sobota, 24 czerwca 2017

...bo wolność krzyżami się mierzy...

Jest w Osuchach  na Roztoczu  malowniczy cmentarzyk. Spoczywa na nim   kilkuset partyzantów   AK i BCh   poległych w bitwie pod Osuchami  w końcu czerwca 1944 roku. Leżą   w  cieniu  pięknych roztoczańskich  świerków chłopscy synowie  broniący Ziemi Zamojskiej. Zginęło ich wielu ,  polegli  w bagnach i  ostępach  Puszczy Solskiej . Stawili czoła  przeważającym siłom wroga   w beznadziejnej walce   .Walczyli tam też partyzanci z Kryłowa i okolic  -żołnierze   Batalionu BCh  ''Rysia''  Stanisława Basaja. Oddali  życie za  wolną i niepodległą Polskę  . Wieczna  Chwała   Chłopskim Bohaterom.


piątek, 23 czerwca 2017

Pierwszy gwóźdź do trumny-wydarzenia czerwcowe 1976.

24 czerwca 1976 roku premier rządu PRL Piotr Jaroszewicz (zdjęcie) ogłosił w transmitowanym przez radio i telewizję przemówieniu podwyżkę cen detalicznych, która miała wejść w życie cztery dni później. Mięso i jego przetwory miały zdrożeć o 69 proc., drób o 30 proc., masło i nabiał o 50 proc., a cukier nawet o 100 proc. Rząd, chcąc nieco załagodzić trudną sytuację socjalną pracowników planował zremompensować skutki podwyżki przez wypłatę rekompensat, ale na zasadach raczej daleko odbiegających od sprawiedliwości. Ludzie zarabiający najmniej (poniżej 1300 ówczesnych zł miesięcznie) mieli otrzymywać miesięcznie tytułem rekompensaty po 240 zł, zaś zarabiający najlepiej (powyżej 8000 zł) - nawet 600 zł.
Ogłoszenie podwyżki cen wywołało już następnego dnia falę ogólnopolskich protestów i strajków w zakładach pracy znaną jako Czerwiec 76.  Doszło też do  rozruchów  i demonstracji  w  Radomiu i Ursusie.  W konsekwencji   tych wydarzeń władza wycofała  się z podwyżek  cen  , a premier Piotr Jaroszewicz ustapił ze stanowiska , zastąpił go Edward Babiuch. W późniejszych miesiącach  uczestnicy strajków i protestów byli represjonowani  co doprowadziło do powstania  KSS KOR i   Wolnych Związków  Zawodowych.
 

czwartek, 22 czerwca 2017

Bogdan Łyszkiewicz-polski Lennon.

23 czerwca 2000 roku w wypadku samochodowym życie stracił Bogdan Łyszkiewicz - gitarzysta, klarnecista, kompozytor i autor tekstów, lider zespołu Chłopcy z Placu Broni [Foto]. Do tragicznego wypadku doszło w miejscowości Rybitwy (powiat płoński), skręcając w lewo, wymusił pierwszeństwo i zderzył się z innym autem.
Kilka godzin później zmarł w szpitalu. Bogdan Łyszkiewicz był zaliczany do legend polskiej muzyki lat 80. Inspirowała go twórczość The Beatles. Ze względu na sposób czesania włosów i styl ubierania określany był polskim Johnem Lennonem.
Spoczął na Cmentarzu Batowickim w Krakowie.
 

Polityczny infantylizm i twarde lądowanie.

Nie da się ukryć, była to manifestacja. Po zniesieniu obowiązku wizowego przez Unię Europejską, prezydent Petro Poroszenko wszedł do Europy przez drzwi ustawione na granicy ze… Słowacją. Ta okolicznościowa feta symbolizowała - jak podkreślił - „ostateczne opuszczenie przez nasz kraj imperium rosyjskiego i powrót do rodziny narodów europejskich”. Wybór Słowacji na ten uroczysty akt nie był przypadkowy. 
Mówiąc bez ogródek, był to zamierzony policzek dla Polski, samozwańczego „adwokata” Ukrainy w jej drodze do Europy.
W polsko-ukraińskich relacjach dzieje się źle. Dobrze nie działo się nigdy, także po przełomowych wydarzeniach na Majdanie, kijowskim Placu Niepodległości. Były gesty, były słowa, było rzekome zapoczątkowanie nowego rozdziału, zapewnienia o partnerstwie i przyjaźni, słowem: był blichtr i w gruncie rzeczy kicz pojednania. Bo, pozorom wbrew, Polska i Ukraina różniły się diametralnie już w punkcie wyjściowym.
W naszej polityce przeważała opcja bezkrytycznego wstawiennictwa w dążeniach niepodległościowych Ukraińców, z naiwną podszewką, że sami dokonają rozrachunku z własną przeszłością, że może kiedyś nasi przywódcy, niczym kanclerz Niemiec Helmut Kohl i prezydent Francji François Mitterrand nad grobami poległych w bitwie pod Verdun, podadzą sobie ręce na Wołyniu. Tymczasem w wewnętrznej polityce Ukrainy rozpoczął się proces poszukiwania własnej tożsamości, scalania narodu, rozbudzania patriotyzmu, którego bohaterami stali się przywódcy zbrodniczych formacji UON-UPA. To nie mogło się udać. Tym bardziej, że po naszej stronie istniał i wciąż istnieje podział na „ukrainofilów” i „ukrainofobów”, czyli tych, którzy przymykali oko na tragiczną przeszłość w imię wyższych, politycznych „racji”, oraz tych rozpamiętujących rzeź wołyńską i inne, rozliczne krzywdy.
To, co się dzieje w relacjach polsko-ukraińskich, jest dla Polaków lekcją realizmu. Gorzką i nieco brutalną, niemniej jednak potrzebną,
. To prawda. W polskiej polityce wobec Ukrainy zwyciężał pierwiastek emocjonalny, wykładnia, jak to ujął w swym wystąpieniu podczas tzw. pomarańczowej rewolucji prezydent Aleksander Kwaśniewski, że „Rosja bez Ukrainy jest lepszym rozwiązaniem niż Rosja z Ukrainą”. Nasze naiwne misjonarstwo pozostawało w ostrej sprzeczności do gloryfikowanej na Ukrainie, „bohaterskiej” formacji UON-UPA, jako fundamentu i spoiwa w kształtowaniu poczucia patriotyzmu społeczeństwa. W efekcie mamy, co mamy, a czego dobitnym wyrazem jest uniemożliwienie polskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych w miejscach kaźni na Ukrainie oraz legalizacji upamiętnień polskich ofiar ludobójstwa, de facto ukraińskiego i rosyjskiego, zaś ze strony Kijowa kategoryczne żądanie odbudowy notabene bezprawnie postawionego w 1994r. pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu.To nie są tylko złe emocje, jeśli chcemy myśleć o historycznym porozumieniu w oparciu o prawdę historyczną, a nie o blichtr, są to są ramy dla naszego kraju nie do przekroczenia. Pomijając skrzypiące stosunki bilateralne, postawa Kijowa wyklucza też realizację niezbyt popularnej na Ukrainie koncepcji Trójmorza. Można mieć pretensje, że Ukraina od pierwszych chwil uniezależniania się od Rosji korzysta z wsparcia politycznego naszego kraju w jej drodze do integracji z Europą, z naszej wszechstronnej pomocy, z otwarciem granic i rynku pracy włącznie, a równocześnie buduje własną tożsamość narodową na antypolskiej, zakłamanej historii i gloryfikacji sprawców bestialskich mordów na Polakach, czego emanacją było uchwalenie ustawy sankcjonującej kary za… krytykowanie formacji OUN-UPA. Ale pretensje nie załatwiają sprawy. Pozostaje więc nad wyraz istotne pytanie: co dalej?
Przykro stwierdzić, ale poprzez infantylną tolerancję naszych kolejnych rządów wobec Ukrainy, gdzie zbrodniarze stają się bohaterami narodowymi, stawiane są im pomniki, ich imionami nazywane są ulice, place, szkoły itd., sami przyczyniliśmy się do dzisiejszego regresu. Na niektóre pociągi nie należy się spóźniać. Mówiąc otwarcie, jeszcze kilka lat temu łatwiej byłoby skłonić Ukrainę do rzeczowego dialogu o naszej zawiłej przeszłości, niż dzisiaj, gdy wysocy przedstawiciele administracji państwowej uczestniczą w nobilitacji zbrodniczych organizacji i ich przywódców. Zamiast samokrytycznego spojrzenia, choćby próby analizy własnych dziejów, dobiegają nas raz po raz meldunki o niszczeniu polskich pomników na Ukrainie, a nawet o atakach na polskie przedstawicielstwa, przy czym każdy taki przypadek nadal tłumaczy się jako …rosyjskie prowokacje. Sprawcy pozostają nieuchwytni i anonimowi. Co gorsza, każdemu kto zadaje pytanie o skalę odradzającego się na Ukrainie nacjonalizmu przyklejana jest natychmiast łata antyukraińskiej zapiekłości.
Popadliśmy w pułapkę swoistego szantażu emocjonalnego, który doprowadził nas w ślepy zaułek. W ukraińskiej „Prawdzie” ukazał się niedawno artykuł pt.: „Co się stało w Parośli? Kto przyniósł śmierć do polskiej kolonii na Wołyniu”. Autor Serhij Rabienko odniósł się w nim do zarzutów polskiego IPN, dokumentującego rozliczne zbrodnie nacjonalistów ukraińskich i do reakcji w Polsce na zarządzenie w 2015 r. państwowego kultu OUNUPA, wybielające te organizacje z piętna zbrodni. Ów współpracownik ukraińskiego odpowiednika IPN twierdzi, że to Polacy falszują historię, że tworzymy „mit ludobójstwa na Wołyniu” itp., którego nie było… Ta (jedna z wielu tego rodzaju) publikacji skłoniła Redutę Dobrego Imienia do sformułowania ostrego protestu, w którym czytamy m.in.:
Na przykładzie artykułu Serhija Rabienki, rekomendowanego przez Wołodymyra Wiatrowycza, wysokiego urzędnika państwa ukraińskiego, widać jak praktycznie realizowana jest wroga Polsce polityka historyczna państwa ukraińskiego, polityka budująca tożsamość obywateli tego państwa na niechęci do Polski i Polaków.
Czy nasze stosunki z Ukrainą powinna nadal i bez względu na okoliczności determinować opcja bezgranicznej pomocy, w tym narażanie się na dodatkowy, ostry konflikt z Rosją? Z jakimi skutkami? Powtórzę raz jeszcze: nie da się zbudować prawdziwie przyjaznych, partnerskich relacji na bagnistym gruncie akceptacji dla fałszu i obłudy. Polska polityka wobec Ukrainy „musi przede wszystkim oprzeć się na uznaniu przykrych faktów, że nadzieje na odegranie tam przez nas jakiejś wielkiej roli są nierealne”, podsumowuje mój redakcyjny kolega Piotr Skwieciński. I dalej: cel właściwie został osiągnięty, bo „Ukraina obroniła niepodległość. Ponowne uzależnienie jej od Rosji wydaje się niemożliwe”.
Mam na ten temat nieco inne zdanie. Co dziś „wydaje się niemożliwe”, jutro może okazać się całkiem realne. W perspektywicznej polityce i taki rozwój sytuacji należy brać pod uwagę. Co wtedy…? Wydarzenia na Majdanie, późniejsza aneksja Krymu i wojna w Donbasie oddaliły Ukraińców od Rosji. Ale, niezależnie od tego, ponad połowa Ukraińców nadal uważa Rosjan za bratni naród, co wykazały najnowsze badania ośrodka analitycznego w Kijowie, Centrum Razumkowa.
Jaka zatem powinna być nasza polityka wobec Ukrainy? Beznamiętnie pragmatyczna. W rozbieżnościach dotyczących prawdy historycznej nieustępliwa, konsekwentna, bez sentymentów, wyprana z naiwności, zaś odnośnie do współdziałania politycznego - tak, gdzie będzie to możliwe i przyniesie nam korzyści, co nie wyklucza robienia interesów, rozwijania współpracy gospodarczej w szerokim znaczeniu tego słowa, a także naukowej czy kulturalnej.
Koniec złudzeń. Czas się obudzić i spojrzeć prawdzie w oczy. Prezydent Poroszenko wszedł do Europy przez drzwi na granicy ze Słowacją. Ostantacja, z której nasi politycy powinni wreszcie wyciągnąć wnioski.

środa, 21 czerwca 2017

Przechodniu powiedz Polsce...

Po nieudanej operacji „Sturmwind I” dowództwo niemieckie zdecydowało się kontynuować działania pod kryptonimem „Sturmwind II”, na obszarze rozległych kompleksów leśnych na wschód od Biłgoraja. W okrążeniu, prócz oddziałów sowieckich i AL, znalazły się formacje AK–BCh, dowodzone przez inspektora Inspektoratu Zamojskiego AK mjr. Edwarda Markiewicza ps. „Kalina”.
Odpowiedzią dowództwa Armii Krajowej na rozpoczynające się 21 czerwca 1944 roku niemieckie natarcie było wycofywanie się w głąb Puszczy Solskiej. Po skutecznym powstrzymaniu niemieckiego zagonu pancernego w rejonie spalonej leśniczówki Karczmisko, 23 czerwca do obozu polskiego zgrupowania na lewym brzegu rzeki Sopot przybyli dowódcy oddziałów sowieckich. Jeden z żołnierzy AK, którego relacja jest obecnie przechowywana w Oddziale Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersyteckiej KUL, tak zapamiętał to spotkanie: „Jest to d-ca zgrupowania płk. Prokopiuk, z szefem sztabu. Po wzajemnym zapoznaniu się, Prokopiuk rozwija mapę, na której wzajemnie orientujemy się, odnośnie położenia nieprzyjaciela. Wiadomości tak jednej, jak i drugiej strony są ogólnikowe, gdyż ani Prokopiuk, ani my, nie mieliśmy dokładnego rozeznania w usytuowaniu się nieprzyjaciela. Położenie sił n-pla oparte było, tylko na wnioskach wyciągniętych z rozpoznania bojowego, a więc tylko wycinkowe. Prokopiuk oznajmia nam, że chce się przebijać w kierunku na Karpaty, proponuje wspólne przebijanie się. Kalina zgadza się. [podkreślone w oryginale – MP] Na to Prokopiuk oświadcza, że zażąda lotnictwa radzieckiego, które zbombarduje odcinek wspólnie ustalony. Kwestia usytuowania oddziałów do przebicia się – zostanie później uzgodniona. Dla utrzymania łączności pomiędzy zgrupowaniami zobowiązuje się przysłać swoich łączników”. Dowództwo sowieckie jednak nie dotrzymało uzgodnień zawartych z mjr. Edwardem Markiewiczem „Kaliną”. W nocy z 23 na 24 czerwca, idące w awangardzie trzy sowieckie grupy szturmowe przełamały niemiecki pierścień okrążenia między miejscowościami Kozaki a Borowce. Przez ten wyłom w szykach nieprzyjaciela, przeszło całe zgrupowanie ppłk. Prokopiuka i skierowało się w kierunku Karpat. Po odejściu Sowietów i tajemniczej śmierci inspektora Inspektoratu Zamojskiego AK mjr. Edwarda Markiewicza ps. „Kalina” dowództwo nad zgrupowaniem AK-BCh objął rtm. Mieczysław Rakoczy ps. „Miecz”, a po jego rezygnacji por. Konrad Bartoszewski ps. „Wir”.
Sytuacja stawała się coraz bardzie dramatyczna. Z godziny na godzinę niemiecki pierścień okrążenia zaciskał się coraz bardzie wokół polskich oddziałów partyzanckich. Należało go jak najszybciej przebić! Zgodnie z wytycznymi por. „Wira”, w godzinach porannych 25 czerwca 1944 roku żołnierze AK i BCh ruszyli do frontalnego szturmu na pozycje niemieckie, rozlokowane wzdłuż rzeki Sopot, od  wsi  Osuchy do wsi  Fryszarka. Pomimo dużej przewagi ogniowej nieprzyjaciela, części polskiego zgrupowania udało się przełamać wrogie linie okopów i skierować do leśnego punktu zbornego w rejonie stawów Michalskiego koło Kozaków Osuchowskich. Tym, którym ta sztuka się nie udała, pozostała walka do ostatniego naboju na uroczysku Maziarze. W prawdziwych redutach leśnych, niczym Leonidas pod Termopilami, drogo sprzedali swoje życie, dając dowód umiłowania Ojczyzny. Spoczywają  teraz w zacisznym cmentarzyku w Osuchach  otoczeni piękną roztoczańską przyrodą i pamięcią   potomnych.
Ojczyzny.

Nazwa oddziału Dowódca Stan osobowy Uzbrojenie ciężkie
Oddział AK „Corda”ppor. Józef Stegliński ps. „Cord”około 200 żołnierzy
1 ckm 7,92 mm wz. 30 Browning;
3 ckm-y 7,92 mm MG;
3 moździerze 81 mm wz. 31 Stokes-Brandt;
3 granatniki ppanc. Piat
2 działka ppanc. 20 mm Solothurn
Oddział AK „Topoli”ppor. Jan Kryk ps. „Topola”około 100 żołnierzy 
Pluton AK „Korczaka”pchor. Ryszard Siwiński ps. „Korczak”około 28 żołnierzy 
Oddział AK „Wira” Kurs Młodszych Dowódców Piechoty Obwodu AK Biłgorajpor. Konrad Bartoszewski ps. „Wir”około 100 żołnierzy1 ckm;
2 granatniki ppanc. Piat;
1 działko ppanc. 20 mm Solothurn;
15 rkm-ów
Oddział AK „Woyny”
1 Kompania Sztabowa Inspektoratu Zamojskiego AK
por. Antoni Haniewicz ps. „Woyna”102 żołnierzybroń zrzutowa;
angielskie zrzutowe mundury koloru zielonego
Łącznie wszystkie oddziały AK liczyły około 560 żołnierzy
I batalion BCh „Rysia”plut. Antoni Warchoł ps. „Szczerba”300 żołnierzy 
Oddział BCh „Błyskawicy”plut. Jan Kędra ps. „Błyskawica”50 żołnierzy 
Oddział BCh „Burzy”plut. Antoni Wróbel ps. „Burza”60 żołnierzy 
Oddział BCh „Skrzypika”plut. Józef Mazur ps. „Skrzypik”100 żołnierzy 
Łącznie wszystkie oddziały BCh liczyły około 570 żołnierzy

piątek, 16 czerwca 2017

Niemiec co lubił Polaków.

Helmut Kohl. Fot. PAP/D. KwiatkowskiHelmut Kohl
Były kanclerz federalny Niemiec i przewodniczący Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej Helmut Kohl zmarł w piątek rano w swym domu w Ludwigshafen w Nadrenii-Palatynacie w wieku 87 lat - poinformował niemiecki dziennik "Bild".
Kohl sprawował urząd kanclerza od 1982 do 1998 roku. 16-letni okres jego rządów obejmuje kluczowe wydarzenia związane z kresem zimnej wojny i zjednoczeniem obu państw niemieckich.
Ze względu na stan zdrowia Kohl w ostatnich latach niemal całkowicie wycofał się w zacisze domowe.
Helmut Kohl przejdzie do historii jako architekt zjednoczonej Europy i twórca jedności Niemiec. Perfekcyjnie wykorzystał osłabienie ZSRR na przełomie lat 80. i 90. do przezwyciężenia podziału Europy i Niemiec; doprowadził też do przełomu w relacjach z Polską.
Zmarły w piątek w wieku 87 lat były kanclerz RFN był postacią kontrowersyjną. Jego zwolennicy nazywali go "drugim Bismarckiem", podkreślając jego zasługi dla zjednoczenia Niemiec i integracji europejskiej po upadku żelaznej kurtyny. Jego przeciwnicy krytykują panującą za jego rządów stagnację w polityce wewnętrznej i skandal z nielegalnymi funduszami partyjnymi, który bardzo zaszkodził jego partii - CDU.
Helmut Kohl przejdzie do historii jako architekt zjednoczonej Europy i twórca jedności Niemiec. Perfekcyjnie wykorzystał osłabienie ZSRR na przełomie lat 80. i 90. do przezwyciężenia podziału Europy i Niemiec; doprowadził też do przełomu w relacjach z Polską.
Ani zwolennicy Kohla, ani jego krytycy nie kwestionują faktu, że chrześcijański demokrata był żarliwym Europejczykiem, marzącym o Stanach Zjednoczonych Europy, a gdy plany te okazały się nierealne, forsującym - mimo ekonomicznych zastrzeżeń - ideę wspólnej waluty euro jako spoiwa europejskiej integracji.
Proeuropejska postawa Kohla wynikała z jego wojennych doświadczeń. Przyszły kanclerz był co prawda zbyt młody (rocznik 1930), by samemu uczestniczyć w walkach na froncie, jednak II wojna światowa odcisnęła tragiczne piętno także na jego życiu. Na rok przed kapitulacją III Rzeszy podczas alianckiego nalotu zginął jego starszy brat Walter - żołnierz Wehrmachtu.
Gdy 20 lat później Kohl wyzna matce, że jego pierwszy syn będzie też miał na imię Walter, ta zapyta z troską: „Czy nie prowokujesz w ten sposób losu?”. „Mamo, obiecuję ci, że (Walter) nigdy nie zginie w wojnie prowadzonej przez kraje europejskie” – zapewnił przyszły kanclerz, czytamy w biografii Kohla napisanej przez Hansa-Petera Schwarza. Chciałem za wszelką cenę dotrzymać tej obietnicy – tłumaczył swoją determinację w walce o pogłębienie europejskiej integracji Kohl w jednym z wywiadów.
Przyszły kanclerz urodził się 3 kwietnia 1930 roku w Ludwigshafen, w kraju związkowym Nadrenia-Palatynat. Jak większość rówieśników należał do Hitlerjugend. Nie ukrywał, że jako chłopiec uległ nazistowskiej indoktrynacji, a prawdę o hitlerowskich zbrodniach poznał dopiero po wojnie podczas procesów norymberskich.
Nadreński katolik całe swoje powojenne życie podporządkował polityce. Jako 17-latek wstąpił do Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU). W 1959 roku zdobył mandat do lokalnego parlamentu w Nadrenii-Palatynacie. 10 lat później, w wieku 39 lat, został premierem tego kraju związkowego. W 1973 roku stanął na czele CDU, a w 1982 zdobył - jak się okazało aż na 16 lat - fotel kanclerza RFN.
Nawet przychylni Kohlowi obserwatorzy krytycznie oceniają jego pierwsze lata na tym stanowisku. Był przeciętnym, niewyróżniającym się szefem rządu - pisze Schwarz. Proklamowana przez Kohla po dojściu do władzy "moralno-duchowa odnowa" okazała się jedynie pustym sloganem. Jego zdaniem kanclerz nie miał pojęcia o polityce gospodarczej i finansowej, a w dodatku otaczał się doradcami o nie najwyższych lotach.
Kohl długo pozostawał w cieniu wybitnych poprzedników - Konrada Adenauera czy Willy'ego Brandta. Media szydziły z niego, nazywając go "gruszką" ze względu na zwalistą postać i charakterystyczny kształt głowy, podkreślając jego prowincjonalizm i kwestionując jego intelektualne kwalifikacje do sprawowania funkcji szefa rządu.
Pod koniec lat 80. w CDU doszło do powstania wewnątrzpartyjnej opozycji, stawiającej sobie za cel odsunięcie Kohla od władzy. Kanclerz rozprawił się z oponentami, ale jego autorytet mocno ucierpiał.
Nowa sytuacja w Europie pod koniec lat 80. okazała się być przełomowa dla kariery Kohla. Kanclerz wykorzystał po mistrzowsku okazję do zjednoczenia Niemiec, powstałą wskutek pierestrojki Michaiła Gorbaczowa, rewolucyjnych zmian w Polsce i innych krajach Europy Środkowej, a także niezadowolenia i protestów w NRD.
Pomimo zastrzeżeń ze strony Londynu i Paryża, a przy pomocy USA i Rosji, w 1990 roku Kohl doprowadził do zjednoczenia Niemiec i odzyskania przez nie pełnej suwerenności. Prawdziwym majstersztykiem było uzyskanie zgody Gorbaczowa na pozostanie zjednoczonych Niemiec w NATO. Wraz z prezydentem Francji Francois Mitterrandem przeforsował - wbrew ostrzeżeniom wielu ekonomistów - projekt wspólnej waluty euro, uważając, że uczyni ona integrację europejską nieodwracalną.
Kohl otworzył nowy rozdział w stosunkach polsko-niemieckich. Symbolem pojednania stał się braterski uścisk Kohla i ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego podczas mszy w Krzyżowej 12 listopada 1989 roku. Strona polska miała mu za złe, że obawiając się utraty głosów wyborców związanych ze Związkiem Wypędzonych, zwlekał z ostatecznym potwierdzeniem granicy na Odrze i Nysie. Traktat graniczny z 1990 roku oraz podpisany rok później traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy stanowią do dziś fundament dobrych wzajemnych relacji, choć część polityków w Polsce krytycznie ocenia teraz niektóre jego zapisy. Kohl popierał rozszerzenie UE o Polskę i inne kraje z Europy Środkowej i Wschodniej.
Kohl otworzył nowy rozdział w stosunkach polsko-niemieckich. Symbolem pojednania stał się braterski uścisk Kohla i ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego podczas mszy w Krzyżowej 12 listopada 1989 roku. Strona polska miała mu za złe, że obawiając się utraty głosów wyborców związanych ze Związkiem Wypędzonych, zwlekał z ostatecznym potwierdzeniem granicy na Odrze i Nysie. Traktat graniczny z 1990 roku oraz podpisany rok później traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy stanowią do dziś fundament dobrych wzajemnych relacji, choć część polityków w Polsce krytycznie ocenia teraz niektóre jego zapisy. Kohl popierał rozszerzenie UE o Polskę i inne kraje z Europy Środkowej i Wschodniej.
W 1998 roku CDU przegrała wybory do Bundestagu i Kohl, po 16 latach kierowania rządem, musiał oddać władzę swoim adwersarzom - SPD i Zielonym. Cieniem na wizerunku "kanclerza jedności Niemiec" kładzie się ujawniony system nielegalnych kas, z których finansowano działalność partii. Kohl odmówił podania nazwisk darczyńców, zasłaniając się danym im słowem. Jego postawa bardzo zaszkodziła CDU zarówno finansowo, jak i politycznie.
Kohl został pozbawiony funkcji honorowego przewodniczącego CDU, a decydującą rolę w zdystansowaniu się partii od jej byłego szefa odegrała Angela Merkel, dawna protegowana kanclerza. Kohl nigdy nie wybaczył jej braku lojalności.
Rozgoryczony polityk, zarzucając dawnym partyjnym towarzyszom nielojalność i niewdzięczność, wycofał się z życia politycznego. W 2001 roku przeżył osobistą tragedię - samobójstwo popełniła jego żona Hannelore, cierpiąca na nieuleczalną chorobę oczu.
Były kanclerz od upadku w 2008 roku, podczas którego doznał urazu głowy, poruszał się na wózku inwalidzkim. W tym czasie ożenił się po raz drugi z Maike Richter - byłą pracowniczką urzędu kanclerskiego.
Ze względu na zły stan zdrowia Kohl unikał publicznych wystąpień, do końca pozostał jednak uważnym obserwatorem wydarzeń politycznych. W 2014 roku opublikował książkę "Z troski o Europę" - płomienny manifest europejskiej integracji. Wytyka w niej swoim następcom - Gerhardowi Schroederowi i Angeli Merkel - błędy w polityce europejskiej, w tym zbyt paternalistyczne traktowanie mniejszych krajów Wspólnoty, oraz zaniedbanie kontaktów z USA i Rosją. Przypomniał też, że był przeciwny przedwczesnemu przyjmowaniu Grecji do strefy euro.

16 czerwca 1944 r. UPA morduje pasażerów pociągu.

16 czerwca 1944 roku banda Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowała pociąg osobowy na trasie Bełżec-Rawa Ruska i zamordowała kilkudziesięciu polskich pasażerów.

Tragiczne zdarzenie miało miejsce w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Około godziny 7. rano banda UPA, dowodzona najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę "Jastrub", zatrzymała pociąg. Część bandytów przebrana w niemieckie mundury wyszła na tory, a ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, będący najpewniej w zmowie z upowcami, zatrzymał skład.
Do pociągu wpadło wówczas kilkudziesięciu upowców, którzy wcześniej ukrywali się w lesie. Bandyci zaczęli legitymować pasażerów i oddzielać Polaków od Ukraińców. Tych ostatnich puszczono wolno, natomiast Polaków, w tym kobiety i dzieci, zamordowano. Wcześniej Polaków bito kolbami karabinów. Ukraińcy dopuścili się bestialskich zachowań. Będąca w ciąży Polkę przybito bagnetami do ziemi i rozpruto jej brzuch. Kilkuletniej dziewczynce rozbito głowę. Ofiary zostały obrabowane, tylko kilku osobom udało się ujść z życiem.

Historycy różnią się w ocenach co do liczby ofiar. Część z nich uważa, że upowcy zamordowali wówczas 41 osób. Inni twierdzą, że liczba zabitych była wyższa i wynosiła nawet 70 osób.
Po napadzie ciała zamordowanych Polaków przewieziono drezyną do Bełżca, gdzie dokonano identyfikacji. Pogrzeb części ofiar upowców w Tomaszowie Lubelskim, z racji echa jakim odbiła się zbrodnia, zamienił się w patriotyczną manifestację.  Na zdjęciu poniżej /z prawej /    Dmytro Karpenko ''Jastrub''- banderowiec dowodzący napadem na pociąg . Ten rezun uważany jest na Ukrainie za bohatera.

Ongiś... O Pani Władzi słów kilka. / tekst własny/

Była w Kryłowie ongiś biblioteka . Znajdowała się w budynku byłego urzędu Gromadzkiej Rady Narodowej , bo tak kiedyś nazywała się gmina. W l...