niedziela, 20 czerwca 2021
Humań-Wołyń. Krwawa analogia.
20 czerwca 1768 r. rozpoczęła się rzeź humańska - mało medialnie eksportowane ludobójstwo dokonane na Polakach. "Ukraińcy" i ruskie chłopstwo bestialsko wymordowali około 20 tys. Polaków.
Rzeź humańska jest najbardziej krwawym epizodem powstania chłopskiego na "Ukrainie" nazywanego Koliszczyzną - od rosyjskiego słowa "kołoty", czyli kłuć - ponieważ jej ofiary przeważnie były mordowane (zakłuwane) kosami.
✔️Fragment zaczerpnięty z Rękopisu Braiłowskiego Trynitarza opisujący napad, jakiemu uległ w roku 1768, klasztor Braiłowski. Tytuł rękopisu - "Wypadki wiekuistej godne pamięci na Ukrainie 1868 roku":
"...Chłopi wszędzie im sprzyjali, albo pomagali w wielu miejscach bez żadnej namowy, albo wzywali rabusiów, albo sami zostawali rabusiami. W sposób najokrutniejszy znęcali się nad swoimi dziedzicami, rządcami, ekonomami i nad wszelką szlachtą mającą swoje drobne posiadłości. Mordowali, prześladowali lud katolicki, srogich, okrutnych dopuszczając się zabójstw, zabierali, pustoszyli dobra ich, nikogo nie oszczędzając (…) Dopuszczali się zbrodni strasznych i niedających się opisać. Rozmaitych do zamordowania używali sposobów oprócz przebodzenia włóczniami zwanymi spisami. Niewiasty brzemienne zamordowywali w sposób najokrutniejszy przez wycinanie płodu i wpuszczanie do wnętrzności kotów. Zdzierali skórę od karku przez głowę aż do oczu. Innym zrywali czaszki, zabijali z rusznic i innych narzędzi wojennych. Podcinali gardła i wieszali razem ze zwierzętami, a to dla podobieństwa duchownych ludzi religii katolickiej. Podobny wypadek miał miejsce pod Lisianką, gdzie między zawieszonym zakonnikiem Franciszkanem i Żydem psa powiesili, wołając najbezbożniej, że jeden stan kapłanów, katolików i psów…"
✔️A teraz fragment krwawych wydarzeń, których 78. rocznicę będziemy obchodzić w tym roku:
"25 lipca 1943r. (..) grupa upowców (...) dokonała mordu na 14 bezbronnych osobach [we wsi Jeziorany Czeskie w Łuckiem]. Wszystkie torturowano około 4-5 godzin (...). Kobietom poodcinano piersi i zmasakrowano twarze, wszystkich dźgano bagnetami. Bestialskiego mordu dokonywano kolejno zaczynając od najmłodszych członków rodziny i kończąc na najstarszych. Podczas mordowania upowcy mówili, że ofiary muszą długo umierać, ponieważ są dobrymi ludźmi. Świadkami było kilku Czechów (...)".
🔴 To co uderza w tych dwóch opisach to wyrafinowane, wielce podobne do siebie, prawie identyczne stosowane formy tortur. Czyżby oprawcy z UPA wzorowali się na dawnych hajdamakach? Przecież sformułowanie: "Na jedną szubienicę - Lacha i psa", odwołujące się do hasła koliszczyzny, pojawiło się już w latach 30. XX wieku w jednej z piosenek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów poświęconej skazanym na śmierć i straconym członkom (OUN):
"…W chwili ostatniej z grobów powstaną,
Bez sądu będą wieszać katów,
Każdego kata czeka ten sam los,
Na jedną szubienicę - Lacha i psa…".
To, co najbardziej zastanawia, frustruje, przygnębia i zarazem łączy ze sobą te dwa wydarzenia, to powszechne niewyobrażalne okrucieństwo morderców przedstawione w opisach zarówno rzezi w Humaniu jak i na Wołyniu. Bo przecież miał "szczęście" ten, kto zginął od razu, nie będąc torturowanym...
czwartek, 27 maja 2021
Nie mamy już domu.
26 maja 1944 r. uzbrojeni Ukraińcy napadli na wieś Nieledew w powiecie hrubieszowskim. Najpierw zrabowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, a następnie spalili wszystkie polskie gospodarstwa.
Według Grzegorza Motyki -historyka zajmującego się problematyką zbrodni ukraińskich , życie straciło 31 mieszkańców Nieledwi , w tym 19 spalonych zostało żywcem .
----------------------------
"Marian Momot odruchowo wycofał się i ukrył w stojącej opodal stodole. Po kilku minutach przez szpary w deskach zauważył podchodzących polną drogą od strony lasu uzbrojonych Ukraińców. Mieli na sobie ciemne mundurowe płaszcze. Pod lufami karabinów prowadzili jego ojca. Nie zwlekając ani chwili pędem puścił się w stronę domu. Wpadając do izby krzyknął tylko: - Uciekajcie, Ukraińcy! - i wybiegł. W tym czasie w domu przebywała matka Mariana rozmawiająca z zaprzyjaźnioną sąsiadką, niejaką panią Bielecką, oraz jego 11-letnia siostra Zuzanna, która w tym samym momencie zerwała się do ucieczki. Matka została w domu. Kilkanaście metrów od budynku na długim, dębowym klocu siedzieli już umundurowani upowcy z długą bronią w dłoniach. Nieco zdumieni patrzyli na uciekającą dwójkę dzieci. Z okolicznych pól porośniętych dość wysokimi już zbożami wyłaniało się coraz więcej banderowców błyskawicznie otaczających przysiółek.
- Biegłam, ile tchu w piersiach – wspomina dziś 80-letnia Zuzanna Głąb z domu Momot. - Zboża już były wysokie, zbiegałam w dół, co chwilę się przewracałam, podnosiłam i biegłam dalej. Plątały mi się nogi. Wokół świstały pociski, za mną terkotał karabin maszynowy. Ponad łąkami już bliżej wsi znajdowało się obejście gospodarstwa państwa Małyszów. Gospodarz akurat wrócił do domu, gdy żona zwróciła mu uwagę na odgłos wystrzałów i na to, że przez pobliskie zboża ktoś ucieka. Konie były wciąż zaprzęgnięte do furmanki. Małysz wskoczył na wóz i czym prędzej skierował go w stronę biegnącej dziewczynki. Dojeżdżając na wysokość dziecka, nie schodząc z kozła, chwycił za kołnierz sukienki Zuzi i wrzucił ją na furmankę, jednocześnie przysypując wiązką siana. Odjechał czym prędzej w stronę swojego podwórka. - Ucichły wystrzały z automatu. Kątem oka zerknęłam w stronę swojego domu – wspomina dalej pani Zuzanna. Ukrainiec, który za mną strzelał, przewiesił broń przez ramię i wracał pod górę w kierunku naszych zabudowań. Małysz wraz z dzieckiem zajechał na swoje podwórko. Po jakimś czasie Zuzia samotnie opuściła gospodarstwo państwa Małyszów i pomaszerowała w kierunku dworu, gdzie zaopiekowała się nią nieznajoma kobieta. Przy niej, zmęczona, zasnęła. W tym samym czasie, gdy dziewczynka uciekała przez zboża, drugi z braci Momotów, 13-letni Janek, pasł na łące krowy. Widząc z daleka, że coś się dzieje w jego rodzinnym obejściu, odruchowo zaczął biec w kierunku zabudowań. Gdy dobiegł na miejsce, banderowcy złapali go, wepchnęli do mieszkania i po chwili otworzyli ogień. Świadkowie, którzy następnego dnia oglądali pogorzelisko z trupami pomordowanych Polaków, twierdzili, że znaleźli nadwęglone ciało Anieli Momot, przytulającej jedną ręką zastrzelonego najmłodszego syna. Najwyraźniej kobieta żyła jeszcze, gdy do wnętrza domu wepchnięto nieświadomego bliskiej śmierci chłopca. Tymczasem starszy brat Zuzi uciekał w inną stronę. Gdy zbiegł ze wzgórz, na których stały zabudowania przysiółka, skierował się ku kładce na niewielkim dopływie rzeki Huczwy – Białce – rzeczce przecinającej okoliczne łąki. Tuż za kładką natknął się na pochodzącego ze wsi Bereść Rusina, kuzyna ukraińskich sąsiadów z nieledewskiej kolonii. Ukrainiec, widząc uciekającego w przerażeniu chłopca, próbował go zatrzymać i bagatelizował całe zajście, namawiając go do powrotu do domu. Chłopak nie usłuchał. Uciekał dalej, aż z bezpiecznej odległości mógł obserwować, co działo się z jego domem. Banderowcy wygnali Polaków z domów. Spędzonych z kolonii kilkunastu nieszczęśników zagnano na teren gospodarstwa Momotów. Umieszczono ich w domu, gdzie nakazano im się położyć obok siebie brzuchami na podłodze, po czym strzelano im w plecy i w tył głowy. Do próbujących ucieczki banderowcy otwierali ogień z broni maszynowej, o czym świadczyły łuski znajdowane w okolicach okien i drzwi drewnianego domu. Ciała zastrzelonych podczas próby ucieczki wrzucano z powrotem do budynku, który chwilę później bandyci podpalili. Zwierzęta powypuszczano z drewnianych zabudowań inwentarskich, które następnie podpalono. Między pomordowanymi znalazł się niejaki Filipczuk, jeden z miejscowych Ukraińców, który akurat tego dnia pomagał państwu Wincentemu i Katarzynie Oleszczukom przy świniobiciu. Bandyci wiedzieli, że to ich ziomek. W kieszeni Filipczyka znaleziono zakrwawioną Kenkartę. Upowcy nie znali go jednak. Nie chcieli po swojej zbrodni pozostawić żadnych niepewnych świadków. Banderowcy po zniszczeniu domu z ciałami pomordowanych ludzi zaczęli palić resztę zabudowań gospodarstwa. Zupełnie irracjonalne wydawało się wynoszenie maszyn i narzędzi gospodarczych poza obejście i podpalanie ich na zewnątrz. Po zmierzchu, na długo po tym, jak bandyci już się wycofali, Marian postanowił na własne oczy przekonać się, czego dokonali. Z całej kolonii spalone było jedynie obejście rodziny Momotów. Ukraińcy zamordowali 19 osób, w tym rodziców chłopca i dwóch jego braci: opisywanego wcześniej Janka i 21-letniego Wacka, którego bandyci wyciągnęli z mieszkania rodziny Szymańskich, gdzie przebywał w odwiedzinach u swojej narzeczonej Reginy. Zginął razem z nią, dwójką jej młodszego rodzeństwa i jej rodzicami. Wszystkie ciała były nadwęglone, ale chłopiec rozpoznał członków swojej rodziny po ocalałych strzępkach ubrań. Zrozpaczony, okrężną drogą dotarł do nieledewskiego dworu, gdzie stacjonował niemiecki oddział wojskowy chroniący m.in. polskich uciekinierów uratowanych z wołyńskiej rzezi, jak również mieszkańców okolicznych spalonych przez Ukraińców wsi. Uciekinierzy z Wołynia i miejscowi pogorzelcy tłoczyli się na podłogach dworskich obór. /.../ Następnego dnia rano Marian odnalazł swoją siostrę śpiącą wśród innych dzieci. - Gdy zobaczyłam nad sobą Mariana, od razu chciałam wracać. - Chodźmy do domu – powiedziałam. - Nie mamy już domu, Zuziu. - No to wracamy do mamy. - mamy też już nie mamy – dramatyczną rozmowę z bratem z widocznym wzruszeniem wspomina po latach pani Zuzanna. /.../ W tym czasie mieszkańcy Nieledwi wygrzebywali szczątki ich bliskich z pogorzeliska na kolonii. Zwęglone korpusy ludzkich ciał zbierano w prześcieradła i wiązano w tobołki. Wacława Momota rozpoznano wyłącznie po metalowej zapalniczce, którą znaleziono pod jednym z ludzkich kadłubków. Szczątki Momotów złożono w jednej kwadratowej skrzyni. Pozostałych pomordowanych bez identyfikacji umieszczono w skrzyniach osobnych.” Pogrzeb na cmentarzu we wsi Trzeszczany ochraniał konny oddział niemieckich żołnierzy. W pogrzebie uczestniczył jeden Ukrainiec z Nieledwi, Jan Maciocha, kolega Wacka Momota. Swojej matce powiedział: - Jeżeli jego zabili nasi, to mnie mogą zabić Polacy.” Maciocha uczestniczył w pogrzebie przyjaciela od początku do końca. Nie spadł mu włos z głowy. Po wojnie został przesiedlony razem z innymi Ukraińcami za Bug, na teren sowieckiej Ukrainy".
sobota, 22 maja 2021
Gerd Müller- odchodząca legenda.
Starsi czytelnicy mojego bloga pamiętają zapewne pamiętne dla nas Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w RFN w 11974 r. W pamiętnym półfinale na Neckarstadion w Stutgardzie przegraliśmy z Niemcami 0:1 , a gola na wagę awansu strzelił nam Gerd Muller. Lata minęły aż do teraz, kiedy pamiętny wieloletni rekord strzelonych w jednym sezonie bramek ,należący właśnie do niemieckiego napastnika został pobity przez Roberta Lewandowskiego.Niemcy chcą pamiętać o Gerdzie Müllerze, choć on sam cierpi na demencję i niewiele pamięta. Leży w łóżku, rzadko otwiera powieki, prawie niczego nie je, nie kontaktuje z rzeczywistością. Gerd Müller odchodzi. Przyznają to wszyscy. Ale nie znika jego legenda. Legenda wielkiego Bombardiera Narodu, który strzelał wszystkim i wszędzie, który w 1972 roku ustanowił bundesligowy rekord bramek strzelonych w jednym sezonie, który długo wydawał się nie do przebicia. Rekord, na który rzucił się Robert Lewandowski i rekord, który najprawdopodobniej Polak przebije. Świat zaczął zastanawiać się, co o tym wszystkim myślałby wielki Müller. Zaczęła się dyskusja na dwa narody, w której, co tragiczne i wymowne, sam Bomber der Nation nie może wziąć udziału. Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu mężczyzny sukcesu najważniejsza jest dobra i wspierająca kobieta. Przyjęło się to na tyle, że przetransferowano to również na sukces w futbolu. Że każdy dobry piłkarz potrzebuje spotkać na swojej drodze wartościową partnerkę. Gerd Müller taką spotkał, taką pokochał i z taką jest.Kilka klisz. Niektóre czarno-białe, niektóre kolorowe. Na tych z lat 60. i 70. para ma w swoich oczach błysk. Nie muszą się uśmiechać, szczerzyć, prężyć. On jest gwiazdą, ona kobietą najpopularniejszego niemieckiego piłkarza. O, na przykład tutaj – tłoczy się wokół nich chmara fotoreporterów. Każdy z nich szuka najlepszego kadru. On ubrany jest w szarą marynarkę z wszywką RFN, śnieżnobiałą koszulę i nienagannie zawiązany krawat. Ona przewiązuje szyję gustowną chustą, a nieco niżej zaczyna się modna koszuleczka w kolorze écru. Złapani są jakby w pół zdania, w przejściu, nie muszą się zatrzymywać, bo i tak wszyscy podążają za nimi. Albo tutaj – stoją na polu wśród kwiatów, patrzą się prosto w obiektyw.
Naród chce ich oglądać. Może nie jest to sztuka na miarę zdjęć Johna Lennona i Yoko Ono, ale też kraj inny, bardziej konserwatywny, a i to nie opowieść o wrażliwej gwieździe światowej muzyki, tylko o Bomber der Nation – o Bombardierze Narodu. O Gerdzie Müllerze i jego żonie Uschi Ebenböck. Lubiła mówić, że on ma „niezwykłe poczucie humoru”, „zarażający uśmiech” i że „rozśmiesza ją jak nikt”. W kwiecie swojej miłości oboje mają ciemne włosy i podobną urodę. On jest przystojny, choć śmiali się z niego, że wygląda jak zapaśnik, a nie jak piłkarz. Ona jest niewymuszenie ładna. Pobrali się w 1967 roku.
Żyli szczęśliwie.
Mieli żyć długo i szczęśliwie.
Aż przyszły lata 80. i 90. Lata mroku.
Z tych czasów nie ma zdjęć. Wielka kariera Gerda Müllera dogorywała. Nie występował już w reprezentacji RFN, odszedł z Bayernu Monachium i przeniósł się za ocean, na Florydę – do Fort Lauderdale Strikers. Piekło przychodziło powoli. Zaczęło się od nietrafionych inwestycji. Piłkarze nie zarabiali wówczas gigantycznych pieniędzy, nie mogli pozwalać sobie na niezliczoną liczbę przestrzelonych biznesów, a Gerd Müller miał do tego wyjątkowego wręcz pecha. Umoczył kasę w nierentownej restauracji, stracił na sklepie sportowym, przylgnęła do niego niemiecka skarbówka. Tracił, tracił i tracił. Konto, zamiast puchnąć, kurczyło się. Gerd Müller tęsknił za Bawarią, za Monachium, za Säbener Strasse. Kiedy mógł, zrywał się z Florydy i leciał do ojczyzny za swoją tęsknotą. Na chwilę odzyskiwał rezon, ale potem wracał do Stanów Zjednoczonych i smutki wracały.Zaczął pić. Kompulsywnie, bez umiaru, często samotnie. Pił na umór również po powrocie do Monachium. Szlajał się po okolicznych barach. Kompletnie pijany przychodził oglądać Bayern. Mówili, że nabzdrygolony bierze udział nawet w meczach pokazowych. Nic dziwnego, Gerd Müller na bombie znajdował się non stop. Ludzie go poznawali. Cieszyli się, że mogą z nim wypić lufę. Jedną, drugą, trzecią, czwartą, piątą. Na koniec pił już tylko on. Dawni fani śmiali się z jego upokorzenia.
Uschi Ebenböck, już wtedy Uschi Müller, chciała go opuścić. Życie z alkoholikiem to koszmar. Nigdy o tym nie opowiedziała, tylko ona wie, co przeszła ze swoim sławnym niegdyś mężem. Pomogli mu dawni koledzy z boiska – Uli Hoeness i Franz Beckenbauer. Ludzie, którzy po swoich złotych karierach odnaleźli się w nowych rolach i nie mogli patrzeć na otchłań, w którą wpada Gerd Müller. Wykupili mu odwyk w alpejskim raju – w Garmisch-Partenkirchen. Gerd Müller był zniszczony alkoholem, ale nie oporny. Chciał sobie pomóc. Zniszczyć demona. Pojechał. Wygrał, choć w czasie kuracji bardzo podupadł na zdrowiu – cierpiał na bóle całego ciała, schudł, zapadł w śpiączkę. Ale wrócił.Przeżył, a Uschi Müller przy nim została.
Przez następne piętnaście lat nie było najgorzej. Nie pił, nie staczał się, nie wracał do błędów z przeszłości. Dostał komfortową posadkę w Bayernie, który ma w zwyczaju dbać o swoje dawne legendy. Początkowo zajmował się wyszukiwaniem sponsorów, skautingiem, poszukiwaniem talentów, trenowaniem napastników i bramkarzy. Potem trenował młodzież, był asystentem przy pierwszej drużynie, a kiedy wyrobił sobie licencję sam zaczął trenować różne zespoły grające pod egidą Bayernu. Przez jego rękę przewinęło się kilka późniejszych wielkich gwiazd. Ot, chociażby jego zasługi w swoim piłkarskim rozwoju podkreślały tacy giganci, jak Philipp Lahm czy Thomas Müller.Niewielu wiedziało jednak wówczas, że legendzie niemieckiej piłki znów się pogarsza. Tym razem nie dopadły go własne grzechy, nie wróciły upiory alkoholu. Gerd Müller zaczął zapominać. Wykazywać pierwsze oznaki demencji. Przez kilka lat udawało się to ukrywać. Aż przyszedł 2011 rok. Włochy, Trydent, hotel Villa Madruzzo. Gerd Müller znajduje się w nim wraz z drużyną rezerw Bayern. Jest poniedziałek, trzecia rano. Opuszcza hotel. I znika. Znika na piętnaście godzin. Trwają poszukiwania, o wszystkim dowiadują się włoskie media, które relacjonują zaginięcie Müllera. Poinformowana zostaje żona. Od razu przyjeżdża do Włoch. Były legendarny piłkarz znajduje się po piętnastu godzinach poszukiwań. Błąka się bezcelowo po jednej z głównych ulic Trydentu. Nic nie wie i nic nie pamięta. Ani tego, dlaczego wyszedł z hotelu, ani tego, że w ogóle w tym hotelu był, ani tego, co robił przez ponad pół dnia.
Gerd Müller znika z przestrzeni publicznej. Sporadycznie pojawia się uroczystościach organizowanych przez Bayern, ale wygląda nieswojo i zostaje coraz krócej. Są z tych czasów zdjęcia. Na niektórych błądzi wzrokiem, na innych nawet się uśmiecha. Nieważne, bo zawsze jest przy nim ukochana żona. Ukochana żona, która w końcu, w 2015 roku, zabiera głos i już na dobre zostaje jego łączniczką ze światem. W rozmowie z Bildem potwierdza, że jej mąż cierpi na postępującą demencję i że lekarze zarekomendowali umieszczenie go w domu opieki.W domu opieki odwiedzał go Uli Hoeness. Przyjechał do niego też Jupp Heynckes. I kilku innych dawnych kolegów z piłki. Wszyscy potwierdzali, że z Gerdem Müllerem nie jest najlepiej, ale zaraz dodawali, że szybko ich rozpoznawał i był w stanie nawet powspominać. Świat trochę zapominał o legendarnym piłkarzu. Aż przyszedł 2020 rok i kolejny wywiad Uschi Müller. Wywiad wstrząsający.
– Nic nie je, prawie nie przełyka. Cały dzień bezwładnie leży w łóżku, czasami tylko odzyskuje świadomość, ale to tylko na chwilę. Cieszę się z każdego tego momentu, z każdej tej sekundy, kiedy otwiera oczy, kiedy drga jego powieka. Zawsze był wojownikiem, zawsze był odważny, przez całe życie. Teraz też. Zamknął oczy, drzemie, tylko rzadko otwiera usta, dostaje wtedy puree. Jest spokojny, bardzo spokojny, może nawet za spokojny. Przesypia ostatnie chwile swojego życia, aż do śmierci – opowiadała w Bildzie.
Uschi Müller przesiaduje przy jego łóżku. Stara się go aktywizować, mówić do niego, ale spotyka się z brakiem reakcji. „On chyba tego nie zauważa, nie słyszy”, martwiła się.Mam nadzieję, że nie może myśleć o swoim losie, o swojej chorobie, o utraconej na starość godności. Nie przejmuję się tym, że ktoś pomyśli, iż tracę piękne, cenne lata własnej starości. Robię to dla niego. Zawsze był dla mnie taki dobry, tyle dla mnie zrobił, muszę być przy jego boku – opowiadała wzruszona.
Przez ostatnie lata Gerd Müller zapominał o świecie, a świat zapominał o Gerdzie Müllerze.
Nieśmiertelne dziedzictwo Gerda Müllera
Wielka piłka przypomniała sobie o swojej legendzie, kiedy Robert Lewandowski zaczął zbliżać się do jego historycznego rekordu z 1972 roku. Polak wyrównał wyczyn Müllera golem z Freiburgiem. Czterdzieści bramek. Kosmos. Müller dokonał tego nie strzelając karnych. Lewandowski pauzując kilka meczów z powodu kontuzji. Wielcy strzelcy są siebie warci. Ale w świecie futbolu i tak panuje dyskusja. Czy Lewandowskiemu wypada pobić rekord Gerda Müllera? Czy nie lepiej zachować pewne świętości, czy nie lepiej pielęgnować historyczny mit? Markus Weinzierl, trener Augsburga, powiedział, że zrobi wszystko, żeby jego zespół stał na straży historii. Dietmar Hamann stwierdził, że dla Lewego większym zaszczytem niż pobicie rekordu Müllera, byłoby dzielnie go z legendą niemieckiej piłki. Po drugiej stronie stoją włodarze Bayernu, którzy przekonują, że Gerd Müller cieszyłby się z pobicia własnego rekordu.
Tego samego zdania jest Uschi Müller.
– Jako żona Gerda, wolałbym, że Robert Lewandowski tylko wyrównał ten rekord. Drogi Robercie Lewandowski, wystarczy czterdzieści goli – śmiała się w rozmowie z Bildem i zaraz dodała: – Gerd byłby z niego dumny, byłby szczęśliwy. Byłby pierwszym, który by mu pogratulował. Zawsze był zaskoczony, że ten rekord jest taki twardy, taki nie do przebicia. Teraz ktoś to wreszcie może zrobić.
Sam Gerd Müller nigdy się na ten temat nie wypowie. Przeżył swoje życie, nastrzelał setki bramek, ustanowił dziesiątki rekordów. Teraz to wszystko przemija, ale pamięć pozostanie na zawsze. Takie jest prawo legendy.
wtorek, 11 maja 2021
Chlebowe wici.
Etapem w przygotowaniu zbrodni ludobójstwa były uroczystości wędrowania po wsiach ukraińskich „wici chlebowego”. Rozsyłane ono było z prawosławnego klasztoru Ławry Poczajowskiej pow. Krzemieniec. Był to poświęcony w cerkwi z wieńcami i świeczkami chleb „objednania” (zjednoczenia) wszystkich Ukraińców przeciwko Polakom. W ukraińskiej wsi Gończy Bród pow. Kowel: „W maju 1943 r. w cerkwi odbyła się uroczystość przyjęcia wici chlebowych. Na ołtarzu umieszczone zostały trzy wieńce, trzy chleby i trzy świeczki przyniesione z innej wsi ukraińskiej, a duchowny prawosławny odczytał pismo nawołujące do mordowania Polaków. W piśmie zapowiadano, że popłyną czerwone rzeki i będą jeziora polskiej krwi. Najpierw było dzielenie się chlebem, którego zjedzenie zapewnić miało zbawienie. Pozostałe okruszki zostały zmiecione i dodane do ciasta, z którego wypieczono dziewięć nowych chlebów, potem uwito dziewięć nowych wieńców i dodano dziewięć nowych świeczek. Całość po poświęceniu przez duchownego prawosławnego na kolejnym nabożeństwie została przez delegacje zaniesiona do następnych wsi cerkiewnych. Do chlebów dołączone były pisma o tej samej treści.” (Siemaszko..., s. 332).
W maju do kol. Nowa Dąbrowa pow. Kowel pomyłkowo przysłane zostało wici chlebowe z Ławry Poczajowskiej (mówiono, że otrzymane z Białej Cerkwi). Był to sygnał do mordowania Polaków. Ponieważ Polacy byli mordowani codziennie już od dwóch miesięcy, najprawdopodobniej było to swoiste „rozgrzeszenie i błogosławieństwo” dla rizunów ukraińskich, dokonywane w całym majestacie cerkwi. Miało to na celu także zabicie resztek sumień morderców oraz złamanie tych, których przed zbrodnią powstrzymywało przykazanie „nie zabijaj”. Dla popów ważniejszy okazał się szatański Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty niż Dekalog Boży.
W maju 1943 roku na wielkim wiecu urządzonym w mieście Śniatyn woj. stanisławowskie nacjonaliści ukraińscy domagali się od władz niemieckich urządzenia getta dla Polaków. Niemcy nie wyrazili na to zgody (Siekierka..., s. 643; stanisławowskie).
środa, 14 kwietnia 2021
Mundek jestem.
Tym zwrotem zawartym w tytule powitał mnie, świeżo upieczonego nauczyciela mój póżniejszy serdeczny Kolega , Pan mgr Edmund Łysiak. Los sprawił ze Nasze drogi zeszly się na długie 10 lat mojej pracy w Szkole Podstawowej w Mirczu.To właśnie Mundek, jak kazał sie do siebie zwracać, sprawił że moje wejście do srodowiska nauczycieli z wieloletnim stażem i doswiadczeniem odbyło się w miare bezboleśnie. Mundek przez cały okres mojej pracy w SP. Mircze ,służył mi swoją pomocą i doświadczeniem.Nasze dobre relacje w pracy przeniosły się także na niwe prywatną. Wielokrotnie wraz z małżonką Marysią gościli w moim domu. Zawsze miał jakieś wspólne tematy z moim ojcem.To ON wraz z kolegami odwiedził mnie podczas feralnego dla mnie lata 1993,na kilka dni przed śmiercią mojego Ojca. Często widywaliśmy się podczas prac porządkowych przy grobach Rodziców .Jeszcze w ubiegłym roku rozmawialiśmy długo i serdecznie. Mundek, nie mówię żegnaj, mówię do zobaczenia Pan mgr Edmund Łysiak pierwszy od prawej.
niedziela, 28 marca 2021
Zagłada Smoligowa 27.III. 1944 .
Rok 1944. Tak było w Smoligowie:
"O świecie 27 marca 1944 roku blisko 2 tysiące żołnierzy Wehrmachtu ze 154 Dywizji Piechoty, policji i SS Galizien, UPA, wyposażone w artylerię i broń pancerną otoczyły niespodziewanie Smoligów, kolonię Olszynkę, kolonię Amerykę i Łasków. Rejon, który od kilku miesięcy był bazą „Rysia". Rankiem rozpoczęto ostrzał artyleryjski i moździerzowy. Salwy z karabinów maszynowych kosiły okna domów. Okrążone , broniące wiosek plutony BCh „Żmijki" i „Orła" oraz pluton AK „Hardego" zostały rozbite. W wyniku ostrzału zginął Michał Ordyniec wraz z żołnierzami ze swojego plutony. Zdziesiątkowany zostały pluton Feliska Zwolaka „Szczygła". Od serii z automatu zginął dowódca placówki Bolesław Kaniuga „Orzeł". Polegli jego dwaj stryjeczni bracia Feliks „Zając" i Stanisław „Tryb" wraz z ich ojcem Wincentym. Od wybuchu pocisku wystrzelonego z działka pancernego polegli Mieczysław Mazur, Franciszek Łysiak oraz sanitariuszka Wanda Michnor. Zginęli Martyniuk, Pukaluk, Dąbrowski, Dębiński, Czuwara. Do ostatka opierał się Czesław Bulicz „Duży", któremu upowcy rozwścieczeni jego oporem wyłupali oczy i wycięli język. W wyniku wielogodzinnego krwawego boju, który zakończył się klęską otoczonych oddziałów w walce zginęło 33 partyzantów, a wielu było rannych. Na łąkach, tuż przy grobli trafiony serią z karabinu maszynowego w pierś zginął mój ojciec. Padł przy nim śmiertelnie ranny Jan Wężowski „Wąsik", niedawno przybyły z Waręża i zaprzysiężony w miejscowej placówce wraz bratem Michałem „Orlikiem". Michał też nie miał się czym bronić, gdyż zabrakło mu amunicji. Nikt nie mógł zapobiec potwornej rzezi - wspominał potem po latach Zbigniew Ziembikiewicz ps. „Smok". Jego ojciec Stanisław był nauczycielem w Smoligowie. Za cenę dużych strat przybyły na miejsce walki „Ryś" zdołał jednak wyrwać część batalionu z pułapki. Utworzony przez niego korytarz pozwolił na ewakuację części ludności cywilnej w stronę Tyszowiec. Uratować zdołała się rodzina Dunajów. Uciekali polami w kierunku Łaskowa. Przed nimi szła czteroosobowa rodzina Gałęzy, właściciela młyna. - Miał chłopczyka z mojego wieku Czesława i młodszą córką. Nagle coś przeleciało nad naszymi głowami i spadło na nich. Wszyscy zginęli. Wróciliśmy do Procia, gdzie schowaliśmy w lochu, bez drzwi. Było tam dużo ziemniaków i pełno krwi. Siedziała tam już kobieta z dzieckiem, które strasznie kaszlało, bo miało koklusz. Mój ojciec wyszedł z lochu i mówi, że Olszynka się pali i że 20 chłopów idzie prosto na nas. Struchleliśmy - opowiada Kazimiera Sobczuk. Banderowcy nie weszli jednak do piwnicy. Na jego szczycie lochu ustawili karabin maszynowy i prowadzili ostrzał. Kiedy ustał Dunajowie wyszli z piwnicy i zaczęli uciekać w kierunku Łaskowa. Za zakrętem zatrzymali ich Ukraińcy. - Ustawili w szeregu pod lufami karabinu. Myślałam, że to koniec. Uratował nas Niemiec, który przybiegł od strony cmentarza w Łaskowie z białą flagą na kiju. Rozkazał, aby nie bić cywilów. Ukraińcy byli niepocieszeni. Mówili, przez zęby: „Ach my byśmy wam dali", ale puścili nas. Poszliśmy w stronę leśniczówki, a rano do Łaszczowa i Tyszowiec. Tam spędziliśmy Wielkanoc 1944 roku - opowiada Kazimiera Sobczuk. Uratować zdołała się Franciszka i Kazimierz Pukalukowie z kilkuletnią córką Zofią. Zdołali przedrzeć się do Perespy gdzie spędzili resztę wojny. Przeżyła Stefania Szopińska z domu Pukaluk (matka wójta Szopińskiego) i jej brat Bronisław. - Mama była na pierwszej linii frontu. Kiedy wycofywała się z koleżankami obok nich upadł pocisk artyleryjski. Dwie koleżanki zginęły, mama została przysypana ziemię i ich ciałami. Ogłuszona. Kiedy Ukraińcy chodzili dobijać rannych, ją oszczędzili. Myśleli, że jest trupem - relacjonuje historię mamy Lech Szopiński. - Zaczął się następny dzień. Już robiło się widno, a moje poszukiwania bliskich pozostawały bezowocne. W czasie penetrowania pobojowiska ukazały się nam straszne sceny. Widoki nie do opisania. Dużo zabitych i poległych koleżanek i kolegów, znajomych. Często wymordowane całe rodziny. Za kopcem klęcząca, wyglądająca jak żywa Regina Markiewiczówna, a niedaleko leżący na wznak, martwy Bolek Oleszak mający na szyi sznur po odciętym pistolecie. Dalej przytuleni do siebie młodzi Ligunowie. Józek „Długi" trzymał w ręku mały pistolet. Wyglądało na to jakby popełnił samobójstwo. Pod niespaloną szopą gospodarza Bartosza stały jak żywe, sztywne od mrozu, oparte o ścianę trzy siostry Bartoszówny: Aniela, Władzia, Lodzia, najładniejsze panny tej wsi - opisywał krajobraz po pacyfikacji Zbigniew Ziembikiewicz. - W nocy po ustaniu walk zarówno partyzanci jak i cywile zbierali rannych i zabitych. Zrobiono szybkie pochówki. Ciężej rannych odstawiono do szpitala w Tomaszowie Lubelskim. Wysiłek był tak duży, że padano ze zmęczenia - wspomina w swojej książce Bronisława Staszczuk- Walczyszyn ps. Jutrzenka, która od stycznia 1943 r. była w oddziałach „Rysia". W pacyfikacji zginęło około 200 mieszkańców wioski, w tym uciekinierów z innych miejscowości. To była ostatnia polska wieś na tych terenach. - Imienna lista ofiar jest wciąż układana. Po ostatnich uroczystościach jubileuszowych w Smoligowie spis dobija już do setki. Nazwisk niektórych zamordowanych nie da się już odtworzyć, bo zginęło sporo uciekinierów z Oszczowa i Dołhobyczowa - mówi Lech Szopiński. Gdy po latach do Smoligowa powrócili Polacy w studniach znajdowali ciała pomordowanych. Studnie zostały zasypane. „Takich studni - cmentarzy w Smoligowie było wiele. Po większości nie ma już śladu. Ludzie zasypali je, razem z trupami i ich tajemnicami. Tak było u Jóźwiaków, Czerniaków, Jakubczaków. U Jóźwiaków trup wypłynął ze studni, bo po roztopach wezbrała woda. Ludzie chodzili go oglądać. Zapamiętali, że miał na sobie wojskowy, polski mundur. - Widać było, że to był ładny chłopak. Ciemny blond, kręcone włosy. Tylko mu rękę podaj, aby wstał. Pod nim był jeszcze jakiś nieboszczyk. Jóźwiak tą studnię zasypał. Teraz nawet ciężko byłoby wskazać, gdzie się znajdowała - opowiada Kazimiera Sobczuk. - Tuż przy drodze była, śladu już nie ma - dopowiada jej mąż Tadeusz. Trupa w studni (choć jedni mówią, że przy studni) znalazł Edward Jakubczak. Rozkład ciała był tak zaawansowany, że nie można było się zorientować czy to był mężczyzna czy kobieta. Bieliły się tylko kości. Jakubczak szczątki nieszczęśnika i studnię zasypał. Nie ma także już studni, która znajdowała się przy budynku szkoły powszechnej. To do niej 27 marca 1944 r. ze strachu przed Ukraińcami skoczyła córka stróża szkolnego Karola Pukaluka. Dziewczyna utonęła. Starsi ludzie powiadają, że w tej studni pływało kilka trupów. Ludzie uznali, że studni wioskowej zasypywać ziemią jednak nie będą, że może się jeszcze przydać. Zamiast ziemi do środka nasypali gaszonego wapna. Przez parę dni woda buzowała, tak mocno, że omal piana nie wyszła na zewnątrz. Zżarło mchy z cembrowiny i ludzkie szczątki. Ludzie, przez parę lat po wojnie wyciągali z niej wodę. Lech Szopiński, wójt Mircza i jednocześnie regionalista mówi, że nie ma pewności, czy wszyscy ci potopieni żywcem to ofiary pacyfikacji wioski z 27 marca 1944 roku. Mogli zginąć później. - Jeszcze w 1945 roku, a nawet 1946 działała w okolicy sotnia Wowky.
czwartek, 25 marca 2021
Kat Tarnoszyna i Szczepiatyna.
Jan Masłowski był skromnym krawcem. Pewnie przez wiele lat wiódłby spokojne życie, gdyby nie przypadkowa wizyta pewnej kobiety, która rozpoznała w nim kata Szczepiatyna i Tarnoszyna z okresu II wojny światowej
Pani Maria Z. była w odwiedzinach u córki w Rakłowicach, niewielkiej miejscowości pod Wrocławiem. Miała już wykupiony bilet na wieczorny pociąg do Zamościa.
- Babciu. Czy nie dałabyś rady skrócić mi dżinsy i wszyć zamek? - spytał ją rano wnuczek.
Wnukowi nie miała serca odmówić. U siebie, na wsi, usiadłaby przy maszynie i szybko rozwiązała kłopot. Tu, u córki, musiała pójść do krawca. Znalazła go. Mieszkał kilkaset metrów dalej.
- Córciu! To on, morderca naszych kuzynów, kat naszej wioski - kilkanaście minut później, roztrzęsiona pani Maria relacjonowała córce spotkanie.
- Mamo. To niemożliwe. Pan Janek mieszka u nas od lat. Ma czworo dorosłych dzieci, wszyscy go tu znają i szanują. Był nawet naszym sołtysem, prezesem spółdzielni. To nie może być on - powątpiewała córka.
Pani Maria przez wiele lat nosiła w pamięci obraz jego twarzy. Zapamiętała lekko pochyloną sylwetkę, specyficzną gestykulację oraz charakterystyczny, ochrypły głos.
- Ludzie po 30 latach zmieniają się, ale ja wciąż mam w uszach ten jego głos - przekonywała córkę.
Po powrocie w rodzinne strony nie minęły wątpliwości. Podzieliła się nimi z mieszkańcami wioski. Był rok 1976. Informacja dotarła do służby bezpieczeństwa. Podpułkownik Tadeusz Portko, szef zamojskiej SB sprawę potraktował poważnie. Powiadomił kogo trzeba. 18 listopada 1976 r. Włodzimierz Lewandowski, wiceszef Prokuratury Wojewódzkiej w Zamościu polecił wszcząć śledztwo w tej sprawie. Dwa tygodnie później, 3 grudnia, o godzinie 15.05 Jan Masłowski został zatrzymany. Był zaskoczony. Przekonywał rodzinę, że pomyłka szybko się wyjaśni, a on wróci do domu.
Brat, nie strielaj!
Jan Masłowski (rocznik 1911) do wybuchu II wojny światowej miał obywatelstwo polskie. Pracował w Urzędzie Celnym w Śniatynie. We wrześniu 1939 r. powrócił do rodzinnego Lwowa. Początkowo najmował się dorywczo jako robotnik, potem zajął się krawiectwem. Po wkroczeniu Niemców do Lwowa wyrobił sobie dowód tożsamości tzw. ausweis na nazwisko Iwan Maslij. Wstąpił do Ukraińskiej Policji Pomocniczej (Ukrainsche Hilfspolizei), która ściśle współpracowała z gestapo.
Początkowo Masłowski vel Maslij pracował na posterunku w Cieszanowie koło Lubaczowa.
- Bezwzględny i surowy. Do bicia używał metalowej pałki z kolcami. Wyjątkowo nienawidził Polaków i Żydów - charakteryzowali śledczym jego sylwetkę mieszkańcy Niemstowa.
Opowiadali jak Maslij jednemu z mieszkańców wioski chciał uciąć rękę siekierą, bo ten nie pozwolił odebrać sobie roweru. Wspominali jak pobił Karolinę Z. i jej ojca za to, że opóźniali się z dostawami kontyngentów dla okupanta. Kobieta nie mogła chodzić przez dwa tygodnie. Jej ojciec stracił na zawsze słuch. Być może Maslij zakatowałby ich na miejscu, gdyby nie interwencja przejeżdżających obok żołnierzy niemieckich.
Wiosną 1942 r. Maslij przeniesiony został na posterunek policji ukraińskiej w Szczepiatynie. W tym czasie Ukraińcy z miejscowego posterunku zorganizowali obławę na żołnierzy Armii Czerwonej. Po ucieczce z obozu ukrywali się u tutejszych chłopów. Niektórym udało się wydostać z pierścienia. Pięciu żołnierzy wpadło w ręce Ukraińców. Maslij powiązał ich drutem i poprowadził na posterunek.
- Brat, nie strielaj! - prosił jeden z nich. Maslij odbezpieczył broń i zastrzelił go na oczach mieszkańców wioski. Reszta zatrzymanych także została rozstrzelana.
- To był bandyta, gorszy od gestapowców. Widziałam jak maju 1942 r. torturował jakiegoś człowieka. Potem wyprowadził go na podwórze. Kazał mu uciekać. Wtikaj, wtikaj - powtarzał. Ten pewnie uwierzył, że odzyska wolność. Zdołał zrobić kilkanaście kroków. Maslij strzelił mu w plecy. Zabił go - relacjonowała w śledztwie mieszkanka Szczepiatyna.
W podobny sposób Jan Masłowski vel Iwan Maslij zamordował dwóch nieznanych mężczyzn w maju 1942 r., a potem we wrześniu 1943 r. Uczestniczył też w zabójstwie ukrywających się przed okupantem Jana, Stefana i Antoniego K. Mężczyźni wpadli 10 maja 1943 r., podczas zasadzki urządzonej przez ukraińskich policjantów na drodze z Korczowa do Uhnowa.
Kolejnego mordu dopuścił się w listopadzie 1943 r. w Dyniskach. Po pijanemu zastrzelił Leona W. Świadkiem zabójstwa był jego brat, Andrzej W.
- Gdy zobaczył moją reakcję na śmierć brata, zaczął mnie okładać kolbą i grozić, że zrobi ze mną to samo - odtwarzał tragiczne wydarzenia mężczyzna.
Całun śmierci
17 marca w Tarnoszynie i okolicach było niespokojnie. Polacy spodziewali się ataku. Do wsi docierały informacje, że UPA będzie kontynuować ofensywę, aby opanować teren pomiędzy Bugiem a Huczwą. Niektórzy życzliwi Polakom Ukraińcy szeptali: „Uciekajcie, bo dzisiaj w nocy będzie niedobrze".
W nocy Tarnoszyn oraz okoliczne wsie: Dyniska, Ulhówek i Żabcze zostały zaatakowane przez sotnię UPA „Jahody" (Iwana Sycz-Sajenki) oraz policję ukraińską. Miejscowe placówki samoobrony AK, złożone z dwóch plutonów, nie miały większych szans. Udało się ewakuować jednak część ludności polskiej. We wsi wymordowano jednak 84 mieszkańców, tych, którzy nie zdążyli uciec. Ich zabudowania spalono. W akcji uczestniczył także Maslij, wówczas już komendant posterunku w Szczepiatynie.
- Na drugi dzień Maslij chodził po wsi i wyraźnie cieszył się na widok pomordowanych. Słyszałam jak kilkakrotnie zadowolony powtarzał po ukraińsku: „Narobiliśmy mięsa, ale narobiliśmy mięsa" - relacjonowała Zofia R., której udało się przeżyć akcję.
Rzeź przeżył także Antoni R. Tej nocy zginęła jednak jego żona. Osierociła 6 dzieci w wieku od 6 miesięcy do 12 lat.
- Udałem się do sołtysa - Ukraińca, po zaświadczenie, że żona nie żyje oraz że cały mój majątek uległ spaleniu. Siedział u niego Maslij. Kiedy usłyszał po co przyszedłem zdjął karabin, wymierzył w moją stronę i krzykną: „K... twoja mać, ja ci dam poświstku". Uciekłem. Sto razy wolałbym mieć do czynienia z Niemcami, niż z tymi policjantami ze Szczepiatyna - zeznał Antoni R.
Po pogromie, w okolicznych wioskach zostało niewielu Polaków. W obawie o życie uciekli do rodzin mieszkających w głębi Zamojszczyzny. Na miejscu zostali tylko starsi.
- Nic gorszego stać się już nie może. Uciekać w nieznane? Zostawić ojcowiznę? Tu się urodziłem, tu umrę - mówili.
Dziesięć dni po pogromie Polaków, ukraińscy nacjonaliści postanowili definitywnie rozprawić się z pozostałymi Polakami. Przyprowadzili ich do sołtysa. Na podwórku dokonali selekcji. Nielicznych zwolnili, resztę - 18 osób wyprowadzili w pole i rozstrzelali. Był wśród nich szewc G. z 13-letnim synem. Kilka dni wcześniej Maslij namawiał go, aby nie uciekał z wioski, gdyż będzie im potrzebny. G. szył dla policjantów skórzane raportówki, łatał buty i ubrania.
Zasady humanitaryzmu
Masłowski vel Maslij zasiadł na ławie oskarżonych wiosną 1978 r. Prokurator oskarżył go o to, że od wiosny 1942 r. do 28 sierpnia 1944 r. w Szczepiatynie, Dyniskach, Tarnoszynie, Niemstowie, Korczowie, jako funkcjonariusz posterunku policji ukraińskiej brał udział w mordach na ludności cywilnej i jeńcach wojennych. Postawiono mu łącznie osiem zarzutów.
- Ten ostatni po wojnie proces zbrodniarza wojennego cieszył się ogromnym zainteresowaniem mediów, prawników, publiczności - wspominają dziś zamojscy sędziowie, którzy wówczas zaczynali kariery sędziowskie.
W takcie procesu krawiec z Rakłowic nie przyznawał się do zarzutów. Twierdził, że zawsze był i czuł się Polakiem. Argumentował, że całą wojnę spędził we Lwowie, a do Polski wrócił już po wojnie. Wielokrotnie powtarzał, że nie jest tym człowiekiem, o którym opowiadają świadkowie. A tych przed sądem zeznawało kilkudziesięciu. Wielu przyjechało na rozprawę z Rosji i Ukrainy. Część, w drodze pomocy prawnej, przesłuchiwały sądy ukraińskie.
Większość świadków nie miała wątpliwości, że ten postarzały mężczyzna, siedzący na ławie oskarżonych jest ich katem z lat wojny. Tak jak pani Maria, rozpoznali go po charakterystycznym głosie. Masłowskiego vel Maslija pogrążyła nawet własna żona. - Kiedy pytałam męża o czasy okupacji, wpadł w ogromną złość. Potem przestałam pytać. Cieszyłam się, że dzieci mają ojca - zeznała na rozprawie.
Masłowski podczas procesu różnie reagował na zeznania świadków. Przeważnie milczał. Załamał się, gdy na salę sądową, jako świadek wkroczył Mikołaj K., były policjant ukraiński, który razem z nim pracował na posterunku w Szczepiatynie. Na jego widok Maslij zaczął drżeć i płakać. Potem beznamiętnie, przez kilkadziesiąt minut wpatrywał się w jego sylwetkę. W celi usiłował popełnić samobójstwo.
Ogrom bestialstw
W południe, 27 października 1978 r. sąd ogłosił wyrok - kara śmierci. Pozbawił go praw publicznych i orzekł konfiskatę mienia w całości.
- Oskarżony działał z całą świadomością i okrucieństwem. Naigrywał się ze swoich ofiar, zachęcał do ucieczki, a następnie zabijał je strzałem w tył głowy. Nikomu nie dał żadnych szans. Okupantowi wysługiwał się z całą gorliwością - przypomniał w uzasadnieniu wyroku sąd podkreślając, że w trakcie procesu nie wykazał on żadnej skruchy.
- Wobec ogromu zbrodni i bestialstw popełnionych wobec Polaków, nie może być okolicznością łagodzącą fakt, że oskarżony przez 33 lata uniknął odpowiedzialności, żył na terenie PRL pod swoim nazwiskiem Jan Masłowski i przez ten czas nie popadł w konflikt z prawem - uzasadniał sąd.
Maslij nie pogodził się z wyrokiem. W styczniu 1979 r. zwrócił się do Sądu Najwyższego w Warszawie o jego uchylenie. „Trudno przyjąć, aby po tylu latach od zakończenia wojny, można było w sposób bezbłędny, z całą pewnością rozpoznać człowieka, tym bardziej, że świadkowie mieli z nim małą styczność. Unikali go, bali się go, bo spotkanie z nim nie wróżyło nic dobrego" - pisał w rewizji jego adwokat.
Sześć miesięcy później, Sąd Najwyższy odrzucił rewizję. Krawiec z Rakłowic próbował ratować się, pisząc do Rady Państwa o ułaskawienie.
„Przedmiotowy wniosek uzasadniam jedynie z punktu widzenia zasad humanitaryzmu" - nie silił się już na argumenty adwokat.
Rada Państwa także nie skorzystała ze swoich uprawnień. Nie zamieniła kary śmierci na 25 lat więzienia.
9 sierpnia 1979 r. Sąd Wojewódzki w Zamościu ustalił datę wykonania kary śmierci na 20 sierpnia 1979 r. Wyegzekwowaniem wyroku zajęła się specjalna grupa katów z Aresztu Śledczego Warszawa - Mokotów. Wyrok wykonano. Jeszcze tego samego dnia szczątki kata Tarnoszyna spoczęły na jednym z warszawskich cmentarzy komunalnych.
To była ostatnia kara śmierci zasądzona i wykonana przez zamojski sąd.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Za co nas zabijacie ...
Wola Ostrowiecka, Gmina Huszcza, Powiat Luboml ⬇️ "Popędzili nas w stronę kościoła. Kiedy doszliśmy, wypędzili z kościoła przeważnie ko...
-
W niedzielę, 7 maja 2017 roku, w Zespole Szkół w Kryłowie odbyła się premierowa promocja książki "Historia klasztoru OO Reformatów w ...
-
Podczas usuwania rozłożystego orzecha, w jego korzeniach została znaleziona tuba z dokumentami. W tubie znaleziono, dokumenty, paszporty i m...



