dniu 10 lutego 1940 roku. Była to perfidna i okrutna sowiecka metoda zagłady ludzi niewinnych, bez żadnego wyroku, jedynie dlatego, że byli Polakami. Noc 10 lutego była bardzo mroźna (-30°); o północy do każdego gospodarstwa osadnika podjeżdżały sanie z dwoma enkawudzistami na koniach, jak dzikie wilki. W sposób bardzo brutalny budzili ze snu wszystkich domowników i dawali im pół godziny czasu na ubranie się i załadowanie do sań. Ponie­waż był to pierwszy tego rodzaju wypadek, ludzie byli zaskoczeni, tracili z rozpaczy głowy, bardzo często matki nie zdążyły ubrać dzieci i w bieliźnie, wraz z pierzynami, ładowały płaczące niemowlęta do sań. Nawet ci Ukraiń­cy, którzy jako furmani wzięci zostali na podwody i oglądali ten horror na własne oczy, opowiadali później o tym ze zgrozą. Dla przykładu przytoczę tu szczególnie barbarzyńskie traktowanie deportowanych. W kolonii osadniczej Rudecka miał gospodarstwo p. Dobrostański, który odziedziczył je po swoim starszym bracie oficerze legionowym. Dobrostań­ski był starym kawalerem, a w prowadzeniu 25 hektarowego gospodarstwa pomagał mu jego przyjaciel Gucio, który z osadą poza tym nie miał nic wspólnego. W roku 1938 zamieszkali też u Dobrostańskiego jego rodzice – ojciec leśniczy z zawodu i matka profesorka gimnazjum, oboje na emerytu­rze, w podeszłym wieku. Kiedy podjechali do nich 10 lutego, zabrali wszyst­kich. Oboje staruszków nie dojechało na Syberię, zmarli w drodze. W dro­dze też zmarło kilkoro dzieci, które nie dojechały nawet do stacji załadun­kowej Jeziorany, położonej na linii Dubno – Zdołbunów. Dalszą tragedię tych Judzi trudno sobie wyobrazić, a cóż dopiero przeżyć. W następnej wywózce, w kwietniu 1940 roku, z Jarosławtcz deportowa­no do Kazachstanu trzy osoby : żonę komendanta policji p. Faradową z siedmioletnią córeczką i jednego Ukraińca. Było to dla wszystkich miesz­kańców dużym zaskoczeniem, ponieważ uchodził on za aktywnego działa­cza komunistycznego. Dnia 1-go maja 1941 roku dokonano też w Jarosławieżach zamachu na dyrektora szkoły Rosjanina Alimuczkina. Z zamachu tego wyszedł on cało, ale w październiku, już za Niemców, zastrzelili go ukraińscy nacjonaliści i wrzucili do studni w jednej z zagród po osadniku w kolonii Rudecka. Żona jego schroniła się z dwojgiem małych dzieci w Łucku. Zbrodnie band UPA Tak rozpoczęła się okupacja niemiecka, a z nią coraz częstsze morders­twa band ukraińskich na Polakach. Tragiczne wieści docierały do nas bez przerwy, wzbudzając strach i grozę. Kilkakrotnie w okresie jesieni 1941 roku oraz w styczniu i lutym 1942 r. dobijano się do naszego domostwa, ale my udawaliśmy, że nas nie ma w mieszkaniu. Po ostatnim dość długim sztur­mie, w noc popielcową, postanowiliśmy, że nie możemy nadal nocować w domu. Mama z młodszym rodzeństwem w wielkiej tajemnicy chodziła na noc do sąsiada przez miedzę, Rosjanina p. Kunca, my zaś, to jest ojciec, ja i młodszy brat urządziliśmy sobie kryjówkę nad stajnią z której tunelem w stogu słomy, a dalej podziemnym wykopem mogliśmy wyjść do ogrodu i w pole. Tunel ten W dniu 12 maja 1942 roku uratował nas od śmierci, bo przed północą zajechały na nasze podwórko duże furmanki, wyładowane bandziorami. Otoczyli szybko dom i zaczęli gwałtownie dobijać się do środ­ka. Ojciec jeszcze nie spał, więc obudził nas szybko i przez otwór w dachu naszej Kryjówki oglądaliśmy jeszcze przez chwilę jak rąbali drzwi do domu i wybijali okno. Wśród napastników poznaliśmy syna sąsiada, Władka Śarakina, z którym mój starszy brat Zygmunt chodził do szkoły. Stosunki na­sze ze wszystkimi mieszkańcami wsi były bardzo dobre, a z najbliższym są­siadem Sarakinem wręcz przyjacielskie. Sarakm stale zapewniał mego ojca „Józiu, bądź spokojny o siebie i swoją rodzinę, wam włos z głowy nie spad­nie”. A tak niewiele brakowało, żeby syn jego Władek odrąbał nam głowy. Cudem udało się nam ujść z życiem. Tak jak staliśmy, uciekliśmy z piękne­go gospodarstwa, które było dorobkiem kilku pokoleń. Najpierw schroniiiśmy się w odległej o 18 km wsi Dorohostaje Czeskie, a następnie w dniu 23 maja w miasteczku Młynów. W dniu tym bowiem przyjechał do nas znajomy Czech ze wsi Krupa Granica, przysłany przez mego stryja Jankowskiego Mikołaja z tragiczną wieścią Ze w Jarosławiczach Ukraińcy dokonali straszliwej rzezi. Dnia 22 maja, w biały dzień, z samego rana, grupa uzbrojonych bandziorów spod znaku UPA rozpoczęła okrutną krwawą rozprawę z Polakami zamieszkałymi w Jarosławiczach. Rozpoczęli od gospodarstwa mego stryja Jankowskiego Mikołaja, który mieszkał na końcu wsi, przy drodze prowadzącej do Czekna. Przyjechało ich około dziesięciu na dwóch furmankach, wjechali na podwórko, wpadli do mieszkania i zaczęli okrutnie bić domowników. W domu była stryjenka, cór­ka Zosia lat 20 i syn Antoni lat 18. Stryja nie było w tym czasie w obejściu, bo był akurat u sąsiada Ukraińca, z którym żył w wielkiej zgodzie. W pew­nym momencie stryj usłyszał okropny krzyk i zobaczył jak z domu wybiega stryjenka, a za nią pada strzał, następnie wybiegli Zosia i Tosiek, którzy również zostali zastrzeleni. Stryj w szoku zwrócił się do tego sąsiada z zapy­taniem, co to się dzieje, a on chwycił go za rękę i zaczął krzyczeć „chłopci siuda”, na szczęście nie usłyszeli. Stryj się wyrwał z rąk „dobrego sąsiada” i co sił w nogach uciekł w pole i schronił się w pobliskim lesie. Kiedy trochę ochłonął, lasami i polami przeszedł do odległej o 5 km wsi czeskiej Krupa Granica. Tam przenocował, a następnego dnia przysłał do nas znajomego Czecha, żeby nas zawiadomił o tym, co się stało i że banda wie, gdzie my jesteśmy, i że nas tam wykończą. Sam zaś schronił się w Łucku. Ciała pomordowanych stryjenki, Zosi i Tośka upowskie zbiry wrzucili do studni. Po krwawym rozprawieniu się z rodziną stryja bandyci pojechali do po­łożonej bliżej wsi zagrody Żukowskiego Feliksa. Okrążyli dom, wpadli do mieszkania, gdzie zastali Feliksa, jego żonę i córkę Anię lat 16. Żukowski, potężny mężczyzna, stanął w obronie żony i córki, bronił się dzielnie, lecz nie mógł sprostać okrutnym bandytom. Wszyscy troje zostali zarąbani sie­kierą a ciała ich wywleczono z domu i wrzucono na furmankę. Ten okropny widok oglądał ze stodoły ich syn Staszek lat 19, po czym uciekł w pole i po­leciał w szalonym obłąkaniu polnymi drogami 4 km do szosy Łuck-Dubno. Tam wzięli go do samochodu żołnierze niemieccy i zawieźli do Dubna, gdzie mieszkał brat ojca Bolesław, który był podoficerem zawodowym w 43 pp. Banda z trzema okrutnie porąbanymi ciałami Żukowskich podjechała do leżącego już w środku wsi gospodarstwa Kwiatkowskich. Rodzina Kwiat­kowskich składała się z dwojga staruszków, syna Józefa (inwalidy) i córki z mężem i czteroletnią córeczką. Szybko okrążyli całe obejście, wywlekli wszystkich na podwórko, powijali im ręce do tyłu i władowali na furmanki. Kulawego Józia przywierali sznurem do wozu i pojechali polną drogą poza wsią prowadzącą do traktu, wiodącego z Jarosławicz do Targowicy. Józek w strasznych męczarniach biegł dopóki mógł za wozem, w końcu padł i tak go wlekli drogą dalej, aż do lasu położonego na końcu wsi, w pobliżu traktu targowickiego. Tu na skraju lasu przygotowany był dół i miejsce kaźni. Szybko rozprawili się z przywiezioną rodziną Kwiatkowskich, rąbiąc ich sie­kierami i wrzucając do wykopanego dołu. Następnie przyjechali do do położonego w centrum wsi młyna wodnego, który dzierżawiła rodzina Jachemków, składająca się z pięciu osób. Kiedy podjechali pod mały domek, stojący w pobliżu młyna nad rzeczką zastali w nim tylko Stasię Jachemkową lat 18, śliczną miłą dziewczynę. Jak dzikie bestie rzucili się na nią i zaczęli ją po kolei gwałcić. Na koniec, na wpół ży­wą wywlekli na podwórko, przywiązali sznurem za nogi do belki i głową w dół zanurzyli do wody w studni. Później powrócili do młyna, w którym mełł chłopom zboże starszy brat Stasi, Stefan lat 21. W młynie też przebywał w tym czasie kolega Stefana Kazik Żukowski i kilku starszych Ukraińców. Bandyci rzucili się na Stefana i Kazika, wywijała się walka, bo byli to chłopcy bardzo silni, lecz nie zdołali się obronić przed rozwścieczoną i żąd­ną krwi zgrają. Na wpół żywych skrępowali sznurami i usiłowali żywcem wkręcić w tryby młyńskiego koła, lecz to im się nie udało, więc dobili ich siekierą. Załadowali ich ciała na furmankę, wyciągnęli ze studni zwłoki Stasi, też wrzucili na wóz i odjechali. Po drodze w pobliżu cerkwi mieszkało dwoje staruszków o nazwisku Suk. Załadowali ich na furmankę i pojechali na miejsce kaźni. Po zamordowaniu staruszków i wrzuceniu wszystkich ciał do dołu, pojechali za rzekę do gospodarstwa Przewłockich.
Tu zastali całą rodzinę w komplecie, a mianowicie p. Przewłocką sta­ruszkę lat 70, jej córkę Jadzię lat 30 oraz syna z żoną i córką Lucią lat 18. Był tam również p. Dobrowolski, który mieszkał z żoną i dwojgiem dzieci w pobliżu. Dobrowolski był przez kilka lat urzędnikiem w gminie Jarosławicze. Wszystkim sześciu osobom skrępowali ręce do tyłu i powieźli do lasu na miejsce zbrodni. Kiedy tam zajechali, zaczęli potworną orgię z Jadzią i Lucią gwałcąc je zbiorowo na oczach wszystkich. Ten moment rozpasania banderowców wykorzystał p. Dobrowolski, skoczył niepostrzeżenie pomię­dzy drzewa i co sił w nogach zaczął uciekać w stronę domu odległego o 2 km od tego miejsca. Kiedy wbiegł na polną drogę, spotkał na niej staruszka Ukraińca, który ze łzami w oczach rozwiązał mu ręce i przeżegnawszy go powiedział „uciekaj bracie jak najdalej, gdzie oczy poniosą bo tu dzieją się rzeczy bardzo straszne’. Dobrowolski co sił w nogach dobiegł do domu, zła­pał żonę i dzieci, zawiadomił jeszcze mieszkającą tam również p. Kamińską z dwojgiem dzieci i tak jak stali, cała siódemka, pobiegli polami, miedzami do odległej o 3 km szosy Dubieńskiej. Tam wzięli ich Niemcy na samochód i zawieźli p. Kamińską z dziećmi do Młynowa, a Dobrowolskich do Dubna. Dobrowolscy zgłosili się zaraz całą rodziną na wyjazd do Niemiec. Gdy za kilka dni pojechałem do Młynowa, żeby się spotkać z Dobrowolskim, już ich w Dubnie nie było. O tej okropnej przygodzie opowiadała mi szczegółowo p. Kamińska. Ze zbrodni w dniu 22 maja wyszła też z życiem p. Jachemkowa z dwoj­giem małych dzieci, ponieważ w tym dniu od rana była w czeskiej wsi Krupa Granica. Tam doszła do niej wiadomość o okrutnym morderstwie córki Stasi i syna Stefana oraz innych Polaków ze wsi. Do Jarosławicz już nie wróciła, a Czesi odwieźli ją do Łucka. Jachemkowa z córką wyjechała po wojnie do Detroit, a syn mieszka w Olsztynie. Tak więc dzień 22 maja 1943 roku zapisał się w dziejach rodzin polskich w Jarosławiczach bardzo tragicznie i okrutnie. Zginęło łącznie z rodziny Jankowskich 3 osoby, Żukowskich 6 osób, Kwiatkowskich 6 osób, Jachemków 2 osoby, Suk 2 osoby, Przewłockich 5 osób. Dwadzieścia cztery osoby zamordowano w okrutny sposób, w biały dzień, w imię walki UPA o „samostijną Ukrainę”. Do opisania tego ludobójstwa przystępowałem dużo razy, ale uwierzcie mi, nie mogłem. Było to ponad moje siły. Teraz, kiedy już jestem w pode­szłym wieku, postanowiłem, że muszę zostawić jakiś ślad z tamtych krwa­wych dni jakie miały miejsce w mojej rodzinnej wsi. Ten koszmar, mimo że upłynęło od tego czasu ponad pół wieku, męczy mnie stale we snach. Od­pycham od siebie, jak mogę, myśli o tej wielkiej tragedii, ale one wracają coraz natarczywiej, tak mocno utkwiły mi w pamięci. Współczuję bardzo wszystkim Wołyniakom, którzy musieli i muszą dalej żyć z tak potwornym obciążeniem. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie, bo to naprawdę trudno zrozumieć, a jeszcze trudniej przeżyć.

czwartek, 2 marca 2023

Tragedia Huty Pieniackiej-zeznania członka UPA.

Wyciąg ze sprawy agenturalnej NKGB USRS nr 40 "Zwiery", w której członek bandy UPA Dowhań Justyn s. Wasyla zeznał: "Nie pamiętam dokładnie daty, lecz dobrze wiem, że pod koniec lutego 1944 roku, wczesnym rankiem, do mojego mieszkania wpadł Melnyk Iwan s. Zachara i kazał mi szybko stawić się przed chałupą Jakimowa Jakiwa, gdzie otrzymam broń. Przy tym powiadomił mnie on, że zaraz cała banda UPA wspólnie z [bandą z] Wołynia i niemieckimi wojskami «SS-Galizien» ruszy na wieś Huta Pieniacka. Stawiłem się w wymienionym wyżej miejscu, gdzie Jakimow Jakiw wydał mi karabin rosyjskiego typu i do niego 15 sztuk ostrych naboi. Melnyk Iwan, Jakimow Jakiw i dowódca wołyńskiej bandy UPA oznajmili wszystkim uczestnikom, że zaraz ruszymy na wieś Huta Pieniacka, żeby rozprawić się z mieszkańcami, ponieważ pomagają oni czerwonej partyzantce. Po otrzymaniu tych krótkich informacji i zakończeniu przygotowań, ruszyły na podwodach niemieckie wojska «SS-Galizien» w l[iczbie] 200 ludzi. Na ich czele pojechali saniami starosta Sieluprawy Kawecz Josyp s. Maksyma z dowódcą – Niemcem w stopniu kapitana. Drugimi sańmi, również na przedzie, pojechali Żarkowśkyj Wasyl s. Iwana i Żarkowśkyj Stepan. Za Niemcami, mniej więcej 15–20 minut później, ruszyła na Hutę Pieniacką również nasza banda wspólnie z wołyńską bandą UPA. Jak tylko zaczęliśmy podchodzić do wymienionej wyżej wsi, Niemcy otworzyli ogień z dwóch armat i karabinów maszynowych, otaczając jednocześnie wieś ze wszystkich stron. Członkowie bandy UPA, którzy wówczas nadeszli, na rozkaz Melnyka Iwana s. Zachara i Żarkowśkiego Petra oraz dowódcy wołyńskiej bandy, również okrążyli wieś i robili to samo, co Niemcy, tzn. podpalali domy i inne zabudowania, a mieszkańców eskortowali do kościoła. Tych, którzy próbowali ukryć się, rozstrzeliwali na miejscu oraz otwierali silny ogień karabinowy do uciekających. Po tym, jak pierścień okrążenia, w którym była wieś, zacisnął się i akcja zbliżała się do końca, ludzie z kościoła zostali przeprowadzeni do szop i domów. Następnie zamykano je i podpalano. Mieszkańców wsi Huta Pieniacka zapędzono do 4 lub 5 szop, w których znalazło się, ogólnie biorąc, około 700–750 ludzi]. Wszyscy zostali spaleni. Pogrom wymienionej wsi trwał od 8 godziny rano do 2–3 po południu. Następnie niemieckie wojska zabrały przede wszystkim całe bydło – krowy, konie, owce, świnie oraz zboże, a członkowie bandy UPA wzięli odzież, drób oraz inne rzeczy, po czym razem z niemieckimi wojskami wrócili do wsi Żarków, gdzie Niemcy sprzedali mieszkańcom za wódkę część bydła, głównie krowy".Pierwszy pomnik ku pamięci pomordowanych Polaków stanął jeszcze w czasach ZSRR w 45. rocznicę wydarzeń. Pomnik zniszczyli Ukraińcy po uzyskaniu niepodległości. W 1989 r. osoby, które przeżyły zbrodnię i ich rodziny za zebrane pieniądze ufundowały drewniany krzyż. Obecnie istniejący pomnik wzniesiono w 2005 r. dzięki staraniom Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Strona ukraińska przez dwa lata blokowała umieszczenie daty zbrodni na monumencie. W nocy z 8 na 9 stycznia 2017 pomnik został zniszczony. Krzyż rozbito, jedną ze stel z nazwiskami ofiar pomalowano w barwy Ukrainy, drugą - w barwy UPA, namalowano na niej litery „SS”. Pomnik zniszczono prawdopodobnie przy użyciu ładunku wybuchowego. Przed obchodami rocznicy zbrodni (26 lutego 2017) pomnik został odbudowany. W marcu 2017 roku na odnowionym krzyżu namalowano swastykę i tryzub, a na tablicach antypolskie napisy.

wtorek, 21 lutego 2023

... bo miłość nie umiera...

Miłość, kolejny miesiąc bez Ciebie... Nie pytaj mnie, jak przetrwałem cały ten czas bez Twojego spojrzenia, ciepła Twoich uścisków, radości Twojego śmiechu... Nie wiem... Trzymam się najlepiej, jak potrafię... Ale wiedz, że moja miłość i uczucie do Ciebie nie obawiają się upływu czasu i pozostają niezmienione. W wieczności mojego serca nadal zachowuję wszystko, co najlepsze w naszym życiu: miłość,tęsknotę, uczucia, doświadczenia, wspomnienia... W ten sposób będę żyć dalej, nieważne czy to tylko będą wspomnienia, ale jedno po drugim, dzień po dniu, wyobrażam sobie jak idziesz obok mnie... Jesteś w moim sercu i Cię Kocham! "

,,wbijacie nam nóż w plecy'' -wywiad z upiorem

Gazeta Wyborcza"(27 - 28 sierpnia 2016 r.) przeprowadziła wywiad z banderowcem, Jurijem Szuchewyczem, synem zbrodniarza ukraińsko - hitlerowskiego, mordercy Polaków i Żydów, Romanem Szuchewyczem (Tarasem Czuprynką).Oto ów wywiad:JURIJ SZUCHEWYCZ:
"...Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcja dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią...To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować kto jest naszym bohaterem i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie... ...Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą odrzucając Banderę. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) była jedynym, prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i...UCHWAŁA POLSKIEGO PARLAMENTU W SPRAWIE LUDOBÓJSTWA NA WOŁYNIU To z gruntu, od pierwszego, do ostatniego zdania, zakłamany, szowinistyczny tekst. Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko - ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi, albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo "Ukrainiec" było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie "Rusin"? Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla "chama" Ukraińca, czy określenie "bydło". którym nazywano ukraiński lud tkwią w pamięci każdej wołyńskiej, czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej, polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam. Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941roku. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 roku i oczyścić z Ukraińców ziemie, aż po Zbrucz. A wasza akcje "Burza". O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców. ..Określenie "ludobójstwo" to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością... ...Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej - podejmującego samorzutnie akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum... ...I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi? To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tys. ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a tera 100 tys. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji do jednego worka z podpisem "rzeź wołyńska". Wszystko jedno, czy zginęli z reki Niemców, Sowietów, zwykłych band, albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojna wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie. To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundamenty pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność. To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienie go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną, niewolniczą masą, której będzie można narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze i Lwów nasz.. ...Jeszcze nie wszystkie ziemie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy...rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyzna, Zasanie i Łemkowszczyzna. Już sam termin "ziemie etniczne" jest niedopuszczalny. Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto. Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu Pan wybaczy, skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza. Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmieniając. Oni nie pilnowali gett żydowskich, ani obozów jenieckich... ...A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście juz w 1939 roku, kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem i mimo, że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu, ta współpraca była kontynuowana przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja "Wisła". Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa, albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach, tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali nóż w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą "ofiary rzezi wołyńskiej"?... ...Dobrze by było żeby Polacy przestali Ukraińcom pisać historię i pozwolili nam samym ją napisać...Ta padlina Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego. Jako syn zabitego w 1950 roku przez NKWD komendanta UPA Romana Szuchewycza, został aresztowany przez Sowietów jako 15 - letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 roku, w przeddzień odzyskania przez Ukrainę niepodległości. Po zwycięstwie Majdanu w 2014 roku zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos był wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem. W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubiejowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Olehowi Musijowi autorowi projektu odwetowej uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie...".Jurij Szuchewycz wypowiadał się przeciwko naszemu krajowi. W styczniu 2011 r., podczas wiecu we Lwowie apelował o włączenie granice Ukrainy terytoriów Polski, na których zamieszkują Ukraińcy: „Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny i Podlasia”. W październiku 2016 r., w ukraińskim programie telewizyjnym „Ostatnia barykada” stwierdził, że do 1939 r. Polska okupowała zachodnią Ukrainę. – Dla mnie nie miało znaczenia, czy to był wróg ze wschodu, czy z zachodu. Myślę, że Rosja była dla nas tak samo wroga jak i Polska, nienawidzę Moskali ale jeszcze bardziej nienawidzę Polski i Polaków – powiedział Jurij Szuchewycz. Oskarżył dodatkowo Polskę o roszczenia terytorialne wobec Ukrainy: „Polacy już kiedyś powiedzieli, że nie ma Polski bez Lwowa i Wilna. I oni o tym nie zapominają. Czasem mówią o tym głośno, czasem tylko szeptem, ale mówią. Cały czas myślą o tym (żeby zabrać Lwów i Wilno – red.). Tacy to nasi adwokaci”. Szuchewycz stwierdził też, w odniesieniu do Polski, że „miłe słowa” nie oznaczają szczerze przyjaznego stosunku sąsiada, bo „Polacy nie zapomną o Galicji i Ukrainie Zachodniej”. Wydaje się, że syn człowieka, który zaaprobował rzeź wołyńską i bezpośrednio odpowiadał za zbrodnię na Polakach galicyjskich, nie powinien być traktowany w ukraińskich mediach jako autorytet (a już na pewno nie jako autorytet „moralny”) od komentowania polskiej polityki zagranicznej. Szczególnie, że akurat jeśli chodzi o roszczenia terytorialne, to częściej formułowane są przez ukraińskich nacjonalistów wobec Polski (lider Prawego Sektora dwukrotnie publicznie wyrażał sentyment do Zakerzonia), niż odwrotnie. Na szczęście ów ,,ałtorytet'' od niedawna gryzie ziemię.

poniedziałek, 6 lutego 2023

,,D. Dmytreczko "

Dymitro Wasylowycz Korinieć ,,Borysten " (?-1944)- dowódca samodzielnej Grupy Bojowej ,,rajdującej" na Wołyniu -głównie jego północnej części . Ma na sumieniu wielu zamordowanych Polaków . Osobiście kazał wyrżnąć i spalić dziesiątki polskich wsi. Dowodził jedną z grup , które przeprowadziły akcję mającą na celu likwidację Huty Stepańskiej . Ukrywał się pod ps ,,Borysten"" którym podpisywał rozkazy . Używał też innych pseudonimów m. in ,,D. Dmytreczko " , ,,Gryć " ,,Sztaer" .Doskonale ukrywał swoją tożsamość , badacze dopiero niedawno odkryli kim był ,,Borysten " Odziały ,,Borystena" uczestniczyły w ,,czystce etnicznej "czyli mordowaniu polskich wsi .
Świadczy o tym m. in zachowany i opublikowany rozkaz ,,Borystena" nr.24 z 2 września 1943 r. ,,Nakazuję dla likwidacji ostatnich w tym rejonie polskich wsi i osiedli marsz ,,Jarka" i ,,Topoli" pod dowództwem komendanta ,,Łajdaki" ze wsi Łuki na chutor Łukę i Stepanohorod , Hutę i Dubrowe. Łukiem okrążyć las i zlikwidować napotkanego wroga. Oddział komendanta ,,Wrona " ma zlikwidować polskie osiedla : Górne, Ostry Róg, Zgoszcz"-Tamże . Po tych wsiach nie został nawet ślad ,nikt nie przeżył żeby dać świadectwo . Oczywiście cytowany rozkaz pokazuje tylko niewielką część działalności ,,Borystena" -w Wyrce , Perespie , Hałach , Turze zamordowali ponad 300 osób ,w Omelance zarżnęli ponad 50 osób . W . Siemaszko i E. Siemaszko na postawie relacji świadków tak to opisują ( jest to opis mordu w Wyrce i tego co zastali następnego dnia powracający ludzie) ,,We wsi leżeli z odrąbanymi głowami ,wyłupionymi oczami , które penetrowały mrówki ,przybici do ziemi (także dzieci ) kołkami przez brzuch . Jeszcze żywi błagali ,żeby ich dobić ,zanim nadejdą Ukraińcy i będą dalej się znęcać . Tę prośbę spełnił jeden z członków samoobrony strzelając " ,,Borysten " nakazywał swoim ludziom dokonywania marszy przez ukraińskie wsie ,aby pozyskiwać tamtejszą ludność , demonstrując że są takimi samymi Ukraińcami jak i oni a nie ,,siepaczami" jak przedstawiają ich bolszewicy . Jednocześnie przeprowadzał we wsiach zebrania i rozdawał literaturę UPA. ,,Borysten był sadystą i zwyrodnialcem ,nawet funkcjonowanie swojej grupy opierał na strachu ,nikt nie czuł a nawet nie mógł się czuć bezpiecznie . On sam został ranny w starciu z Armią Czerwoną i zdechł po kilku dniach w lipcu 44 , w pobliżu wsi Kazimierzówka .

Lea -fragmenty prozy St. Srokowskiego z tomu,,Nienawiść''.

Tę historię opowiadał dziadek Ignacy ściszonym głosem, raz po raz zerkając na matkę, a gdy widział, że jej puste oczy ginęły w odmętach świata, przerywał opowiadanie i wzdychał. Był pewien, że śpię na zapiecku, bo noc zapuściła już głęboko czarne korzenie w ziemi i lampa migotała, jakby chciała już zgasnąć. Popatrywał w moim kierunku, natężał wzrok, by mnie dojrzeć, a ponieważ byłem ukryty za kocem i grubym pledem matki, w żaden sposób nie mógł mnie wypatrzyć. Ja go widziałem doskonale. Był jak wielki kopiec, górował nad przedmiotami, ale tym razem wydał mi się wyjątkowo przygarbiony i smutny, a jego prawa łopatka przechylała się ku podłodze, jakby w opowiadaniu niezbędna była jakaś asymetria, nieregularność, dekon- , strukcja ciała. Im głębiej wchodził w historię, tym bardziej się przechylał. Matka słuchała go bez tchu, jakby się zablokowała w środku, a jej płuca zawisły na drucie i suszyły się w gorącym powietrzu lata. Ojciec zaś krył się za ostatecznym i nieodgadnionym milczeniem, nie wzdychając ani nie wpuszczając na czaty ulubionych słów: „Boże, Boże”, które by go ostrzegły przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Wyglądał jak przydrożna figura - pochylona, ze zwisającymi ramionami i zastygła na wieki. - No to słuchajcie - odwołał się dziadek do ich ukrytej jeszcze jakiejś ostatecznej cząstki życia - słuchajcie 59 - zachęcał, jakby wierząc, że w takiej konsystencji zdolni są jeszcze do wydobycia z siebie mocy sprawczej. Wprawdzie nawet nie drgnęli, ale dziadek, usatysfakcjonowany, że ogłosił alarm, ciągnął swoją opowieść: - No to jak już ich stryj Bartek ukrył w specjalnej komórce, z wyjściem do szafy, i dorobił sztuczną ścianę, to wydawało się, że w spokoju doczekają wiosny. Piękna Lea, jak ją nazywali we wsi, i jej dwoje dzieci, starszy syn, już kawaler, Emanuel, i pięcioletnia córeczka Stella, byli bezpieczni i tylko diabeł mógł ich tam wypatrzyć. A jak już wam mówiłem, młodszego syna, Moszka, i starego Arona siekierami poćwiartowali. Dziadek urwał i spojrzał na matkę. I zobaczył jej puste, nieobecne oczy, więc chrząknął, jakby dając znak, że ciągle tutaj jest i kontynuuje opowieść, po czym spojrzał na swoje ciężkie ręce i ciągnął: - Stryjek, jak wiecie, mieszka pod lasem, tak samo jak ja, prawie w samym lesie. Rzadko kto tam przychodzi. Dobre miejsce na kryjówkę. Dokoła tylko sarny latają, czasami jakiś dzik się przytrafi albo jeleń zaglądnie, ale tak na co dzień to człowieka tam nie uświadczysz. Kiedyś stryjek był gajowym, a potem leśniczym i nieraz do niego ludzie z lasu i z innych wsi zaglądali; pogadać przyszli, popytać, jak się żyje, nieraz butelkę przynieśli i popili sobie, by o ciężkim życiu zapomnieć, ale zwykle tak na co dzień to stryj nikogo nie widział. A od kiedy nad okolicą czort zaczął krążyć i do chat zaglądać, już stryja ludzie całkiem omijali. Bo bali się, że to miejsce niebezpieczne, a że mieszka na skraju świata, to i sam Lucyfer może do niego wpaść, by w karty pograć, a może i kręgosłup przetrącić. Ale dzięki Bogu jakoś nikt nie wpadał i stryj kręgosłup ciągle miał mocny. Jakby świat zapomniał o stryju. I to mu było na rękę. Nikt nawet podejrzewać nie mógł, że ukrywa Żydów. Samotnik, odludek, tylko pszczołami się zajmuje, dużą pasiekę ma i nosa z chaty nie wychyla. A prawdę 60 mówiąc, to nieraz gęsiej skórki dostawał, jak patrzył w ciemny las i słyszał dalekie strzały i jakieś nawoływania. Stawał na ganku i nasłuchiwał. I już wiedział, że jakieś duchy po lasach się skradają. I że coraz rzadziej zaglądają tu ludzie ze wsi, by grzybów nazbierać. Owszem, to tu, to tam słyszało się, że coś złego się szykuje. Ale jemu nikt żadnej szkody nie robił. Bo stryj był zgodnym człowiekiem. Żył w dobrej komitywie i z Ukraińcami, i z Żydami, i z kolonią rumuńską za rzeką, i z przysiółkiem ormiańskim; nikt nigdy nie miał do niego żadnej pretensji. Porządny był z niego człowiek i zawsze ludziom pomagał. Jak trzeba było, to słoik miodu przyniósł i grosza nie wziął. Albo do miasta za darmo zawiózł, do lekarza, do sędziego, albo na szkołę dał więcej niż inni. Dom Ludowy we wsi zbudował. Świetlicę zmajstrował tak piękną, że cała okolica zazdrościła, bo cieślą był dobrym. Słowem, nikt nie mógł się do niego z byle powodu przyczepić. Toteż siedział w tej chacie jak u Pana Boga za piecem. Ale sami wiecie, że jak nadeszły ciężkie czasy, to ludzie różnie sobie myśleli. Jednym wydawało się, że lepiej w środku wsi mieszkać, bo razem pewniej i bezpieczniej, innym odwrotnie, że jak najdalej od wsi, bo tam nikt nie zaglądnie, choć jeszcze inni opowiadali, że wprost przeciwnie, najpierw tam zajrzą, a dopiero potem do wsi. Tak czy inaczej, stryj nie ruszał się spod lasu. Ukrył piękną Leę i jej dwoje dzieci, karmił ich, w nocy pozwalał wyjść z kryjówki, by mogli kości rozprostować, a potem znowu zamykał za nimi szafę. Stryjenka Kasia, jak wiecie, to kobieta święta i na wszystko się zgadzała. Lei na noc mleko gotowała, jajko podała, nieraz kawałek mięsa, które wolno im było jeść, bo Żyd nie każde mięso je, tak że nie mogli narzekać na głód, choć wiecie, że Żydzi w lesie, w bunkrach, z głodu umierali. I tak to trwało do wiosny czterdziestego trzeciego roku. Któregoś wieczora - dziadek urwał na chwilę, głośno wciągnął powietrze 61 - słyszy stryj pukanie do drzwi. Rad nie rad idzie i otwiera. W drzwiach stają dwaj nieznani mężczyźni w skórzanych kurtkach i pytają, czy mogą wejść. Stryj pyta, o co chodzi, a oni, że idą z daleka i przyszli się ogrzać, bo choć wiosna się zbliża, wciąż jest zimno. Stryj bez słowa wpuszcza ich do izby i gdy już są w chacie, każe stryjence Kasi gorącego mleka podać, ale oni nie chcą mleka, proszą o herbatę z lipy. Stryjenka podaje. Piją w milczeniu, a stryj im się przygląda i chce ich sobie przypomnieć, ale jakoś nie może. Wysila pamięć, ale na darmo, nie poznaje ich, choć zna ludzi z całej okolicy. „Wy skąd?” - w końcu pyta, a oni elegancko, po polsku, że spod Halicza, i że idą znajomych odwiedzić, ale trochę zbłądzili, bo ścieżki kręte, a las ciemny, i tak trafili do jego domu. Stryjek dziwi się, że aż spod Halicza, bo to kawał drogi i cały dzień trzeba iść, by tutaj trafić, a oni nawet nie są zmęczeni, ale nic nie mówi, tylko patrzy na nich i w środku czuje jakieś znaki, że powinien być ostrożny i nie gadać za dużo. Toteż milczy. A oni są bardzo mili, grzeczni, uśmiechają się, o zdrowie pytają i mówią, że podoba się im tutaj, że niby na osobności i w ciszy, i spokój wielki panuje. I pytają, czy daleko do wsi, i czy odwiedza ktoś stryja ze wsi, a stryj kiwa głową i mówi, że nie, bo czasy są niespokojne. Oni się zgadzają, że czasy niespokojne i dopytują, kto we wsi mieszka, więc stryj tłumaczy, że Polacy, Ukraińcy i na kolonii Niemcy, dalej Rumuni i przysiółek ormiański. „A Żydzi?” - pyta jeden. Stryjek czuje, że za tym pytaniem kryje się jakaś zagadka i odpowiada, że owszem, Żydzi byli, ale od roku już ich nie ma, że zostali zabrani do getta albo gdzieś wyjechali. Aha, aha, tamci kiwają głowami, ale dalej pytają, czy nie kryją się Żydzi gdzieś w lesie, bo zimno i pewnie potrzebują pomocy. Stryjek odpowiada, że nic nie wie o Żydach, którzy by się mieli kryć. Wtedy oni się 62 nachylają do stryja i cicho mówią, że Żydom trzeba by pomóc i jakby wiedział, gdzie się kryją, może im śmiało powiedzieć, bo oni są z takiej organizacji, która pomaga Żydom. Stryjenka nie odzywała się, a stryj pomyślał, że to dziwne, że jego o takie rzeczy pytają. Mężczyźni lustrują ściany i pytają, czy to duży dom i czy ma więcej izb. Stryj odpowiada, że ma dwie izby, no to oni, że chcieliby przenocować, bo już późno, a jutro pójdą dalej. Stryj czuje, jak zaczyna mu walić serce. Wie, że piękna Lea słyszy ich rozmowę, bo ściany są cienkie, i boi się, by któreś dziecko nie kaszlnęło. Ale na szczęście nikt nie kaszle. Panuje idealna cisza, jakby poza nimi nikt inny tutaj nie mieszkał. Stryjenka idzie do drugiej izby i ściele im łóżko, ale w środku drży, a oni powtarzają, że bardzo im się tu podoba i dziękują za gościnę. Jeszcze raz cicho powtarzają, że przyjechali spod Halicza, by wywieźć stąd Żydów do bezpiecznych miejsc, i że mają im w tym pomóc znajomi spod Horożanki, a on, stryjek, jakby coś wiedział o ukrywających się Żydach, to niech sobie przypomni i rano im powie. Bardzo grzecznie życzyli stryjkowi i stryjence dobrej nocy i poszli spać. Stryj i stryjenka całą noc nie spali, cichutko sobie szeptali, co to za ludzie, czego naprawdę chcą i co mają zrobić, powiedzieć im o Lei czy też nie. W końcu postanowili, że nie zdradzą się, tylko przerażała ich myśl, że malutka Stella zacznie w nocy pojękiwać, kaszleć albo będzie miała złe sny i obcy od razu odkryją, że ukrywają się tutaj Żydzi i choć wyglądają na porządnych ludzi, nie wiadomo, kim są naprawdę. Bardzo ciężko przeżył stryjek tę noc, a rano był wymięty, z workami pod oczami, ciężki i ospały. Stryjenka patrzyła pod nogi i milczała. O świcie tamci się obudzili, wypili po szklance herbaty i zjedli po pajdzie chleba z masłem i serem, i na pożegnanie jeszcze raz spytali, czy nie ma w okolicy Żydów. A gdy usłyszeli, że stryj nic o tym nie wie, jakoś 63 dziwnie na niego popatrzyli, potem przesunęli wzrok na szafę, spojrzeli po sobie i wyszli, dziękując za gościnę. Stryj dopiero teraz poczuł, jak się poci. Postanowił, że piękną Leę i jej dzieci przeniesie na strych albo do stodoły. Będzie tam wprawdzie chłodniej, ale za to więcej miejsca. W stodole jest też taki sąsiek, który obije deskami i zawali słomą, że nikt się nie zorientuje, że ktoś coś tutaj przerabiał. Następnego dnia wyprowadził Leę i dzieci do stodoły. Przez kilka dni nic się nie działo, choć jemu się zdawało, że jakieś cienie przemykają pod ścianami, kiedy patrzył przez okno, albo w nocy jakiś pies wył w pobliżu. Zanim stryjenka poszła karmić Leę, stryjek wcześniej obchodził cały dom, by sprawdzić, czy nikt się w pobliżu nie kręci. Pewnego razu, gdy siedzieli przy stole, stryjenka spytała: - A może trzeba było im powiedzieć, że ukrywamy Żydów. Uratowaliby ich, a tak nie wiemy, jak długo będziemy mogli ich ukrywać i jak sobie dalej poradzi Lea. - A skąd miałbym niby wiedzieć, że oni uratują Leę? Wszelakiego tałatajstwa namnożyło się teraz po uszy. I nie wiadomo, komu wierzyć - odparł stryjek i zamilkł. - Albo ja wiem, kim oni są naprawdę? - dodał po chwili. - Mówili po polsku - niepewnie wtrąciła stryjenka. - Dzisiaj dużo ludzi mówi i po polsku, i po rusku - zakończył stryjek i oparł się o stół. Przez dłuższy czas się nie odzywali. Zdawało im się, że ktoś się skrada przez podwórko. Nadstawili uszy. Po chwili rozległo się głośne walenie w drzwi, ale zanim stryjek wstał, drzwi wraz futryną runęły. W drzwiach stało tych samych dwóch młodych ludzi w skórzanych kurtkach, którzy spędzili u stryja noc, a za nimi kilku tłustych byczków z grubymi karkami i złowrogo świecącymi oczami, z siekierami i widłami w rękach. 64 - Dzień dobry - z jadowitą uprzejmością ukłonił się jeden z tych w skórach. Stryjek osłupiał, stryjenka trzęsła się jak galareta. - No, panie Wilczyński - śpiewnie, wesoło powiedział drugi w skórze. - Przepraszamy, że drzwi same wypadły, ale macie jakieś słabe zawiasy - ironizował. I wskazał trzem zbirom z twarzami upiorów szafę, jakby od dawna wiedział, gdzie jest skrytka. Na dodatek znał nazwisko stryja. Tamci runęli na szafę. Gdy ją wywalili na ziemię, otworzyło się wejście do pustej klatki. - A to co? - zgryźliwie spytał niższy. - Trzecia izba? A pan mówił, panie Wilczyński - ciągnął jadowicie - że macie tylko dwie, nieprawdaż? Stryjenka tak dygotała, że tamci to zauważyli. - A ty czoho? - natarł na nią grubym głosem jeden z ciemnych typów. Stryjenka cofnęła się i oparła o piec. - Spokojnie, Petro, spokojnie - powstrzymał go wyższy. - To pani i po pańsku z nią pogadamy. - Zbliżył się do stryjenki, szczerząc zęby, a potem podszedł do stryja i zaśmiał się. - Nieprawdaż, panie Wilczyński, że z wami, Polaczkami, po pańsku trzeba? - szydził. Stryj milczał z zatrzaśniętą twarzą. - Coś pan nierozmowny. - Tamten chodził wokół stołu. A drugi, niższy, przyglądał się klatce, w której jeszcze kilka dni temu kryła się Lea z dziećmi. Stryjek dziękował w duchu Bogu, że ją stamtąd wyprowadził. Niższy sarkastycznie się zaśmiał. - Och, jak sprytnie. Niby szafa, a kryjówka. Nachylił się nad stryjem i złowrogo sycząc, spytał: - No, gdzie te Żydki? - Jakie Żydki? - stryj na to. - Widzicie, że nikogo nie ma. A kiedyś tu był pokój dziecka, ale jak syn wyrósł, to zakryliśmy, bo i po co nam puste pomieszczenie - tłumaczył. 65 - Aha! Pokój dziecka? Jak ładnie! - ironizował wyższy. - Tak, tam się dziecko bawiło - potwierdził stryj. - No i gdzie teraz to dziecko? - spytał niższy. Obaj krążyli wokół stryja, przystawali i znowu chodzili. - W Stanisławowie, na służbie - odparł stryjek. - Aha, na służbie u innego jaśniepaństwa - szydził wyższy. - Dość tego! - ryknął nagle niższy. - Gdzie Żydki, których ukrywaliście za szafą? - Stefan - jęknął bolesnym, omdlewającym głosem wyższy. - Nie krzycz na panów, z nimi trzeba jak z jajkiem, po dobremu, łagodnie. Tamten ruszył żuchwą i nie odzywał się przez chwilę. Wyższy zwrócił się do stryja: - No to jak, panie Wilczyński, powie nam pan po dobremu, czy kolega ma się panem zająć? - Wskazał niższego, tęgiego. - Ale co mam powiedzieć? - No, gdzie Żydki teraz siedzą? Stryj milczał. - Aha, nie chce pan zdradzić - melancholijnie powiedział wyższy i mrugnął do niższego. - Przyłóżcie chłopcy do szyi pani siekierę, może panu Wilczyńskiemu się przypomni, co zrobił z Żydkami. Żarośnięty drab podszedł do stryjenki i przyłożył jej do szyi siekierę. Stryjenka była jak cień - cienka, płaska i zielona na twarzy. Stryj skamieniał, słowa nie mógł wypowiedzieć. - Znaczy, że pan Wilczyński chce, by z panią Wilczyńską pobawić się trochę po pańsku! - Wyższy zaśmiał się zjadliwie. - Zaczniemy od dłoni - nakazał zbirom. Tamci chwycili stryjenkę za ramiona i przygnietli do stołu, a ręce ułożyli na blacie, podtrzymując z obu stron. Ledwie stryjek odwrócił głowę, jeden ze zbirów uniósł siekierę i błyskawicznie ciął - dłoń odskoczyła, jakby była żywa, na bok i stoczyła się na podłogę. 66 Stryj krzyknął: - Nie! Powiem! Nie nie róbcie! - Aha - niższy zaśmiał się wesoło - pomaga. Stryjenka wyła z bólu. Krew trysnęła na twarze morderców; klnąc, rękawami wycierali czoła. - Uciekli, uciekli - chrypiał stryj. - Żydzi uciekli do lasu! - wołał, trzęsąc się i patrząc, jak stryjenka wciąż leży przygnieciona do stołu i łka, a zbiry trzymają ją za ramiona i nie puszczają. Nie mógł się ruszyć, jakaś potężna siła trzymała go przygwożdżonego do podłogi. Stał oparty o ścianę i czuł w sobie wyjące wilki. - Ach tak - słodko zapiał wyższy. - Żydki uciekły... - Zaśmiał się groźnym, podłym śmiechem. Krew z ręki płynęła ciemną strugą na podłogę, zrobiła się już kałuża, a stryjenka łkała coraz ciszej i ciszej. I wtedy wyższy mrugnął, a zbir błyskawicznie siekierą ciął drugą dłoń, która odskoczyła tak samo jak pierwsza. Robili to perfekcyjnie, spokojnie, jakby instruktażu udzielali. Stryj ryknął: - Nie! Poszli do... - jęknął i urwał, widząc, że stryjenka osuwa się na podłogę, cicha i żółta. Szarpnął się, ale go przygnietli. Wielka kałuża krwi rozpływała się rowkami podłogi coraz szerzej. - Poszli do... - Niższy wydął wargi i spojrzał z kwaśnym uśmiechem na stryja. Stryj zwiesił głowę. - Trzymaj go - mruknął wyższy do kamrata. - A wy do stodoły! - polecił pozostałym zbirom. Nie zabili stryja od razu. Chcieli, by widział, co będą robić. Trzech mężczyzn z dzikimi twarzami sunęło ku stodole. Za nimi wolno szedł ten wyższy - elegancki, biały i czysty, w skórze, i rozglądał się dokoła, lustrując dom. Tamci chwycili widły i zaczęli je wbijać w słomę. Walili 67 z taką mocą, że zdawało się, że przebiją sąsiek na wskroś. A gdy już doszli do kryjówki, zatrzymali się na moment, a ten wyższy w skórze burknął: - Podpalić. Wygonimy ich jak szczury. I wycofali się. Po chwili buchnął ogień, wszyscy już byli na dworze, czekali na wprost otwartych drzwi. Płomienie ogarnęły już pół stodoły, gdy nagle wypadły z ciemnego dymu trzy płonące jak żagwie postacie, rzuciły się na ziemię i zaczęły się po niej tarzać. Jęczały i machały ramionami, waląc nimi o murawę. A gdy już udało się im ugasić płomienie, wolno unosiły do góry głowy. - Brać ich - rozkazał wyższy i trzech zbirów rzuciło się na leżących. Po chwili byli w chacie, gdzie leżała bez ruchu stryjenka. Stryj siedział na ławie pod wymierzonym prosto w głowę rewolwerem. Krew już nie wyciekała z ran stryjenki, która leżała cicha, z rozłożonymi ramionami, jakby kogoś obejmowała. -1 co, panie Wilczyński, nie ukrywa pan Żydków? - zjadliwie odezwał się wyższy w kurtce. - Zaraz pan zobaczy, co my robimy z Żydkami. - Wbił ironiczne spojrzenie w stryja. I zwrócił się do Lei: - Ładnie to tak się przed nami ukrywać? Piękna Lea ze spalonymi włosami, poparzona, wyglądała jak widmo, które wyłoniło się z ciemności. Nie mniej strasznie wyglądali Emanuel i Stella, w której czarnej twarzy świeciły tylko zielone oczy. Byli przerażeni, skurczeni; cichutko pojękiwali, szukając schronienia u matki. -1 z toboju, dytynko, pobawytysia potribno. Żydki duże ljubliat zabawu. - Marszczył się i ironizował, unosząc brew. - Pocznemo wid nioho - pokazał chłopca. Lea chwyciła Emanuela za szyję i nie puszczała go. Stella przywarła do ciała matki i płakała. Lea ogarnęła ramieniem oboje i mocno ściskała. 68 Typ z tępą twarzą pochylił się nad nią i wyrwał z jej ramion Emanuela. - Jazyk! - rozkazał niższy. Dwa draby trzymały chłopca, a trzeci wyjął długi, ostry nóż i najpierw dźgnął go w język, potem ciął i język wyleciał z ust. Stryj chwycił się za głowę. Lea trzymała w objęciach Stellę, która wbiła się głową w jej pierś i nie widziała, co się stało z bratem. Chłopiec zawył z bólu i szarpnął się, ale tamci trzymali go mocno za kark i ramiona. Lea rzuciła się do syna, ale chwycili ją za ręce i przyłożyli nóż do gardła. Chłopiec wił się, jęczał, aż w końcu cicho zaczął szlochać, szukając oczami matki. - Teper wucha - rozkazał niższy. I błyskawicznie odcięli mu uszy. - A teper oczi - padł kolejny rozkaz. I błyskawicznie oślepili chłopca. Najwyższy spojrzał na stryja, który miał zamknięte oczy, i ryknął: - Patrzeć! Stryj rozwarł oczy. Był śmiertelnie blady. Drżały mu wargi. - Z wami też się tak rozprawimy - powiedział niższy. Podszedł do Lei i stanął nad nią. Chwilę odczekał, aż kobieta ochłonie, a potem kazał poderżnąć Emanuelowi gardło. Chłopiec padł martwy. Następnie położyli na podłodze Leę, a Stelli kazali patrzeć na to, co będą robić z jej matką. Przywiązali nogi dziewczynki do grubej ławy, omotali sznurami, by nie mogła się oderwać i choć łkała i wyciągała do matki skrępowane ręce, wzięli się za Leę, jakby nikogo w pobliżu nie było. Stryj zaciskał zęby i kulił się pod wymierzoną w niego lufą. Odsłonili Lei osmalone ciało i po kolei trzech drabów gwałciło ją, sapiąc i stękając, a potem złazili z niej, wycierali tłuste gęby i zapinali bez pośpiechu rozporki. A dwaj w skórzanych kurtkach zimnym wzrokiem obserwowali scenę, kiwając z uznaniem głowami. 69 Lea pojękiwała, z jej oczu wypływały duże, szkliste łzy i skapywały na podłogę. Malutka Stella chlipała, piskliwym, dziecięcym głosikiem wołając: - Marne, marne, ich hob mojre, ich hob mojre! I naraz złapała ją czkawka, która nie spodobała się jednemu ze zbirów, więc podszedł do dziewczynki i kopnął ją w brzuch; zamilkła na chwilę, wijąc się w bólu, a potem ryknęła głośnym, skowyczącym płaczem. - Stefan, ne spiszy - powiedział ten wyższy. Spojrzał na stryja i jadowicie spytał: - Prawda, panie Wilczyński, że takie rzeczy trzeba spokojnie, po pańsku robić? Zarechotał, pokazując białe jak śnieg zęby. Niższy kazał podnieść Leę i obnażoną położyć na stole, by lepiej widziała ją Stella. Jeden z drabów stanął przy dziewczynce i pilnował, by patrzyła na matkę. Dwaj pozostali poczęli znęcać się nad Leą, podsuwali jej nóż pod gardło i zarykiwali się, potem przykładali ostry koniec noża do oka i kazali jej błagać o życie, a ona mamrotała żydowskie niezrozumiałe słowa, wyciągając do córki ręce. Jeden z nich wyjął z kieszeni długi ostry gwóźdź i siekierą wbił go w jej wyciągniętą do Stelli dłoń. Dziecko zatkało jeszcze głośniej: - Marne, mamę, ich hob mojre, ich hob mojre. Dławiło się w skowycie. Głowa Lei opadła na stół, a oprawca wbił w jej drugą dłoń wielki gwóźdź. Lea podskoczyła z bólu, wyciągnęła szyję do córki i zaskomliła jak pies: - Stella, Stella, córuś, córuś - ale jej głos zamieniał się w bełkot i kwilenie, a ten tłusty z grubym karkiem szarpnął ją za resztki niedopalonych włosów i uniósł do góry głowę, podsuwając pod gardło ostrze noża. Ale wyższy mężczyzna w skórze uniósł palec i burknął: - Ne spiszy, Mykoła, szcze podywymosia. I znowu spojrzał na stryja, który był siny i wydawało się, że się dusi. 70 Drab odsunął nóż, ale wciąż trzymał Leę za włosy. Wówczas wysoki w skórze burknął: - Hrudy nożom! A tamten parsknął podłym, obrzydliwym śmiechem, chwycił włochatą łapą za odsłoniętą pierś Lei, dźgnął ją nożem, szarpnął ramieniem i pierś odpadła na stół. Dziecko kwiliło jak szczenię. Dwa zbiry szczerzyły zęby. Ten drugi w skórzanej kurtce podszedł do Lei i powiedział: - Nu szczoż, dytynko, wtikaty treba. - Skinął głową do owłosionych drabów, a tamci wzięli piłę i przybitą do stołu Leę zaczęli piłować na pół. Stryj zaczął wymiotować. Wysoki w skórze syknął: - Polskyj pan, a swynia! I kazał stryjowi uciąć głowę. Jeden cios siekierą i głowa stryja odskoczyła od korpusu i potoczyła się po podłodze, zatrzymując się u nóg stryjenki. Lea uniosła się na moment, w konwulsyjnym ruchu skurczyła nogi i gwałtownie je wyprostowała. I wtedy podbiegł ten trzeci, który pilnował Stelli, chwycił ją za łydki i przytrzymał. Małej Stelli głowa opadła na pierś, jakby nie mogła udźwignąć tych obrazów, które widziała. Po chwili już było po wszystkim. Rozcięta na dwie części Lea leżała wśród odoru rozprutych kiszek, ale oprawcom to nie przeszkadzało. Dziecko już tylko cichutko pochlipywało. Wyższy w skórze sarkastycznie się zaśmiał i powiedział, żeby małej dać coś zjeść, bo pewnie jest głodna. Tamci ryknęli gburowatym śmiechem. Musieli wiedzieć, o co mu chodzi, bo typ ze szramą na czole, który dotychczas nie odezwał się ani razu, wziął z podłogi odciętą pierś i podał ją Stelli ze słowami: - Ty hołodne, dytiatko, treba tobi jisty daty. Stella zamknęła oczy, ale drab wepchnął w jej oczodół dwa palce i ryknął: - Bery! 71 I wcisnął w rękę dziecka pierś matki. Pozostali w milczeniu patrzyli, jak dziecko z opuszczoną głową, bezradne, trzyma w ręku krwawiący strzęp. - Dytynko, treba tobi jisty! - łagodnie, dobrotliwie powiedział ten wyższy w skórze. - Jedz! - ponaglił po polsku drugi. Stella uniosła wzrok i patrzyła na nich z otwartymi ustami, niemo, jakby ich nie widziała. - No jedz - powtórzył ten niższy. Stella podniosła z martwym wyrazem twarzy pierś matki do ust. Typy ryknęły śmiechem. - Harna diwczyna, harna - pochwalili. Znalezionym ręcznikiem wytarli zakrwawione ręce i spojrzeli na tych w skórze. - Jdemu - powiedział wyższy i kiedy zdawało się, że już opuszczą dom, jeden z drabów podszedł do Stelli i jednym zamachem siekiery odrąbał jej głowę. Potem podpalili dom i odeszli. A gdy już się skryli w lesie, z ciemnego dymu wylazła na kolanach cała we krwi stryjenka Kasia. Dziadek Ignacy nagle umilkł. Zapadła ciężka, grobowa cisza. Zdawało się, że wraz z tą opowieścią dziadka było coraz mniej, jakby go ubywało, jakby się zmniejszał, malał, a gdy skończył opowiadanie, musiałem się porządnie podnieść, by zobaczyć jego malutką, skurczoną i bardzo przechyloną na prawo sylwetkę. Tak strasznie się przegiął, że niemal dotykał podłogi. I ciągle malał. I ciągle go ubywało. A ojciec i matka nie odezwali się słowem. Ja też byłem coraz mniejszy i mniejszy, aż otoczył mnie biały pył i zniknąłem ze świata. Wasylko Okalaniuk rzucił niedopałek pod n

Ongiś... O Pani Władzi słów kilka. / tekst własny/

Była w Kryłowie ongiś biblioteka . Znajdowała się w budynku byłego urzędu Gromadzkiej Rady Narodowej , bo tak kiedyś nazywała się gmina. W l...