piątek, 21 czerwca 2019

...a wody Sopotu zaczerwieniły się od krwi...



Mija siedemdziesiąt  pięć lat od czasu, kiedy w lasach Puszczy Solskiej odbyła się wielka bitwa, przez wielu tytułowana raczej rzeźnią, niż bitwą. Siedemdziesiąt jeden lat od chwili, gdy śródleśne strumienie i potoki zaczerwieniły się od krwi dziesiątków ludzi. W podbiłgorajskiej wiosce Osuchy, gdzie w 1944 roku odbył się jeden z największych dramatów II wojny światowej, pojutrze , 23 czerwca  zorganizowane będą patriotyczne uroczystości połączone z rekonstrukcją historyczną. Niemniej w świadomości ogółu Polaków, często nawet tych blisko zaznajomionych z historią, bitwa znad rzeki Sopot jakby nie istniała.

Ogromny kompleks leśny, jeden z największych w kraju, z rzadka przecinany lokalnymi drogami. Tu i ówdzie kryją się wsie, nieliczne miasteczka i miasta. W wioskach tych o pracę dziś trudno – młodzi wyjeżdżają do miast, do zachodniej Europy. Ot, typowa Polska wschodnia. Gdzieś wśród tych miejscowości wiją się poboczne linie kolejowe, w tym – dziś używana już z rzadka – trasa, którą w czasach okupacji hitlerowcy wozili transporty Żydów do obozu zagłady w pobliskim Bełżcu. Gęściej od nich rozsiane są nitki śródleśnych strumyczków, które zbiegają się w płynącej równoleżnikowo na zachód Tanwi. Największe z nich to Szum, Sopot i Czarna Łada. Mimo, że to serce Roztocza, a i do Zamościa stąd blisko, w głębiny lasów turyści nie zapuszczają się aż tak często. Jeśli już, to są to najczęściej amatorzy wycieczek rowerowych.

Ludzie, którzy pamiętają rok 1944, wciąż jeszcze tutaj żyją. Przygarbieni i schorowani mężczyźni, starsze kobiety w chustach. Od wielu wciąż jeszcze można usłyszeć niejedną historię. Jeszcze, bo czas leci nieubłaganie. 

Gdy we wrześniu i październiku roku 1939 upadała II Rzeczpospolita, ostępy Puszczy Solskiej – niegdyś często nazywane Lasami Biłgorajskimi – były niemym świadkiem ostatnich podrygów jej bolesnej agonii. Tu, na terenie powiatów zamojskiego, biłgorajskiego, tomaszowskiego i hrubieszowskiego kapitulowały ogromne jednostki Wojska Polskiego. Były to ściskane jak w imadle – z jednej strony przez idących z zachodu Niemców, z drugiej przez nadciągających ze wschodu Rosjan – uparcie broniące się dywizje Frontu Północnego gen. dyw. Stefana Dęba-Biernackiego. Tu odbyło się drugie – po bitwie nad Bzurą – największe starcie ówczesnej kampanii, którym były dwie bitwy pod Tomaszowem Lubelskim. I też tu zakopywano broń, plątali się żołnierze, którzy pogubili macierzyste jednostki, biegały spłoszone, utracone przez kawalerię konie…

A tutejsi mieszkańcy najczęściej byli wychowani z dala od wielkich miast, nowoczesnych fabryk i modnych ośrodków wypoczynkowych. Przeważał wśród nich tradycjonalizm, przywiązanie do ziemi, pokora wobec dawnych zasad, szacunek do religii.

Wszystko to, w połączeniu z niezaprzeczalnymi zaletami natury geograficznej – wszakże lasy Puszczy Solskiej już wcześniej bardzo mocno upodobali sobie choćby powstańcy lat 1863-64 – stanowiło warunki idealne do powstania silnej, dobrze zorganizowanej partyzantki. I taka tam też wyrosła, tym bardziej, że niemieccy okupanci z roku na rok prześcigali się w aplikowaniu mieszkańcom coraz bardziej wymyślnych eksperymentów społecznych.Jeszcze dobrze nie umilkły strzały tragicznej jesieni, gdy Niemcy wprowadzili własną administrację i podział terytorialny. Cały region znalazł się w dystrykcie lubelskim Generalnej Guberni. W Biłgoraju, Hrubieszowie i Zamościu ulokowano oddziały Gestapo i Kripo (policji kryminalnej). W tym ostatnim mieście – nota bene później „zaszczytnie uhonorowanym” przemianowaniem na Himmlerstadt –

znalazło się ponadto miejsce dla placówki SD (czyli służby wywiadu i bezpieczeństwa SS). Już w 1940 r. hitlerowcy przeprowadzili w okolicy akcję AB. Wyglądała ona tu podobnie, jak w pozostałych częściach kraju: inteligencję i działaczy politycznych aresztowano i wywożono do obozów zagłady. Zdj. Wikimedia Commons
W roku 1941 Heinrich Himmler w swej nieograniczonej pomysłowości postanowił stworzyć czysto niemiecki pas osadniczy, zlokalizowany na terenie okupowanych przez III Rzeszę ziem. Jego zasadnicza część przewidywała „wyczyszczenie” Europy Wschodniej z kilkudziesięciu milionów Słowian. Cztery wspomniane powiaty wytypowano, aby stały się pierwszym obszarem realizacji tego eksperymentu. W ramach tzw. Generalplan Ost naziści postanowili wysiedlić i poddać eksterminacji tutejszą ludność polską, a w jej miejsce sprowadzić kolonistów niemieckich. Akcja ruszyła w roku 1942. Wówczas hitlerowskie oddziały zaczęły otaczać roztoczańskie wsie, a następnie ich mieszkańców mordować, kierować do obozów zagłady i wywozić na roboty przymusowe do Rzeszy. W opustoszałych miejscowościach pojawili się niemieccy gospodarze, uzbrojeni i mający władzę nad nielicznymi, pozostałymi Polakami. Gdy oddziały polskiego podziemia rozpoczęły akcje samoobrony, Niemcy postanowili rozwiązać zaistniały problem siłą. Rozpoczęli operację Wehrwolf, mającą na celu likwidację partyzantki i intensyfikację wysiedleń. Ponadto do pacyfikowanych wsi zaczęli sprowadzać kolonistów ukraińskich.

Niemiecka Aktion Zamość trwała do sierpnia 1943 r. Szaleństwo objęło około czterysta wiosek (!). Według różnych źródeł, wysiedlenia dotknęły od sześćdziesięciu do stu tysięcy Polaków. Tysiące z nich to były niewinne dzieci, wywożone w głąb okupowanej Polski, germanizowane, mordowane w obozach koncentracyjnych. Określenie Dzieci Zamojszczyzny do dziś w regionie stanowi synonim największej, najokrutniejszej krzywdy.

Nie rzucim ziemi…

Polska partyzantka nie pozostawiała spraw samym sobie. Zwierzchnicy podziemnej Armii Krajowej wprowadzili swoją administrację: cały region został ujęty w granice Inspektoratu Zamojskiego AK, który podzielono na cztery obwody – Zamość, Biłgoraj, Tomaszów Lubelski i Hrubieszów. Te z kolei dzieliły się na mniejsze jednostki, czyli rejony. Partyzanckie oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich rosły w siłę, a z ubiegającymi miesiącami czuły się coraz pewniej. Puszcza Solska, stanowiąca bezpośrednią okolicę Biłgoraja i (w mniejszym stopniu) Zamościa, dawała im schronienie oraz poczucie bezpieczeństwa. Gdy w 1942 r. ruszyła akcja wysiedleńcza, władze Polski Walczącej postanowiły zareagować.


Tak więc po rozpoczęciu Aktion Zamość Niemcy dość szybko spotkali się z wściekłymi atakami AK i BCh. Sytuacja była dla nich w pewnym sensie nowością: gdy w innych częściach kraju polskie podziemie prowadziło głównie akcje sabotażowe i dywersyjne, tutaj zaczęło dochodzić do regularnych, rozbudowanych strategicznie bitew. Partyzanci nie tylko bronili wsi, ale też bez wahania atakowali hitlerowskie oddziały i kolumny wojsk. Oczywiście prowadzili także „zwykłe” dla siebie akcje: wysadzali pociągi, zrywali tory kolejowe, likwidowali konfidentów i innych kolaborantów.

Po jakimś czasie doszło do sytuacji, która z punktu widzenia okupanta była absurdem. Oto do śródleśnych miejscowości powiatów biłgorajskiego i zamojskiego Niemcy po prostu… bali się zapuszczać. Sam Biłgoraj stał się niemal twierdzą, otoczoną przez zgrupowanych w Puszczy partyzantów. Aby do niego dojechać, niemieckie władze musiały organizować dobrze uzbrojone konwoje pojazdów, w których powoli i ostrożnie mogli pokonać drogę. Ba, jak w swojej książce twierdzi prof. Jerzy Markiewicz, okupanci bywali nawet zmuszeni do utrzymywania z miastem komunikacji lotniczej! W nim samym zaś, na skrzyżowaniach, placach i rogatkach, stały ostrzegawcze tablice, krzyczące napisami: BANDENGEFAHR! Nicht einzeln fahren! Schusswaffen bereit halten! (Zagrożenie bandytyzmem – nie poruszać się samodzielnie, broń palną mieć w pogotowiu!).

Mieszkańcy pobliskiego Józefowa, malutkiego roztoczańskiego miasteczka, mówili: my tu teraz mamy swoją własną, niezależną Rzeczpospolitą. Niemieccy dowódcy słali zaś meldunki do Berlina: w dystrykcie niemal nie da się sprawować władzy!

A tymczasem leśne, partyzanckie obozy funkcjonowały coraz prężniej. Młody, energiczny porucznik Konrad Bartoszewski, posługujący się pseudonimem „Wir” zorganizował Kurs Młodszych Dowódców Piechoty, z którego – po przeprowadzeniu stosownego szkolenia – wypuszczał wykształconych, nowych oficerów. Gdzieś między puszczańskimi ostępami utworzono nawet polowy, leśny szpital Obwodu Biłgoraj, ukryty pod kryptonimem liczby „665”. Z kolei żołnierze z oddziału „Żegoty”, Tadeusza Sztumberk-Rychtera, zaryzykowali atak na biłgorajskie więzienie. Ich szalona akcja zakończyła się powodzeniem: uwolniono przetrzymywanych tam partyzantów, wcześniej pojmanych przez Niemców.



Była nawet lokalna „Akcja pod Arsenałem”. Gdy hitlerowcy aresztowali wspomnianego wyżej „Wira”, jego przyjaciele, dowodzeni przez „Selima” – Czesława Mużacza – zorganizowali błyskawiczny atak na niemiecki posterunek. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać, towarzysz broni został bohatersko odbity z rąk nazistów.

Historycy w latach powojennych nazwali sytuację dosadnie: to, co się działo w czasach wojny na Roztoczu, to było prawdziwe powstanie zamojskie.

Gdy w roku 1944 hitlerowskie wojska cofały się pod naporem Sowietów, sytuacja stała się dla Niemców bardziej problematyczną, niż była dotychczas. Oto ogromny leśny obszar, nad którym nie posiadali stuprocentowej kontroli, stał się poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa manewrów odwrotu poszczególnych armii. Tym bardziej, że zaczęły się tu pojawiać oddziały partyzantki radzieckiej, prowadzące głębokie rajdy na tyły przeciwnika. Jakby tego było mało, swoją mało chwalebną działalność – zresztą dość skutecznie powstrzymywaną przez silne jednostki AK i BCh – już od jakiegoś czasu próbowały tu rozwinąć oddziały UPA. Niemieckie władze postanowiły więc, że trwający od lat karnawał polskiego podziemia trzeba zakończyć raz, a porządnie.

Kocioł

Pierwsze podejście do tego Niemcy przeprowadzili w pierwszej połowie czerwca 1944 r. Ich celem było otoczenie polskiej oraz sowieckiej partyzantki na terenie puszczy, a następnie jej całkowite zniszczenie. Akcja przeprowadzona została w Lasach Janowskich, stanowiących zachodnią część kompleksu. Operacja zakończyła się fiaskiem: okrążone leśne oddziały, których liczebność wynosiła – w zależności od źródeł – od trzech do czterech tysięcy żołnierzy, wyrwały się z okrążenia w bitwie na Porytowym Wzgórzu, kilkanaście kilometrów na północny zachód od Biłgoraja. Po osiągniętym sukcesie partyzanccy oficerowie jednak nie do końca zdawali sobie sprawę, że znienawidzony okupant jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

W połowie czerwca Niemcy przygotowali kolejne okrążenie. Przygotowali się do niego starannie: do walki zaangażowali ogromne siły wojskowe, liczące kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Wehrmachtu i SS. Wśród nich znalazły się jednostki 4 floty powietrznej i oddziały 4 armii pancernej. A ich przeciwnikiem byli przecież zwykli chłopcy z leśnych oddziałów, niejednokrotnie słabo uzbrojeni, częstokroć nie będący zawodowymi żołnierzami.

Nowe niemieckie okrążenie było wielokątem o rozmiarach około 30 na 50 km. Tym razem objęło Biłgorajszczyznę południowo-wschodnią, stanowiącą serce Puszczy Solskiej i Roztocza. Hitlerowscy żołnierze po wcześniejszym przygotowaniu artyleryjskim, poczęli przeć w głąb tej figury aż trzema, następującymi po sobie liniami natarcia. Przeczesywali każdy metr kwadratowy lasu, każdą wioskę. Ich celem było jedno: bez litości zlikwidować każdego partyzanta.

Wewnątrz utworzonego kotła znalazło się kilka niezależnych zgrupowań: oddziały sowieckie, polskie jednostki komunistycznej Armii Ludowej i grupa oddziałów AK-BCh. Łącznie w lasach mogło kryć się nawet pięć tysięcy partyzantów.

Ich dowódcy szybko pojęli, w jakich tarapatach się znaleźli. Poszczególne trzy zgrupowania zaczęły się cofać pod naporem nieprzyjaciela. Komunistyczne jednostki AL podjęły samodzielną walkę z hitlerowcami w nocy z 21 na 22 czerwca. Po wściekłych próbach przebicia trzech pierścieni okrążenia udało im się wydostać w pobliżu wioski Górecko. Walka jednak była tak zażarta, że żołnierze zostali zdziesiątkowani – na zewnątrz niemieckiego kotła wydostały się ledwie rozproszone niedobitki oddziałów.

Sowieci, a także – niezależnie od nich – zgrupowanie AK-BCh, cofali się dalej. Ci pierwsi już następnej nocy, w okolicy wsi Hamernia, podjęli próbę opuszczenia zagrożonego terenu. Dobrze uzbrojeni i wyszkoleni, stanowiący grupę około trzech tysięcy ludzi, nie dali rady przełamać niemieckich linii. Przeciwnik był zbyt silny. Niemniej już następnej nocy radzieccy partyzanci ponownie zaatakowali hitlerowskie jednostki. Tym razem z powodzeniem: w okolicy wioski Huta Różaniecka udało im się wydostać z okrążenia. Wewnątrz wciąż zaciskającego się kotła zostało już tylko zgrupowanie Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, liczące sobie – znów źródła mówią różnie – od ośmiuset do około półtora tysiąca osób.

Chwile nadciągającej grozy

Dowodzący partyzantami mjr Edward Markiewicz, posługujący się pseudonimem „Kalina”, był dobrym, doświadczonym oficerem. Miał za sobą służbę w c. k. armii, I wojnę światową, wojnę polsko-bolszewicką, tragiczny wrzesień 1939 roku i radziecką niewolę. Jako żołnierz polskiego podziemia został inspektorem Inspektoratu Zamojskiego AK i niejako kierował wydarzeniami tutejszego „powstania”. Na jego piersi dumnie błyszczał order Virtuti Militari.

W dniach owego feralnego czerwca wydał rozkaz do swoich podkomendnych: cofamy się! Niemiecki przeciwnik jest zbyt silny, Sowieci się wydostali, AL-owców doszczętnie wybito. Możemy mieć nadzieję, że hitlerowcy nie posuną się do tego, aby za nami wejść w najgłębsze, zabagnione tereny Puszczy.

Czas już niedługo miał pokazać, jak bardzo się mylił.

Czy polscy partyzanci nie chcieli się porozumieć z Sowietami i – w myśl zasady „cel uświęca środki” – razem opuścić okrążenia? Zdania są różne. Nikt tak naprawdę dziś nie wie, co się wydarzyło w te tragiczne dni. Wiadomo, że 23 czerwca nastąpiło spotkanie dowódców AK-BCh ze sztabem oddziałów radzieckich. Jednak według jednych „Kalina” nie chciał opuszczać lasów, gdyż wolał podjąć walkę po to, aby niemiecka furia nie została wyładowana wyłącznie na bezbronnych mieszkańcach puszczańskich wiosek. Według innych porozumienie obu grup nastąpiło, lecz Rosjanie, nie dotrzymując słowa, zostawili Polaków na pastwę losu.



Sprawa pewnie już nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona.

Tymczasem coraz bardziej zmęczeni partyzanci cofali się dalej. Doskwierał im głód i panujące na nadrzecznych bagnach komary, dręczyła ich ciężka, czerwcowa pogoda. Otoczeni byli przez dziki las, a wszechobecna bagnista topiel sięgała im nawet powyżej kolan. Sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę. Brak jasno określonej koncepcji marszu działał przygnębiająco na nastroje młodych żołnierzy. W tej sytuacji część oddziałów, dowodzona przez poruczników Jana Kryka „Topolę” i Józefa Mazura „Skrzypika”, postanowiła samodzielnie wyrwać się z okrążenia. Jednakże przeprowadzony przez nich w nocy z 24 na 25 czerwca szturm niemieckich linii zakończył się tragedią. Atakujący hitlerowców partyzanci zostali rozniesieni w ogniu artylerii i broni maszynowej. Jakby tego było mało, część z nich wpadła na pole minowe. Zginęli niemal wszyscy, w tym obaj dowódcy.

„Kalina” nie mógł być świadkiem tej sytuacji. 24 czerwca, gdy wewnętrzna powierzchnia okrążenia skurczyła się do prostokąta o bokach mających po kilka kilometrów, przeżył załamanie nerwowe. Będąc w fatalnym stanie psychicznym, oddalił się od podkomendnych. Jego śmierć jest do dziś tajemnicą: niewykluczone, iż obwiniając się za zaistniałe wydarzenia, zamojski inspektor AK odebrał sobie życie. Wcześniej wydał rozkaz likwidacji utrudniających wycofywanie się taborów, a także ukrycia broni ciężkiej. W ponury, przygnębiający wieczór 23 czerwca rozkazał też spalić dokumenty archiwum Inspektoratu.

Dowództwo nad uwięzionymi w lasach partyzantami objął rtm. Mieczysław Rakoczy „Miecz”, dotychczasowy zastępca „Kaliny”. Po kilku godzinach się go zrzekł na rzecz „Wira”, wspomnianego już porucznika, komendanta Rejonu AK Józefów Biłgorajski. Ten, wciąż jeżdżący konno z powodu odniesionych jakiś czas wcześniej ran, nakreślił plan wydostania się z kotła. Postanowił rozlokować jednostki wzdłuż wschodniego brzegu płynącej na południe rzeczki Sopot, a następnie – przesuwając się na północny zachód – zaatakować znajdujące się po drugiej stronie niemieckie linie. Po ich ewentualnym przerwaniu zaplanowano szybki odmarsz w kierunku Biłgoraja.

„A wody Sopotu zaczerwieniły się od krwi…”

Jak postanowiono, tak zrobiono. Żołnierze podziemia rozciągnęli swoje zgrupowanie wzdłuż leśnego potoku. Był to ostatni moment na wykonanie tej akcji – niemieckie okrążenie zacisnęło się wokół nich już tak ściśle, że pozostały im tylko godziny na to, aby móc się choćby odrobinę swobodnie poruszać.

Wielu partyzantów było na granicy fizycznego i psychicznego wyczerpania. Wielokilometrowe przemarsze w trudnym terenie dały im się we znaki nie mniej, niż zrobiłaby to ciężka bitwa. Polscy oficerowie zdawali sobie sprawę z trudności położenia. Tak samo żołnierze, trwający wzdłuż rzeki, czekający na rozkazy i ściskający broń, wiedzieli, że nadchodząca bitwa będzie dla nich wyrokiem: „być albo nie być!”.

O świcie 25 czerwca rozpoczęto szturm. Rozciągnięta na długość około pięciu kilometrów tyraliera leśnych wojaków ruszyła ławą w stronę potoku. Zaiskrzyły lufy karabinów, trzaski strzałów wypłoszyły ptaki, które dotąd spokojnie śpiewały w koronach drzew. Popłoch objął zwierzynę, wody Sopotu zaczęły rozbryzgiwać się w miejscach uderzeń odłamków.

Akcja nie rozwinęła się po myśli polskich dowódców. Niemcy na większej części odcinka nie dali się zaskoczyć. Zza rzeki otworzyli huraganowy ogień, w którym pierwsze skrzypce często grały szybkie serie karabinów maszynowych. Prędko sięgnęli po wsparcie artylerii, nie zawahali się użyć śmiercionośnej mocy granatników. Poranna mgła nie mogła osłonić biegnących w natarciu Polaków. Kule zaczęły uderzać w wycieńczonych, acz zdesperowanych partyzantów. Śmiertelnie zmęczonych, a zarazem świadomych, że aby przeżyć, muszą przebyć rzekę i przełamać trzy najeżone bronią linie hitlerowskiego okrążenia.

Oddział BCh mjra Stanisława Basaja – znanego jako „Ryś”, aczkolwiek znajdującego się poza okrążeniem – wpadł na przygotowane przez Niemców pole minowe. Partyzanci znaleźli się w sytuacji tragicznej: nie mogli ruszyć, gdyż każdy krok mógł oznaczać natychmiastową śmierć, a jednocześnie znajdowali się pod silnym ostrzałem przeciwnika. Części żołnierzy udało się dotrzeć do rzeki; tam jednak niemiecki ogień był tak silny, iż musieli się wycofać z powrotem na pozycje wyjściowe.

Na innych odcinkach nie było lepiej. Polskie natarcie docierało do rzeki, jednakże hitlerowski ostrzał załamywał je i zmuszał nacierających do wycofania się. Gdzieniegdzie sytuację pogarszał fakt, iż naziści ruszali do kontrataku, który skrwawione leśne oddziały musiały odpierać.

Szczęścia nie miał chociażby oddział AK por. Adama Haniewicza „Woyny”. Doborowo uzbrojony w broń pochodzącą z alianckich zrzutów, wzorowo karny i wyszkolony, przebył rzekę i starł się z Niemcami w walce wręcz. Pewność siebie i poczucie przewagi wśród hitlerowców wzięły jednak górę nad polską desperacją. Dezorganizacja, która nastąpiła wśród leśnych drzew i krzewów, załamała partyzancki atak. Zdziesiątkowani Akowcy i tu musieli się wycofać.

Wśród okrążonych oficerów znajdował się „Cord”, por. Józef Stegliński, komendant Rejonu AK Biłgoraj. Przed atakiem na niemieckie pozycje przybyła do niego delegacja rannych i chorych żołnierzy. Skierowali doń prośbę o pozwolenie na to, aby mogli iść za nacierającymi i w ten sposób opuścić śmiertelnie niebezpieczny teren. „Cord” odmówił, twierdząc, iż dla niepełnosprawnych będzie to zbyt ryzykowne. Jednocześnie obiecał im, że po przełamaniu hitlerowskich linii po nich wróci.

Szturm i dla jego oddziału nie potoczył się szczęśliwie. Żołnierze Steglińskiego trafili na zmasowany ogień niemieckiego ciężkiego karabinu maszynowego. Po jego zlikwidowaniu ruszyli dalej. W trakcie pokonywania dalszego, niespełna półkilometrowego odcinka, zginęło kilkudziesięciu z nich! Niemniej po chwili dopadli Niemców na stanowiskach. Wywiązała się zażarta walka, w której hitlerowcy zaczęli tracić przewagę. Gdy po ciężkim boju wyjście stanęło przed Polakami otworem, rozwścieczeni naziści ponownie otworzyli huraganowy ogień. Partyzanci zostali zmuszeni do odwrotu.

„Cord” został ciężko ranny. Miał dwa wyjścia: iść dalej, w stronę już otwartego wyjścia z okrążenia, lub zawrócić. Ale pamiętał, co przyrzekł rannym kolegom: nie zostawi ich samych. Ruszył do tyłu, z powrotem do okrążenia, chcąc wyciągnąć przyjaciół. Niedługo później zginął.

Względne szczęście miał tylko oddział „Wira”. W bitewnym chaosie i porannej mgle wielu jego żołnierzy zginęło lub się zagubiło. Reszta jednak rozbiła niemiecką obronę opodal wioski Osuchy. Koń „Wira” otrzymał postrzał, lecz podkomendni znieśli porucznika z pola bitwy. Wraz z ocalałą częścią oddziału oprócz samego dowódcy okrążenie opuściły jeszcze dwie znane osoby: por. lek. med. „Radwan”, komendant Szpitala Leśnego Obwodu AK Biłgoraj, oraz por. „Irka”, komendant Rejonu AK Hrubieszów.



Epilog

Los tych, co zostali w okrążeniu, został przypieczętowany.


Część próbowała jeszcze stawiać opór Niemcom, jak choćby otoczony przez hitlerowskie żołdactwo zażarcie broniący się „Woyna”, który zabił wielu nieprzyjaciół, zanim sam – obrzucony granatami – oddał życie. Jednak pobitewna dezorganizacja i chaos uniemożliwiły Polakom jakiekolwiek skuteczne, większe działanie.

Liczący na możliwość przeżycia partyzanci ukrywali rannych kolegów w bagnach i zaroślach, obiecując im powrót po przejściu niemieckich jednostek. Wielu z nich nie odnaleziono już nigdy: gęsta roślinność nadrzecznych okolic Puszczy uniemożliwiała dobrą orientację terenową.

Niejeden ze znalezionych przez Niemców partyzantów został rozstrzelany na miejscu. Wielu zabito ukrytych pod drzewami, na czubkach sosen, w zagajnikach. Reszta trafiła do niewoli. Czekała ich niepewna przyszłość, naznaczona wrzaskami rozwścieczonych hitlerowców. Hitlerowców, którzy też nie oszczędzili mieszkańców Osuch i innych, sąsiednich wiosek.

Dla schwytanych pod Osuchami Polaków Niemcy utworzyli obóz jeniecki w Biłgoraju. Część z więźniów, po brutalnym śledztwie w dniu 4 lipca 1944 r. została związana drutem kolczastym i wywieziona do lasu na terenie dzielnicy Rapy. Tam sześćdziesięciu kilku partyzantów hitlerowcy bez litości rozstrzelali. W tym samym miejscu też ich pochowano – niejednego żywcem, gdyż nie każdy strzał okazał się śmiertelny. Co szczególnie charakterystyczne, naziści nie oszczędzali i kobiet, jak choćby zamordowanej tam harcerki Wandy Wasilewskiej. Übermenschen nie znali zmiłowania nawet mimo faktu, że Sowieci byli tuż tuż: do samego Biłgoraja radzieckie wojska wkroczyły niespełna miesiąc później.

Na koniec słów kilka

Pamiętam, jak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy byłem uczniem drugiej klasy jednej z biłgorajskich szkół podstawowych, wychowawczyni mówiła nam o lesie. I wspomniała, że po dziś dzień zdarza się, iż ktoś znajduje wiszący na czubku drzewa żołnierski pas. Taki pas oznacza, że przypiął się tam partyzant mający nadzieję, iż Niemcy go nie znajdą. Gdy zaś ci go zastrzelili, to potem zostawili samemu sobie. Z czasem pas ów został jedyną rzeczą, jaka po nim została.

 

Cmentarz partyzancki w Osuchach.

Bitwa pod Osuchami była największą samodzielną bitwą partyzancką drugiej wojny światowej. Jeśli zaś nie liczyć powstania warszawskiego, to całość działań w Puszczy Solskiej była też największą zorganizowaną akcją w historii ówczesnego polskiego podziemia. Śmierć w niej poniosło kilkuset – mówi się o około połowie tysiąca – Polaków. Zginął nieszczęsny „Kalina”, zginęło wiele, często bezimiennych, młodych osób. Straty niemieckie oficjalnie nie są znane. Pojawiały się różne, mniej i bardziej wiarygodne doniesienia na ich temat, jednak ze względu na brak ogólnie przyjętych danych nie będę ich tu przytaczał.

Ale historia znad Sopotu, mimo ogromnych rozmiarów ludzkiej tragedii, nie jest dziś zbyt znana. Nie kręci się o niej kasowych filmów, nie jest wykorzystywana w historycznych pogadankach, milczą o niej szkolne podręczniki. Imion jej bohaterów próżno szukać wśród ulic głównych miast Polski. Znane zespoły metalowe nie nagrywają o niej utworów. Może dlatego, że tutaj partyzanci nie walczyli wśród upadających, niegdyś wspaniałych kamienic Stolicy? Ich wstrząsająca, niemal stanowiąca fabułę horroru śmierć w cuchnących bagnach miała dużo mniej romantyzmu niż ta, którą inni niedługo później ponosili na barykadach Starego Miasta, Pragi i Żoliborza.

Ale i tak na warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza znajduje się napis: „Puszcza Solska 1944”.

W czerwcu tego roku odbędą się w Osuchach kolejne uroczystości rocznicowe.  Zawsze miała tam miejsce msza święta, przemowy przedstawicieli lokalnych władz, rekonstrukcja historyczna. Przyjeżdżały grupy rekonstruktorskie z Biłgoraja, Warszawy, innych miast. Biłgorajskie muzeum organizowało wystawę broni, wojsko z Zamościa oddawało salwy honorowe. Byli też widzowie – wielu szczerze zainteresowanych, ale też dużo osób chyba nie do końca wiedzących, gdzie są: spacerujących z kolorowymi balonikami, wesoło żartujących i rozglądających się, czy przypadkiem gdzieś nie są sprzedawane kiełbaski z grilla. Dziwnym uczuciem był dla mnie kontrast między tymi osobami oraz świadomością tego, że właśnie spacerujemy po ziemi, która wypiła dziesiątki litrów krwi młodych, nieszczęśliwych ludzi.

Zawsze byli też kombatanci. Tych z roku na rok mniej. Wielu w mundurach z oficerskimi pagonami, wielu z przywieszonymi dawnymi odznaczeniami.  Wiem, że za kilka, najwyżej kilkanaście lat Oni już Osuch odwiedzać nie będą.


Dołączą do dziesiątków swoich kolegów, dla których ostatnim widokiem były drzewa Puszczy Solskiej i płynące wody Sopotu. Dla których ostatnim dźwiękiem były suche trzaski karabinów, niemieckie wrzaski, polskie wołania o pomoc. Których duża część spoczywa na cmentarzu w Osuchach – niewielkiej powierzchniowo nekropolii, będącej jednakże największym partyzanckim cmentarzyskiem Europy.

Na tym leśnym cmentarzu rzucają się w oczy sąsiadujące groby dwójki młodych ludzi. Jeden z nich był ciężko rannym, dwudziestokilkuletnim partyzantem, który który nie chciał opóźniać marszu wycofujących się przez lasy jednostek. Gdy poprosił, aby go porzucono, dowódcy wyrazili zgodę. W grobie obok spoczywa koleżanka z oddziału, która zdecydowała, że nie zostawi go samego. Gdy później dopadli ich Niemcy, nie zostało im zbyt wiele – chłopak najpierw zastrzelił dziewczynę, a potem odebrał sobie życie.

Czy nie warto się zatrzymać, chwilę nad tym pomyśleć i uświadomić sobie, jak ogromnej tragedii uczestnikami byli ludzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu? I o jak wielu rzeczach, czasem wręcz nie mieszczących się nam w głowie, mogą powiedzieć ostatnie, jeszcze żyjące osoby tamtego pokolenia? Ono niedługo odejdzie, tak samo, jak kombatanci z osuchowskich uroczystości. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

niedziela, 9 czerwca 2019

Zbrodnie Armii Halickiej w Małopolsce Wschodniej.

W zaatakowanym przez buntowników polskim Lwowie mordy na cywilach zaczęły się już drugiego dnia, 2 listopada 1918 r. Pierwsza ofiara – Kazimiera Sojka, zastrzelona za... wychylanie się przez okno. 4 listopada – rozkaz ukraińskiego komendanta miasta nakazujący dziesiątkowanie domów polskich podejrzanych o niesprzyjanie Hałyczanom. 5 listopada – rozstrzelany inż. Buttler, Czeszka..., Maria Czesak, 15-letni Adaś Michalewski. Dalej, zuchy z Ukraińskiej Halickiej Armii wrzucają granaty do polskich kawiarni: „Szkockiej” i „Roma”, w „Esplanadzie” rozstrzeliwują kolejnych ośmiu Polaków. Pięcioosobowa rodzina polska Miechońskich rozstrzelana przy ul. Żółkiewskiego 88, 14 listopada – rozstrzelanie 8 jeńców polskich przy dworcu Podzamcze, 15 listopada – przy ul. Zyblikiewicza rozstrzelany niepełnosprawny 14-latek, starzec Józef Lintner, 15-latek Tadek Zachara, 15-letni ochotnik Tadek Wiesner... Mało tych paru dni?
ZURL ogłosił nieuznawanie konwencji haskiej wobec Polaków, UHA-owcy strzelają więc do sanitariuszek, chwytają je, torturują, gwałcą, mordują. Przełom listopada i grudnia 1918 r.. bandy Hałyczan palą polskie wsie – Sokolniki, 50 ofiar. Biłka Szlachecka – 28 osób. W Brzeżanach – rozstrzelanie 17 polskich mieszkańców. Mało?
ZURL zakłada obozy koncentracyjne dla Polaków. W Brzeżanach, Kosowie, Mikulińcach w strasznych warunkach uwięziono ok. 25 tysięcy cywili i kilka tysięcy jeńców Polskich. Ok. 20 proc. z nich zmarło na tyfus, z mrozu, głodu. Jak pisał pos. Zamorski – już po przegranej ofensywie czortkowskiej ZURL-owcy wycofując się mordowali dalej w kontrolowanych jeszcze powiatach i to z coraz większym okrucieństwem.
Obrabowano i zbezczeszczono kościoły katolickie w Zbarażu, Fradze, Samborze, Niemirowie. Mordowano księży, zgwałcono zakonnice z trzech klasztorów – a następnie zamordowano je wiązkami granatów. Major (potem generał) Klee, Niemiec w służbie hałyckiej założył w Żółkwi burdel z pojmanych polskich dziewcząt. W Chodaczkowie Wielkim koło Tarnopola hałyczanie zamordowali 4 polskie dziewczęta, a ich obciętymi piersiami rozegrali mecz piłkarski.
-------------------------------------
Ukraina w tym roku hucznie obchodzi 100-lecie Ofensywy Czortkowskiej, urządza festiwale i rekonstrukcje. Ciekawe czy również takich wielkich sukcesów odniesionych nad bezbronnymi, w których zawsze dzielne ukraińskie wojska były tak samo sprawne, jak w uciekaniu przed Polakami.
 
 

środa, 5 czerwca 2019

Krwi było po kostki...

Prawdopodobnie 5 czerwca 1943 roku bojówki Ukraińskiej Powstańczej Armii dokonały mordu na 100 Polakach zamieszkujących wieś Chiniówka w powiecie zdołbunowskim ...w województwie wołyńskim. Atak przypuszczono o świcie około godziny trzeciej. Wieś została otoczona, a samoobrona stojąca na warcie wszczęła alarm, w wyniku którego do ucieczki rzuciła się przeważająca część mieszkańców.
Wspomina Anastazja Paszkowska:
" Krzyki ofiar słychać było w sąsiednich wsiach. Pierś zamordowanej Rozalii Adaszyńskiej ssało jej jedyne ocalałe 3-miesięczne dziecko. „Moją mamę, wujaszka, wujenkę i ich dwóch synów to nożami zamordowali. Takimi długimi nożami. Wie pani, tu na targu ja kiedyś kupiła taki długi mocny nóż - na pamiątkę, że takim moją mamę zamordowali. Moja mama nazywała się Rozalia Wierzbicka - dostała 8 noży w plecy. Kazali wszystkim się położyć i tak ich mordowali nożami. Wuj Piotr nie chciał się położyć to mu brzuch rozpruli i męczył się, bo mu kiszki wypłynęły. Jego syn Wacek lat 15 zaczął uciekać, został postrzelony w nogi, upadł, doskoczyli do niego i podziobali nożami raz przy razie. Drugi syn Jan 12 lat pasł krowy, został złapany razem z czwórką innych dzieci – miały poprzebijane piersi bagnetami i powiązali ich drutami kolczastymi. Najstarszy syn Marian przybiegł do domu, chciał ostrzec, żeby się chowali ale już było za późno. Krwi było po kostki. Moja mama i jego mama jeszcze się trzepały i charchotały, a ojciec ryczał z bólu i opowiadał jak to było. Żądali pieniędzy i zegarki, potem kazali się kłaść na podłodze i zadawali ciosy. Potem on ich wszystkich pozaciągał i wrzucił do jamy. Była taka głęboka jama co kartofle na zimę my składali- tam ich wrzucił jak do grobu. Tylko przykrył jamę prześcieradłem Mojego wujaszka to pociągnęli nożem brzuch tak od góry do samego dołu, że mu kiszki wypłynęły. Ale wujaszek jeszcze żył do niedzieli. To on go zabandażował i na wóz - do Mizocza chciał zawieźć. Ale wujaszek umarł po drodze. To on z powrotem do Chiniówki i tam gdzie moja mama, jego mama i rodzina to tam, do tego dołu go wrzucił, żeby byli razem. Nawet nie zasypywał, tak zostawił i sam uciekł do Mizocza.”
Na uwagę zasługuje tu również taki oto opis, który znajdujemy w Kresowej Księdze Sprawiedliwych:
" Krótko przed napadem rodzina Jarmolińskich został ostrzeżona przez znajomego Ukraińca, że UPA planuje wybicie wszystkich Polaków.
W późniejszym czasie upowcy robili obławy na ukrywających się w wapiennych jaskiniach. Ukrainiec Hawryluk został powieszony za pomaganie Polakom, zamordowano też dwie córeczki Karola Czechowskiego, którymi opiekowała się żona Hawryluka.
Część ukrywających się w jaskiniach przetrwała do nadejścia wojsk sowieckich
w początkach 1944 roku Leontynie Wojciechowskiej pomagał młynarz Ukrainiec. Dzięki niemu opuściła jaskinie i sprowadziła czerwonoarmistów, którzy zabrali niedobitków.

czwartek, 30 maja 2019

Zbrodnia Ukraińskiej Powstańczej Armii w Niemilii.

27 maja 1943 roku oddział OUN-UPA zamordował w okrutny sposób we wsi Niemilia 126 Polaków. Wiele ciał było zmasakrowanych w takim stopniu, że identyfikacja ofiar była niemożliwa.
Wieś Niemilia, znana też pod nazwą Komarnia–Jackowicze, była położona w powiecie kostopolskim na wschodzie przedwojennego województwa wołyńskiego. W 1943 roku powiat znalazł się w obrębie okręgu wojskowego Ukraińskiej Powstańczej Armii - Północ, którego dowódcą był Iwan Łytwyńczuk ps. Dubowy. Odpowiadał on za systematycznie przeprowadzane pacyfikacje polskich wsi od 1943 roku.
Zamieszkujący Wołyń Polacy, obawiając się ataku ze strony UPA, zaczęli spontanicznie tworzyć samoobrony, czyli komitety, które miały zająć się informowaniem o zbliżającym się zagrożeniu i odpierać napaść. Ich członkowie, najczęściej związani z przedwojennym Wojskiem Polskim lub Armią Krajową, pozyskiwali na własną rękę konieczną do obrony broń. Podobnie było w Niemilii, gdzie w marcu 1943 roku, na wieść o zbrodniach dokonanych przez banderowców w sąsiednim powiecie sarneńskim, powstała samoobrona z inicjatywy żołnierza AK Leopolda Gardego ps. Beskid. Do komitetu przystąpiło około 50 dorosłych mężczyzn ze wsi.
Pod koniec marca 1943 roku mieszkańcy Niemilii udzielili na pewien czas schronienia kilku ukraińskim rodzinom z pobliskiej wsi Bystrzyce, które opuściły swoje domy w obawie przed niemiecką pacyfikacją. Stosunki z przybyszami układały się dobrze, dlatego Polacy byli pewni tego, że ze strony Ukraińców nie może stać się im nic złego. Takie nastroje przeważały nawet po tym, jak w kwietniu 1943 roku w lesie została zamordowana 17-letnia mieszkanka wsi. Uważano, że było to pojedyncze zdarzenie na tle kryminalnym.

Uśpioną czujność mieszkańców wykorzystał oddział UPA, w skład którego wchodziło wielu Ukraińców z okolicznych wsi. Zaatakował on wieś 27 maja o świcie, kiedy wieś była jeszcze pogrążona we śnie. Po przełamaniu zaskoczonej samoobrony, banderowcy wtargnęli do środka miejscowości. Niektórzy mieszkańcy wsi rozpoznali w napastnikach znajomych. Do uciekających Polaków strzelano z broni palnej. Atakujący wdzierali się także do domów, gdzie zabijali swoje ofiary, niezależnie od wieku i płci, siekierami, motykami, nożami i widłami. Jeden z Polaków w obronie własnej zdołał zabić widłami aż czterech napastników.

W wyniku masakry zginęło aż 126 Polaków. Ocalało zaledwie kilkanaście osób. Po dokonanym napadzie, Ukraińcy ograbili domy z dobytku, a następnie podpalili wszystkie zabudowania we wsi. Dzień później z pobliskich Bystrzyc przyjechał oddział niemieckiej żandarmerii, który zabrał do Kostopola ocalałych i rannych. Wielu ofiar, ze względu na stopień zmasakrowania zwłok, nie udało się zidentyfikować. W latach 70. XX wieku w miejscu zbiorowej mogiły, w której zamordowanych Polaków, ustawiono obelisk upamiętniający ofiary.

wtorek, 21 maja 2019

Sześć moich tragedii.

Przed 1939 rokiem w okresie okupacji mieszkałem w parafii kowelskiej na Wołyniu, a do szkoły siedmioklasowej chodziłem w kol. Rużyn. Od 1941 do 1944 r. uczyłem się na tajnych kompletach i pracowałem dla zmyłki w warsztatach samochodowych F. Mroza w Kowlu. W tym czasie aż do wstąpienia do 27 DP AK wykonywałem szereg prac konspiracyjnych.
Jeszcze na przełomie lat 1942/43 święta Bożego Narodzenia obchodzi­liśmy wspólnie z Ukraińcami w sąsiedzkiej, życzliwej atmosferze tak, jak przed wybuchem wojny, niepomni zdrady, jaka w 1939 r. była udziałem większości Ukraińców i Żydów. Nie przenosiliśmy urazy na ogół Ukraińców za zmuszanie nas do wyłącznego mówienia po ukraińsku w urzędach. Przed wojną wychowano nas w atmosferze tolerancji i poszanowania kultury rus­kiej jak i wiary prawosławnej. Uczono nas, że należy odpowiadać po ukraiń­sku w przypadku, gdy pytający nie znal języka polskiego, lub nie chciał na­szego języka używać. Dlatego też, co najmniej tylu Polaków władało języ­kiem ukraińskim, co młodych Ukraińców językiem polskim. W kowelskich zakładach pracy nie było wrogości między młodzieżą polską i ukraińską.
W latach międzywojennych w kol. Rużyn (oddalonej 15 km od Kowla) wybudowano za milion złotych duży, wspaniały gmach szkoły powszechnej i Uniwersytetu Ludowego. Szkoła położona była centralnie w stosunku do okolicznych wsi prawosławnych. Do wybuchu II Wojny Światowej zdecydo­wana większość młodzieży ukraińskiej bez żadnej dyskryminacji kształciła się w obydwóch placówkach oświatowych. Dla nas, Polaków, dyskrymina­cja taka rozpoczęła się w październiku 1939 r. W początkach okupacji so­wieckiej młodzież polska miała jeszcze życzliwych kolegów i przyjaciół wśród młodzieży ukraińskiej. Ich ojcowie bez żadnych przeszkód przed woj­ną wchodzili w posiadanie gospodarstw rolnych, należących uprzednio do Polaków, drogą kupna lub dziedziczenia (w przypadku małżeństw miesza­nych).
Mordowanie Polaków przez UPA rozpoczęło się latem 1943 roku, a nasi­lenie mordów osiągnęło swój szczyt jesienią tego roku. Pierwsza tragedia miała miejsce 10 lipca 1943 r. Był to dokonany straszny mord na wysłanych przez Okręgowego Delegata Rządu Kazimierza Banacha na drugie pokojo­we rozmowy pojednawcze z UPA delegatach: Zygmuncie Rumlu, Krzyszto­fie Mazurkiewiczu i Witoldzie Dobrowolskim.
Czwartą tragedią było dla mnie śmierć Ukraińca Iwana Oksiutycza i jego syna Siergieja jesienią 1943 r. Iwan, starszy wiekiem człowiek, od lat żył w zgodzie z sąsiadami Polakami i miał odwagę nie wspierać faszystów spod znaku „tryzuba”. Zamordowany został we wsi Klewieck przy udziale swego bratanka Lońki, który dla rodzonego stryja (diedka) wybrał śmierć przez cięcie żywego piłą. Starszego syna Iwana spotkała lżejsza śmierć, przez zastrzelenie.
W tym czasie moi rodzice mieszkali u dziadka Michała we wsi Lubliniec. Sąsiedzi Ukraińcy prosili ojca i mamę, żeby uciekali do swoich braci miesz­kających przy koszarach w Kowlu, gdyż nie chcą być odpowiedzialni za ich śmierć.
Piątą tragedią była dla mnie śmierć rodziny Konopackich. W 1943 roku sąsiedzi ze wsi Lubliniec namawiali „panów Konopackich”, licho gospodaru­jących na resztówce dworu, na ucieczkę do Kowla, uzasadniając to podob­nie jak moim rodzicom. Matka i syn Ludwik zamieszkali już w Kowlu, a troje pozostałych: Zygmunt, Lalka i Władzia zostało zamordowanych i spalonych w domu przez mieszkańców sąsiedniej wsi Dołhonosy. Brat Ludwik pozbie­rał szczątki spalonych lub nadpalonych ciał i pochował na cmentarzu w Kowlu.
Szóstą tragedię przeżyłem w maju 1944 r. Późną jesienią 1943 r. uzbro­jona grupa wiernych przyjaciół niemieckich faszystów, podająca się przed wojną za Polaków (może i teraz też), postanowiła dokonać rabunku u raczej biednego Ukraińca Kordoby, mieszkającego po sąsiedzku z moimi stryjami Józefem i Władysławem. Obaj byli oddanymi działaczami konspiracji AK. W tym czasie w mieszkaniu Kordoby był również mój wujek Stanisław Leś­nicki, także pewny pracownik konspiracji oraz sąsiad Józef Sikora. Wszyscy czterej byli uzbrojeni w broń krótką, nie zwlekając więc bez strzelaniny ujęli napastników i po przetrzymaniu w lochu, oddali pod sąd polewy Polski Po­dziemnej.
Chciałbym przy okazji w sposób pozytywny wspomnieć o kilku kowelskich volksdeutschach, którzy uważali za swój obowiązek przez całą wojnę pozostać mimo wszystko obywatelami Polski. Takim był np. sąsiad mojego mieszkania konspiracyjnego w Kowlu „Paul”, zamordowany przez Gestapo w 1944 r.
Walkę do której nie byliśmy przygotowani przegraliśmy, tak jak to UPA założyło, gdybyśmy stosowali w walce brutalność, mordy i wyrzynanie ludności ukraińskiej, tak wielu szlachetnych, prawych obywateli również swojej ziemi. Przenosząc z pamięci na papier zapisy przeznaczone dla po­tomnych po obu stronach, pragnę im życzyć, by mogli i umieli żyć bez mor­dowania, zabijania sąsiadów na tej wspólnej, urodzajnej ziemi, którą nasi i ich praojcowie zdobyli ciężką mozolną katorżniczą niemal pracą a nie mieczem, zdradą czy też ukazem carskim.
Druga tragedia nastąpiła 27 sierpnia 1943 r. w Rużynie. Tego dnia na oczach mieszkańców kolonii i wsi Rużyn porwano podstępnie ośmiu mło­dych Polaków z kol. Rużyn i kol. Truskoty. Bezbronnych mieszkańców obu kolonii ujęto i powiązano drutem kolczastym. Młoda, wzorowa nauczycielka dwóch narodów Aleksandra Magier błagała oprawców o litość nad bez­prawnie pojmanymi i na jej oczach katowanymi, lecz została brutalnie odpę­dzona od jednej z wielu furmanek i zepchnięta uderzeniami kolb karabinów do przydrożnego rowu, mimo jej zaawansowanego i widocznego stanu od­miennego. Mimo tego brutalnego odsunięcia od furmanki, na której był związany kolczastym drutem również i jej mąż, nie poprzestała na tym, wsiadła na furmankę i wraz z jej znajomym furmanem popędzili konie za unoszącym się wciąż jeszcze w ślad za porwanymi i porywaczami tumanem kurzu w kierunku tasu Świniarzyńskiego. Pytani w drodze mieszkańcy wsi, również i Ukraińcy, wskazywali kierunek, w którym wieziono uprowadzo­nych. O zupełnym zmroku kierunek pościgu został utracony. Na konieczny już popas koni zatrzymała się w gospodarstwie ukraińskim. Tu ścigającym udzielono pomocy, błagając przy tym panią Olę, żeby zaniechała dalszej jazdy, gdyż nic, jak ją przekonywano, nie pomoże porwanym, natomiast za­szkodzi życiu nie narodzonego dziecka. Tymczasem ojciec trzech porwa­nych synów, Piotr Magier, działał na swoją rękę. W znany sobie sposób przekupił cywilnego propagandzistę UPA, a naszego sąsiada Mitkę Jufimczuka, który nie zwlekając, siadł na mój rower i pojechał w kierunku Świniarzyna do swojego szwagra, ponoć bardzo ważnego w sztabie UPA, miesz­kańca Stawek k. Turzyska, o bardzo polskim nazwisku Lechowski lub Las­kowski. Pan Mitka – nasz sołtys przez całą niemiecką okupację – przez ty­dzień nie wracał, żona zaś jego w tym czasie robiła Piotrowi Magierowi his­teryczną awanturę, oskarżając go o to, że wykorzystuje jej męża i brata, dla ratowania życia swoich trzech synów. Po powrocie sołtys Mitka dopiero po dłuższym czasie zdecydował się zdać sprawozdanie ze swojej misji. Oświadczył, że zanim szwagier wrócił do sztabu, on sam przesiedział o gło­dzie w bunkrze jako jeden z wielu. Szwagier był bardzo niezadowolony, ze propagandzista UPA podejmuje się misji ratowania polskiej rodziny Magie­ra. Nie obeszło się również bez solidnego obicia za działania na własną rę­kę. Byliśmy więc pewni, że swoje życie musiał wykupić u szwagra obietnicą poważnej przysługi w tępieniu Polaków. Żołnierze z baonu „Sokoła” stwier­dzają, że w rejonie Świntarzyna przy wiatraku koło Daźwy odkopano za­maskowaną mogiłę, w której m.in. były zwłoki ośmiu z Rużyna, powiązane nadal drutem kolczastym. Rozpoznano je po resztkach odzieży.
Obie te krwawe, straszne tragedie, a także postawa K. Banacha były głównym powodem, że nie powstał na naszym terenie oddział por. „Kani”, Stanisława Kądzielawy. Zadanie takie wykonał dopiero w pierwszych dniach września 1943 r. „Groński” Tadeusz Korona, który w niezwykle krótkim cza­sie zorganizował w kol. Rużyn silny, duży oddział Samoobrony AK. Wów­czas to nasi dotychczasowi rzekomi przyjaciele ukraińscy, zamieszkujący po sąsiedzku na wykupionym w ostatnim dziesięcioleciu przed II wojną od Polaka gospodarstwie, zaczęli nerwowo współdziałać z Gebitskomisarzem w Kowlu, w celu zniszczenia Samoobrony w dniu 19 IX 1943 r. Udowodnio­ne drugie wrogie, zdradzieckie działanie sołtysa kol. Rużyn Zachara Poleszuka i jego syna Antona spowodowało wydanie prawomocnego wyroku śmierci na obu przez sąd Polski Podziemnej. Wyrok został wykonany w pierwszej połowie października 1943 r.
Nazajutrz po wykonaniu wyroku na obu Poleszukach do południowej części kol. Truskoty wtargnęła w rozwinięciu bojowym sotnia UPA, przybyła w przeważającej części z odległych galicyjskich terenów. Zaskoczeni w środku dnia mieszkańcy ratowali się ucieczką w stronę torów kolejowych na południowy wschód, to jest w stronę niemieckiego posterunku ochrony mostu. W rozmowie ze Stanisławem Leśnickim, przyjacielem z tamtych czasów, zgodnie stwierdzamy, że kierunek ucieczki intuicyjnie wybraliśmy dobrze, gdyż dla atakujących upowców stał się nieprzewidzianym zaskocze­niem. W powstałej sytuacji nie mogli strzelać w kierunku strzeżonego przez Niemców obiektu i obok kilku ukraińskich mieszkańców kolonii. Zastrzelono wówczas bez uciekania się do wymyślnych tortur dwóch Polaków, którzy nie opuścili swych zagród: Adolfa Musiołka lat 24 oraz Maksymiliana Krup­kę. Ze strony UPA zginął jeden „striłec”, mieszkaniec odległych Parydub. Nasza pięcioosobowa samoobrona przez przypadek rozpoczęła ogień z miejsca bardzo niedogodnego dla atakujących upowoów, ponieważ ich ogień w kierunku polskich obrońców przerzuciłby się i skierowany byłby również zarówno na Niemców przy moście jak i na ukraińskich kolonistów. Obeszło się również bez spalenia 15 polskich gospodarstw, chyba dzięki temu, że reakcja samoobrony okazała się wielkim zaskoczeniem dla sotni UPA, która nie mogła prowokować walki ze swoimi opiekunami, jakimi byli hitlerowscy faszyści niemieccy. Ta sama jednak sotnia UPA spaliła wieczo­rem tę wspaniałą szkołę-uniwersytet w kol. Rużyn. Był i jest ten „wyczyn” dla nas zupełnie nie zrozumiały, gdyż ten obiekt był wybudowany raczej dla ukraińskiego narodu i służyłby im przez wiele lat. Tego wieczoru, gdy płonął pięknie na wzgórzu wkomponowany w krajobraz budynek szkoły, jeden z naszych Polaków samowolnie, bez poinformowania kolegów o swoim za­miarze, zastrzelił dwie swoje sąsiadki Hankę i Sońkę, których ojciec Onufry tuż przed wojną wykupił gospodarstwo od Polaka Sylwestra Minkiny. Ten czyn, będący dla nas trzecią wielką tragedią został też powszechnie potę­piony przez społeczeństwo polskie. Nie uznano usprawiedliwienia tego fak­tem,  że obie te kobiety nie ostrzegły swoich sąsiadów o zbliżającym się na­padzie Ukraińców, a raczej z radością wyglądały, kiedy nadchodzący w rozwinięciu bojowym upowcy będą nas mordować. Obie też wraz ze swo­im bratem Jakubem ochoczo wyzbyły się obywatelstwa polskiego już w pierwszych dniach września 1939 r. Ślad po sprawcy tego odosobnionego aktu zemsty oraz po jego dość licznej rodzinie zaginął od września 1944 r. Być może sam ocenił właściwie niegodny Polaka ów czyn.
Trzecią tragedię przeżyłem 11 listopada 1943 roku w kol. Ruzyn i kol. Truskoty. W drugi dzień trwającej bitwy, w czasie wycofywania się z kof. Truskoty serdeczny kolega, pełny od dzieciństwa sierota Stefan Skowron lat 18 został ciężko ranny w nogę i prosił o pozostawienie go na polu naszego sąsiada Gnata Jukimczuka, ojca Mitki, opisanego wyżej sołtysa naszej kolo­nii. Po zakończonej i przegranej drugiego dnia bitwie Stach Szymczak po­szedł po Stefka. Niestety, ranny został już zamordowany, miat rozpruty brzuch, wyciągnięte wnętrzności i wykłute oczy, ponadto był bez butów, któ­re brat Zygmunt rozpoznał w 1944 r. u Ukraińca Lońki Oksiutycza, miesz­kańca wsi Lubliniec.
Czwartą tragedią było dla mnie śmierć Ukraińca Iwana Oksiutycza i jego syna Siergieja jesienią 1943 r. Iwan, starszy wiekiem człowiek, od lat żył w zgodzie z sąsiadami Polakami i miał odwagę nie wspierać faszystów spod znaku „tryzuba”. Zamordowany został we wsi Klewieck przy udziale swego bratanka Lońki, który dla rodzonego stryja (diedka) wybrał śmierć przez cięcie żywego piłą. Starszego syna Iwana spotkała lżejsza śmierć, przez zastrzelenie.
W tym czasie moi rodzice mieszkali u dziadka Michała we wsi Lubliniec. Sąsiedzi Ukraińcy prosili ojca i mamę, żeby uciekali do swoich braci miesz­kających przy koszarach w Kowlu, gdyż nie chcą być odpowiedzialni za ich śmierć.
Piątą tragedią była dla mnie śmierć rodziny Konopackich. W 1943 roku sąsiedzi ze wsi Lubliniec namawiali „panów Konopackich”, licho gospodaru­jących na resztówce dworu, na ucieczkę do Kowla, uzasadniając to podob­nie jak moim rodzicom. Matka i syn Ludwik zamieszkali już w Kowlu, a troje pozostałych: Zygmunt, Lalka i Władzia zostało zamordowanych i spalonych w domu przez mieszkańców sąsiedniej wsi Dołhonosy. Brat Ludwik pozbie­rał szczątki spalonych lub nadpalonych ciał i pochował na cmentarzu w Kowlu.
Szóstą tragedię przeżyłem w maju 1944 r. Późną jesienią 1943 r. uzbro­jona grupa wiernych przyjaciół niemieckich faszystów, podająca się przed wojną za Polaków (może i teraz też), postanowiła dokonać rabunku u raczej biednego Ukraińca Kordoby, mieszkającego po sąsiedzku z moimi stryjami Józefem i Władysławem. Obaj byli oddanymi działaczami konspiracji AK. W tym czasie w mieszkaniu Kordoby był również mój wujek Stanisław Leś­nicki, także pewny pracownik konspiracji oraz sąsiad Józef Sikora. Wszyscy czterej byli uzbrojeni w broń krótką, nie zwlekając więc bez strzelaniny ujęli napastników i po przetrzymaniu w lochu, oddali pod sąd polewy Polski Po­dziemnej.
Chciałbym przy okazji w sposób pozytywny wspomnieć o kilku kowelskich volksdeutschach, którzy uważali za swój obowiązek przez całą wojnę pozostać mimo wszystko obywatelami Polski. Takim był np. sąsiad mojego mieszkania konspiracyjnego w Kowlu „Paul”, zamordowany przez Gestapo w 1944 r.
Walkę do której nie byliśmy przygotowani przegraliśmy, tak jak to UPA założyło, gdybyśmy stosowali w walce brutalność, mordy i wyrzynanie ludności ukraińskiej, tak wielu szlachetnych, prawych obywateli również swojej ziemi. Przenosząc z pamięci na papier zapisy przeznaczone dla po­tomnych po obu stronach, pragnę im życzyć, by mogli i umieli żyć bez mor­dowania, zabijania sąsiadów na tej wspólnej, urodzajnej ziemi, którą nasi i ich praojcowie zdobyli ciężką mozolną katorżniczą niemal pracą a nie mieczem, zdradą czy też ukazem carskim.

poniedziałek, 13 maja 2019

... jeżeli nie mam bohatera – stworzę go lub ukradnę...

Bardzo często ukraińscy historycy specjalizują się w zakłamywaniu historii. Oprócz apologizowania zbrodniczej działalności bandytów z Ukraińskiej Powstańczej Armii, dochodzi u nich do bezczelnego przywłaszczania sobie polskich osiągnięć. Tym razem chciałbym poruszyć sprawę związaną z bitwą o Monte Cassino. Polityka historyczna prowadzona przez Ukraińców zalicza się do grona najbardziej kłamliwych i bezczelnych przypadków opluwania historii naszego narodu. Oprócz przekłamań w odniesieniu do działalności zbrodniczej Ukraińskiej Powstańczej Armii, historyczni propagandyści z Ukrainy specjalizują się w przywłaszczaniu sobie polskiego dziedzictwa. Dochodziło już wielokrotnie do sytuacji, w której to ukraińska historiografia określała naszych wybitnych rodaków mianem Ukraińców. Na łamach ukraińskich przewodników historycznych pojawiały się stwierdzenia o tym, że zasłużeni dla narodu polskiego Tadeusz Kościuszko, Juliusz Słowacki, Mikołaj Rej czy królowie Zygmunt August i Jan Sobieski byli Ukraińcami. Pojawiały się też takie „kwiatki” jak to, że nazwa „Polska” wywodzi się od ukraińskiego plemienia Polan czy też, że to Kozacy bili Turków pod Wiedniem w 1683 roku, a cud nad Wisłą z 1920 roku to także zasługa Ukraińców. Złodziejska praktyka podejmowana przez historyków ukraińskich to przede wszystkim rezultat kompleksu, który możemy zaobserwować u przedstawicieli narodu ukraińskiego, a który to spowodowany jest ubóstwem panującym w ich rodzimej historii. Wszystko to w myśl zasady – jeżeli nie mam bohatera – stworzę go lub ukradnę.
Dla nas taka działalność może wydawać się śmieszna i nieszkodliwa, ale tylko w przypadku, gdy nie wychodzi ona poza ramy ukraińskich podręczników. Jednakże nie powinniśmy jej bagatelizować, gdy ta propaganda historyczna dociera do zachodniej opinii publicznej. Próba takiego postępowania widoczna była w działalności niejakiego Komitetu Monte Cassino Studentów Ukraińskich w Nowym Jorku, którego członkowie mieli na celu przekonać mieszkańców zachodnich krajów do kłamliwej wersji historii, w której to ukraińscy żołnierze dzielnie uczestniczą w europejskim ruchu oporu walcząc z nazistowskimi Niemcami, biorąc przy tym aktywny udział w wielkich bitwach, takich jak np. w zmagania o Monte Cassino. I jednocześnie umniejszając przy tym wysiłek Polaków.
26 marca 1986 roku Petro Matioszka, prezes Komitetu Monte Cassino Studentów Ukraińskich, napisał na łamach wydawanego w Stanach Zjednoczonych czasopisma „Ukrainian Echo” artykuł pt. „Komitet Monte Cassino prowadzi badania”. W artykule tym próbował przekonywać do tego, że Ukraińcy biorący udział w bitwie o Monte Cassino mięli walny udział w odniesieniu tego zwycięstwa. Nie podając wiarygodnych źródeł informacji wysnuwał tezy, że w 2. Korpusie Polskim mogło być nawet około 15 tys. żołnierzy ukraińskich, którzy mięli tym samym zdominować szeregi 5. Kresowej Dywizji Piechoty. Matioszka pokusił się ponadto o stwierdzenie, że na polskim cmentarzu wojskowym, gdzie pochowanych jest 1051 żołnierzy generała Andersa, leży ponad 30 proc. Ukraińców. Pisano jednocześnie o „reakcyjnym polskim szowinizmie”, który miał prowadzić do niesprawiedliwości względem Ukraińców walczących w szeregach 2. Korpusu Polskiego.
Na całe szczęście artykuł Petro Matioszki nie osiągnął zamierzonych skutków. Bardzo szybko doszło do reakcji ze strony Polonii. Środowiska emigracyjne wystosowały protest do Smithsonian Institute, na którego łamach zamieszczone zostały „rewelacje” autorstwa Matioszki. Doszło też do sympozjum zorganizowanego przez dra Antoniego Mantykowskiego na uniwersytecie Georgetown, w którym poruszono kwestię walk o Monte Cassino. Wzięło w nim udział ponad 800 osób m.in. z Wielkiej Brytanii, Kanady, Izraela, Norwegii, Francji, Niemiec i Włoch.
Dosadnie zareagował również Marian Kałuski, który poruszył sprawę w swojej broszurce pt. „Ukraiński zamach na polskie sanktuarium narodowe pod Monte Cassino”. Opisał w niej genezę i cele tej szeroko zakrojonej akcji organizowanej przez ukraińskich studentów. Kałuski napisał w niej, że był to ukraiński zamach na polski cmentarz, który za jednym strzałem miał przywłaszczyć sobie polskie zwycięstwo i jednocześnie wybielić naród ukraiński, który tak silnie współpracował z hitlerowskimi Niemcami.



Sprawa Komitetu Monte Cassino Studentów Ukraińskich i Petro Matioszki nie była jednak jedyną próbą „zamachu na polskie sanktuarium narodowe pod Monte Cassino”. Okazuje się, że do podobnych działań doszło już wcześniej. W 1958 roku wydano w Paryżu książkę Zinowija Knysza pt. „Za cudzą sprawę”. Miały to być w zamierzeniu wspomnienia Mychajła Kozija, ukraińskiego żołnierza walczącego w szeregach 2, Korpusu Polskiego, będącego przed wojną obywatelem polskim. Jako prosty i niewykształcony chłop Mychajło nie mógł sam napisać swoich wspomnień, dlatego też zostało to uczynione przez Knysza. Przynależność tego delikwenta to Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i jego pobyt w więzieniu za napad w Bóbrce w 1930 roku, mówią wiele na temat obiektywizmu zawartego w tej książce. W 1962 roku za sprawą Benedykta Heydenkorna ukazała się druzgocąca recenzja dająca kłam wielu nieprawdziwym tezom zawartym w pozycji napisanej przez Knysza. Heydenkorn w łatwy sposób obalił wiele z nieprawdziwych informacji zawartych w tym paszkwilu – chociażby stwierdzenia o rzekomej dyskryminacji mniejszości etnicznych służących razem z polskim żołnierzami generała Andersa (do takich przypadków oczywiście nie dochodziło).
Kłamstwa, które zostały ogłoszone przez Petro Matioszkę i Zinowija Knysza dowodzą, że walka o Monte Cassino jeszcze się nie skończyła. W momencie, gdy pamięć o naszym narodowym sukcesie jest opluwana, gdy to zwycięstwo jest przywłaszczane, nie możemy pozostać bierni na froncie walki o historię. Jeżeli nie podejmiemy właściwych środków i nie zaradzimy tej fali łgarstwa, możemy dożyć czasów, w których to nasze dzieci będą uczone o bohaterstwie Ukraińców, którzy walczyli z Hitlerem i o tchórzostwie Polaków, którzy mordowali Żydów.

czwartek, 9 maja 2019

...cudem przeżyła tę rzeź...

2 czerwca 1943 roku Ukraińcy dokonali przerażającej zbrodni na polskich mieszkańcach wsi Hurby. W ataku na nieistniejącą dziś miejscowość zginęło około 250 osób, w tym liczne dzieci i kobiety. Banderowcy, wśród których były również kobiety, mordowali nawet swoich dotychczasowych przyjaciół. Po masakrze zwłoki zwłoki Polaków były wyciągane z grobów i rozrzucane po polach.Pojedyncze zbrodnie Ukraińców zdarzały się już wcześniej. W maju banderowcy napadli na kilka domów, w tym rodzinę Kazimierza Krasickiego. Wraz z żonę i rocznym (!) dzieckiem wyprowadzono ich na pole, wpędzono do dołu po ziemniakach i zastrzelono. W Hurbach mimo tego nie istniała żadna samoobrona, zaś pistolety posiadało tylko kilka osób. Mieszkańcy bali się niemieckiego okupanta, który karał śmiercią za znalezioną w gospodarstwie broń. A miejscowi folksdojcze oraz Ukraińcy donosili o każdym takim przypadku.
Atak na Hurby nastąpił 2 czerwca, a dokonali go ukraińscy mieszkańcy pobliskich wsi. Wśród nich było sporo kobiet, które jednak nie miały oporów przed bestialskimi mordami. Napastnicy nie oszczędzali nikogo: bolesną śmierć zadawali nawet dzieciom, kobiety były gwałcone, a wielu osobom odcinano poszczególne części ciała. Zbrodnia była o tyle przeraźliwa, że ofiary i rzeźnicy doskonale się znali. Wielu łączyła nawet zażyła przyjaźń. Na nic jednak zdały się prośby o litość i darowanie życia. Jednocześnie banderowcy podpalili wiele zabudowań, a w pożarach zginęły kolejne osoby. Napastnicy dokonywali również grabieży, plądrowali gospodarstwa i zabierali wszystko, co tylko mogli.
Niektórym mieszkańcom Hurb udało się uciec, dosiadając konie lub furmanki. Jednak w lasach czekali na nich zbrodniarze, którzy dobijali niewinne dzieci, kobiety i rannych mężczyzn. Celem ucieczki był pobliski Mizocz, gdzie ocaleli się chronili. Po kilku dniach w asyście niemieckiej żandarmerii Polacy powrócili do Hurb, by pochować zamordowanych rodaków i zabrać ze sobą nielicznych ocalałych, którym udało się gdzieś ukryć. Z późniejszych relacji wynika, że Ukraińcy powrócili do miejscowości i zbezcześcili wiele zwłok. Ciała były wygrzebywane z ziemi i rozrzucane po pobliskich polach.
Jedna z ocalałych, Irena Gajowczyk (z domu Ostaszewska), opisała po latach tragiczne wspomnienia z 2 czerwca 1943 roku (Głos Kresowian, nr 11/2003). Niespełna 7-letnia wówczas dziewczynka była świadkiem dokonywanego mordu na Polakach, którym odrąbywano na pniach głowy oraz inne części ciała. Widziała, jak Ukraińcy zabijają jej matkę (podcięto jej gardło i poodcinano piersi) i półtorarocznego brata. Podczas ucieczki przez las zakatowano z kolei jej ojca. Zrobił to jego przyjaciel, który często bywał u Ostaszewskich w domu. Sama Irena została ciężko ranna i wrzucona do mrowiska. Cudem przeżyła tę rzeź. Z piątki rodzeństwa ocalała tylko ona oraz jej siostra.
Niestety polskie ofiary w żaden sposób nie są upamiętnione. Wieś dzisiaj nie istnieje, jednak pojawiają się tutaj Ukraińcy, którzy kultywuję zbrodnicze organizacje ukraińskich nacjonalistów. W rejonie uroczyska Hruby odbyła się bowiem bitwa pomiędzy UPA a NKWD (21-25 kwietnia, 1944 rok). Ogromne zgrupowanie Ukraińców zostało okrążone przez sowietów. Ostatecznie udało im się przełamać przez linie wroga i wydostać, jednak UPA poniosła ogromne straty (ponad 2 tys. zabitych, a 1500 wziętych do niewoli). Wielkie zgrupowanie Ukraińców musiało podzielić się po tym na niewielkie sotnie. Dziś w wielu kręgach na zachodzie kraju polegli tam uważani są za bohaterów.
 Nieopodal panteonu UPA znajduje się kopiec-mogiła 250 ofiar mordu, która  często jest profanowana [foto poniżej ].

Za co nas zabijacie ...

Wola Ostrowiecka, Gmina Huszcza, Powiat Luboml ⬇️ "Popędzili nas w stronę kościoła. Kiedy doszliśmy, wypędzili z kościoła przeważnie ko...